Nie było takiej rzeczywistości, w której ktokolwiek wygrałby z kotami. Przynajmniej nie takiej, w której życie toczyło sie podobnymi torami i Sauriel nadal był wampirem. A może nie zmieniłoby się to i tak, gdyby nim nie był? Mogli się przekonać - rozwiązanie tego dramatu zdawało się być naprawdę blisko. Lekarstwo! I kto miał dać gwarancję, że to lekarstwo będzie stało? Że zadziała? Czy będzie mądry tego świata, co zrosi czoło wodą pańską i pobłogosławi przeklętego? Nie. Byliśmy tu sami - zdani tylko na siebie. Nie było żadnej wielkiej nadziei, a jedyna nadzieja, jaką mogliśmy mieć, to my sami. Wierni samym sobie, wierzący w samych siebie, wierzący w siebie wzajem. Czasem w nadmiarze za siebie wzajem. Były też te koty, które ogrzewały nam dzień i ogrzewały ciała - ale to ciepło nie było przecież wyczuwalne przez palce Victorii. Za to Sauriel je czuł bardzo wyraźnie. Razem zaś mogli poczuć, jak miękkie i pełne życia były to stworzenia. Znał takich, którzy porzucali drogą "wielkiego drapieżnika" i udawali się w wesołą przechadzkę po świecie poprawności ludzkiej - żywili się tylko zwierzętami. On nie miał zamiaru. Krew zwierząt była jak obrzydliwa lura, której wcale nie chciał pić - jeszcze tego brakowało, żeby dodawał sobie udręczenia do puli. I czy w ogóle chętniej skrzywdziłby takiego kota od człowieka? Ha... gdzieś tutaj szukamy pola, gdzie te koty miały zawsze przewagę, co?
- A nie wygląda jak taki? - Przysunął sobie małego do twarzy, przytulił do swojego policzka i spojrzał na Victorię, robiąc jedną z minek, które chciałoby się opisać za "niewinne", ale w wyglądzie Sauriela nie było takiej mimiki, z którą wyglądałby NAPRAWDĘ niewinnie. Tym nie mniej próbował - za chęci zazwyczaj też dostawało się jakieś punkty. Jakiekolwiek. Przezwisko nie było związane z niczym konkretnym - może oprócz tego, że zastanawiał się, czy befsztyk był czymś, czym dobrze było karmić kota. Taki dużo, świeżutki, może nawet jeszcze cieplutki! pokrojony na kawałeczki, pyszna karma! Świeża! Wymiana czekoladek na świeże, krwiste mięcho - to dopiero było przełożenie środka ciężkości w inny punkt...
Mógł sobie być największym ingorantem świata, najbardziej chętnym do ignorowania problemów innych, niechętnym do chłonięcia negatywów wokół siebie, bo nie chciał myśleć o problemach własnych, co dopiero cudzych. Ale nawet w swojej ignorancji nie było mu obojętne to, co działo się z Victorią. Dlatego kiedy tak na nią patrzył i widział, że to nie jest zaspanie, kiedy miał swoje potwierdzenie, a ten kot był jak... przedmiot, który miał tylko zająć ręce, żeby nie były puste, to mały znak zapytania pojawił się w jego głowie. Zainteresowanie. Zmartwienie. Co się stało - wielkie pytanie, które wystarczy zadać, żeby uzyskać odpowiedź, ale Sauriel do zadawania go nie był taki szybki. Miał wrażenie, że zabrzmi źle, albo wypowie je i zaraz się uzbroi w tarcze anty-światową i anty-uczuciową, a tego nie chciał? Chyba? Wegetowała. Wegetowanie brzmiało... nie brzmiało źle - brzmiało relaksująco. Brzmiało też nie jak relaks, czyli nie jak coś pozytywnego. Negatywna wersja relaksu. Coś, gdzie jesteś zawieszony między czasem i przestrzenią. Dobrze wiedział, co mogło to oznaczać, a jednocześnie dobrze NIE wiedział, co miało oznaczać tu i teraz. Za to wyciągnął swoje wnioski po jej zachowaniu i biegających teraz oczach, które miały na celu ucieczkę od konfrontacji z... z nim. Pewnie głównie przez to, jak kiepsko znosił... w sumie dużo rzeczy kiepsko znosił.
- Ay... - Mruknął z zastanowieniem, idąc za nią do kuchni i postanowił podjąć... po prostu temat tego "co u ciebie słychać". Może tego potrzebowała na chwilę? Żeby mieć czas na ogarnięcie się po wyrwaniu ze stanu "wegetacji"? - Kurwa, była impreza, za dużo wypiłem. Doczłapałem się do domu i chciałem ruszać dalej, więc posłałem list do takiej jednej typiary. A ona do mnie, że jest w sypialni mojej matki. Jak możesz się domyślić byłem już tak nietrzeźwy, że tak - poszedłem szukać jej w sypialni mojej matki. I o dziwo - wcale jej tam nie było. - Uśmiechał się przy tym trochę głupkowato. - Aaale! Udało się wrócić przed świtem i Eryk nawet słowem nie pisnął. A może pisnął, ale możliwe, że go zignorowałem. - Tutaj uśmiechnął się nawet bezczelniej. - Chcesz posłuchać głupkowatych historii, czy wolisz... powegetować razem? Mogę cię potulić. - Mógł też oba na raz. Taki bonus akurat miewa 11 sierpnia każdego roku.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.