16.09.2024, 13:03 ✶
Nie wiedziałem, że była kafeteria na dachu! Wróć! Nie mogłem o tym wiedzieć, bo przecież jej tam nie było, no nie? Czy była? Nic takiego tam nie widywałem, kiedy się wygrzewałem na słońcu, ale może jednak coś przeoczyłem...? Chociaż co ja mogłem przeoczyć na dachu? Znałem prawie wszsytkie dachy w Londynie i nie przypominałem sobie, aby na którymkolwiek z nich serwowano zupę. Na jednym sprzedawano jakieś ziółka, a na innym można było kupić browara po znajomości, ale to tyle.
Pan Greengrass był wariatem! Nie mogłem o tym zapominać. Przystojnym i dobrze ułożonym wariatem, ale nie można było się dać zwieść jego urokowi wykształconego człowieka, bo mówił jedno - wariactwo. Tak, to było wariactwo. Brzmiał może trochę jak ja, kiedy przychodziło mi na psoty, tyle że on mówił to tak poważnie, a ja to utrzymywałem niepoważny ton, więęęc... Uśmiechałem się. Tak. Potrzebował leczenia. Że też nikt oprócz mnie nie dojrzał tej przypadłości u tego biednego człowieka!
- Ale nie, nie-nie-nie. Ja nie jestem głodny, ale chętnie panu potem potowarzyszę, kiedy skończymy z tymi elikisrami - stwierdziłem zaraz, kręcąc głową i wskazałem na półkę. - Właściwie, to może lepiej byłoby to zostawić tak jak jest. Jeszcze wszyscy się zaczną mylić przez nowe ułożenie. Przyzwyczajenia to potężna sprawa jest, no nie? - zauważyłem, bo sam chciałem wziąć grzybową... znaczy ten eliksir porostu czy zarostu. Sam już nie wiedziałem, ale łapałem za nie tę fiolkę, co trzeba, bo ktoś tu nam poprzestawiał wszystko. Nie ktoś, tylko Pan Ambroise Greengrass. Musiałem następnym razem bardziej uważać, co biorę do ręki, i o tym też pamiętać, może ostrzec przed tym również innych, chociaż inni wydawali się mieć bardziej głowę na karku, jeśli chodziło o czytanie etykietek. Ja jedynie niekiedy, z nudy oczywiście, czytałem te sekcje o skutkach ubocznych. Potem stosowałem elikisry jako karę dla osób, które mi jakoś podpadły. Ale nie było ich z kolei jakoś dużo. Ja raczej byłem uwielbiany aniżeli demonizowany.
Tym razem zerknąłem na etykietę nim powąchałem. Zmarszczyłem nos, bo nie było to przyjemne doświadczenie. Właściwie, to zaraz zamknąłem fiolkę i oddałem panu Greengrassowi, bo zbierało mi się na solidne kichnięcie, co też zaraz zrobiłem, a wraz z tym to chyba serio mi wypadły włosy, bo kilka kłaków miałem na dłoni. Może jednak nie wszystko było jego szaleństwem.
Wytarłem dłoń w fartuch.
- Nieee... Moja mama jest mugolką. Nie znoszę jej magii do domu, żeby sąsiadki nie widziały - stwierdziłem dalej beztrosko, przecierając palcem nos. Nieco się po nim podrapałem. Dziwne uczucie, ale żyłem. Na wszelki wypadek też usiadłem, w razie gdybym miał jednak paść tu trupem albo z omdleniem, albo po prostu, gdyby nogi się pode mną ugięły, albo cokolwiek, o czym mi pan Greengrass nie mówił. - A z tatą czasami gram w szachy czarodziejów, ale przegrywam, bo nie umiem grać, ale on umie bardzo dobrze, ale jakoś nie potrafię się od niego nauczyć tych wszystkich chwytów takich... Cóż, strategii. Bardziej działam impulsywnie... Raz prawie wygrałem. Raz i prawie - przyznałem z optymizmem, pomimo przekazywanej treści, bo w głębi serca byłem pewien, że któregoś dnia wygram. Może całkowitym przypadkiem, może zrządzeniem losu, ale dlatego się nie poddawałem i z nim grywałem w niedzielne popołudnia, kiedy oboje mieliśmy czas.
Pan Greengrass był wariatem! Nie mogłem o tym zapominać. Przystojnym i dobrze ułożonym wariatem, ale nie można było się dać zwieść jego urokowi wykształconego człowieka, bo mówił jedno - wariactwo. Tak, to było wariactwo. Brzmiał może trochę jak ja, kiedy przychodziło mi na psoty, tyle że on mówił to tak poważnie, a ja to utrzymywałem niepoważny ton, więęęc... Uśmiechałem się. Tak. Potrzebował leczenia. Że też nikt oprócz mnie nie dojrzał tej przypadłości u tego biednego człowieka!
- Ale nie, nie-nie-nie. Ja nie jestem głodny, ale chętnie panu potem potowarzyszę, kiedy skończymy z tymi elikisrami - stwierdziłem zaraz, kręcąc głową i wskazałem na półkę. - Właściwie, to może lepiej byłoby to zostawić tak jak jest. Jeszcze wszyscy się zaczną mylić przez nowe ułożenie. Przyzwyczajenia to potężna sprawa jest, no nie? - zauważyłem, bo sam chciałem wziąć grzybową... znaczy ten eliksir porostu czy zarostu. Sam już nie wiedziałem, ale łapałem za nie tę fiolkę, co trzeba, bo ktoś tu nam poprzestawiał wszystko. Nie ktoś, tylko Pan Ambroise Greengrass. Musiałem następnym razem bardziej uważać, co biorę do ręki, i o tym też pamiętać, może ostrzec przed tym również innych, chociaż inni wydawali się mieć bardziej głowę na karku, jeśli chodziło o czytanie etykietek. Ja jedynie niekiedy, z nudy oczywiście, czytałem te sekcje o skutkach ubocznych. Potem stosowałem elikisry jako karę dla osób, które mi jakoś podpadły. Ale nie było ich z kolei jakoś dużo. Ja raczej byłem uwielbiany aniżeli demonizowany.
Tym razem zerknąłem na etykietę nim powąchałem. Zmarszczyłem nos, bo nie było to przyjemne doświadczenie. Właściwie, to zaraz zamknąłem fiolkę i oddałem panu Greengrassowi, bo zbierało mi się na solidne kichnięcie, co też zaraz zrobiłem, a wraz z tym to chyba serio mi wypadły włosy, bo kilka kłaków miałem na dłoni. Może jednak nie wszystko było jego szaleństwem.
Wytarłem dłoń w fartuch.
- Nieee... Moja mama jest mugolką. Nie znoszę jej magii do domu, żeby sąsiadki nie widziały - stwierdziłem dalej beztrosko, przecierając palcem nos. Nieco się po nim podrapałem. Dziwne uczucie, ale żyłem. Na wszelki wypadek też usiadłem, w razie gdybym miał jednak paść tu trupem albo z omdleniem, albo po prostu, gdyby nogi się pode mną ugięły, albo cokolwiek, o czym mi pan Greengrass nie mówił. - A z tatą czasami gram w szachy czarodziejów, ale przegrywam, bo nie umiem grać, ale on umie bardzo dobrze, ale jakoś nie potrafię się od niego nauczyć tych wszystkich chwytów takich... Cóż, strategii. Bardziej działam impulsywnie... Raz prawie wygrałem. Raz i prawie - przyznałem z optymizmem, pomimo przekazywanej treści, bo w głębi serca byłem pewien, że któregoś dnia wygram. Może całkowitym przypadkiem, może zrządzeniem losu, ale dlatego się nie poddawałem i z nim grywałem w niedzielne popołudnia, kiedy oboje mieliśmy czas.