16.09.2024, 23:46 ✶
Bezustanne i nieubłaganie bezpośrednie doznawanie ciepła czyjegoś ciała oraz tej zaskakującej, śliskiej miękkości ludzkiej skóry było dla niego czymś wyjątkowo intensywnym i... obcym. Musiał gorliwie skupiać się na tym, żeby nie przytłoczyły go te bodźce. Słuchał Oleandra w kompletnym bezruchu i w kompletnej ciszy, przymykając przy tym oczy, choć we wieczornej ciemności strychu widział niewiele. Mimowolnie pomyślał, że znacznie łatwiej byłoby mu się zachowywać normalnie, gdyby wypił więcej.
Czy było to dziwne, że jego przyjaciel dostrzegał na jego twarzy piętno cuchnącej degeneracji, która z miesiąca na miesiąc coraz głębiej wyjaławiała jego duszę? Nie, oczywiście, że nie. Trzymanie przy sobie ludzi, którzy mogli przez lata obserwować twój nieuchronny upadek moralny, było bardzo rozsądnym wyborem. O ile cieszyli się oni przyzwoitym intelektem, ich opinie mogły stanowić pewnego rodzaju papierek lakmusowy, którego odcień wskazać mógł moment, kiedy dokładnie należało rozstać się z resztkami niezasłużonej godności, przełamać strach i, cóż, zawczasu odejść, żeby oszczędzić wstydu sobie i swojej rodzinie.
Poczuwszy ciężar ręki Oleandra na swoim ramieniu, drgnął raptownie, niby wyrwany z transu. Dotąd nie zauważył szczególnej zmiany w fizjologii przyjaciela - przyśpieszone tętno chłopaka harmonizowało z jego własnym - lecz teraz skupił się na tym, jak ten zacieśnił uścisk ich dłoni. Spojrzał na jego ginącą w ciemności twarz, przyjrzał się jego oczom, wciąż jaśniejszym, niż brązowe.
Poczuł nagle jak jego zdrętwiałe członki rwą się wpierw do ucieczki, później do walki. Nie mógł uwierzyć w to, z jaką ostrożnością Oleander obchodził się z nim. Nie chciał ufać temu wszystkiemu, ale musiał. Nie istniały żadne racjonalne argumenty za tym, żeby zrobił teraz cokolwiek innego. Skrzywił się, znów odwracając głowę ku drzwiom.
Po kilku minutach mozolnego łagodzenia głodu przemocy, odezwał się nareszcie:
– Wygląda. Jakby. Na tym świecie nie było niczego naprawdę dobrego. Wszystko jest. Przegniłe. – Głos miał chrapliwy i mokry od zbierających się w oczach łez. – Nie ma w nim niczego z czego można być dumnym czemu można ufać albo komu można ufać. Wszystko zanieczyścił ból. Chaos. Kłamstwo. Fałsz. O ile kiedykolwiek było inaczej. Z roku na rok widzę to coraz lepiej nie wiem. Co z tym zrobić. Ja nie potrafię tak żyć.
W miarę tego, jak mówił, Oleander mógł obserwować, jak jego bezsilny smutek stopniowo przeradza się w równie płonny gniew.
– Nasze życie to fikcja widzisz to. Mógłbym. Nie pracować mógłbym. Nie opuścić domu ani razu aż do śmierci i nic by się nie zmieniło to byłoby. Znacznie łatwiejsze. Cholernie łatwe. – Chwiejnie, ale z zaskakującą siłą poderwał się z okrytego białym płótnem mebla, pociągając za sobą chłopaka, którego dłoń wciąż twardo ściskał. – Jestem zmęczony. Jak. Mam nie pić. To chcę wrócić do domu.
Mruknął cicho i skinął głową, przytakując samemu sobie. Musiał upewnić się kilka razy, że mówi prawdę, ale wciąż wydawało mu się, że faktycznie tak było. Że faktycznie chciał właśnie tego - zamknięcia się w swojej sypialni na cały następny tydzień.
Czy było to dziwne, że jego przyjaciel dostrzegał na jego twarzy piętno cuchnącej degeneracji, która z miesiąca na miesiąc coraz głębiej wyjaławiała jego duszę? Nie, oczywiście, że nie. Trzymanie przy sobie ludzi, którzy mogli przez lata obserwować twój nieuchronny upadek moralny, było bardzo rozsądnym wyborem. O ile cieszyli się oni przyzwoitym intelektem, ich opinie mogły stanowić pewnego rodzaju papierek lakmusowy, którego odcień wskazać mógł moment, kiedy dokładnie należało rozstać się z resztkami niezasłużonej godności, przełamać strach i, cóż, zawczasu odejść, żeby oszczędzić wstydu sobie i swojej rodzinie.
Poczuwszy ciężar ręki Oleandra na swoim ramieniu, drgnął raptownie, niby wyrwany z transu. Dotąd nie zauważył szczególnej zmiany w fizjologii przyjaciela - przyśpieszone tętno chłopaka harmonizowało z jego własnym - lecz teraz skupił się na tym, jak ten zacieśnił uścisk ich dłoni. Spojrzał na jego ginącą w ciemności twarz, przyjrzał się jego oczom, wciąż jaśniejszym, niż brązowe.
Poczuł nagle jak jego zdrętwiałe członki rwą się wpierw do ucieczki, później do walki. Nie mógł uwierzyć w to, z jaką ostrożnością Oleander obchodził się z nim. Nie chciał ufać temu wszystkiemu, ale musiał. Nie istniały żadne racjonalne argumenty za tym, żeby zrobił teraz cokolwiek innego. Skrzywił się, znów odwracając głowę ku drzwiom.
Po kilku minutach mozolnego łagodzenia głodu przemocy, odezwał się nareszcie:
– Wygląda. Jakby. Na tym świecie nie było niczego naprawdę dobrego. Wszystko jest. Przegniłe. – Głos miał chrapliwy i mokry od zbierających się w oczach łez. – Nie ma w nim niczego z czego można być dumnym czemu można ufać albo komu można ufać. Wszystko zanieczyścił ból. Chaos. Kłamstwo. Fałsz. O ile kiedykolwiek było inaczej. Z roku na rok widzę to coraz lepiej nie wiem. Co z tym zrobić. Ja nie potrafię tak żyć.
W miarę tego, jak mówił, Oleander mógł obserwować, jak jego bezsilny smutek stopniowo przeradza się w równie płonny gniew.
– Nasze życie to fikcja widzisz to. Mógłbym. Nie pracować mógłbym. Nie opuścić domu ani razu aż do śmierci i nic by się nie zmieniło to byłoby. Znacznie łatwiejsze. Cholernie łatwe. – Chwiejnie, ale z zaskakującą siłą poderwał się z okrytego białym płótnem mebla, pociągając za sobą chłopaka, którego dłoń wciąż twardo ściskał. – Jestem zmęczony. Jak. Mam nie pić. To chcę wrócić do domu.
Mruknął cicho i skinął głową, przytakując samemu sobie. Musiał upewnić się kilka razy, że mówi prawdę, ale wciąż wydawało mu się, że faktycznie tak było. Że faktycznie chciał właśnie tego - zamknięcia się w swojej sypialni na cały następny tydzień.