Morpheus zazgrzytał zębami.
O wielki Aresie, Panie bitewnej furii, Ty, co wojną świat kształtujesz, mieczem go rzeźbisz, zbrojny w gniew i siłę, która budzi trwogę, przybywaj w dymie, w huku zbrojnej drogi. Wzywam Cię, Aresie, krwisty i śmiały, przez powietrze, przez skorupę ziemską i przez jądro ziemi, byś był mi posłuszny. O Aresie, którego radują klęski, który i gardzi szczęściem, wzywam Cię!
Sposób, w jaki czarodziej władał różdżką, był niczym jego osobisty podpis — unikalny i niepowtarzalny, jak charakter pisma. Każdy gest, zakręcenie nadgarstka, ruch ramienia, czy szybkość i płynność ruchów zdradzały nie tylko biegłość, ale i osobowość czarującego. Morpheus, kiedy rzucał zaklęcia, wyglądał, jakby stawał do pojedynku szermierskiego. Jego ruchy były pełne gracji i precyzji, szybkie cięcia i zamaszyste pchnięcia, jakby różdżka w jego dłoni była ostrzem, które tańczyło w powietrzu. Z każdym ruchem zdawało się, że zaklęcia nie tylko wypowiada, ale wypisuje je na niewidzialnym płótnie, jak mistrz sztuki walki, splatający magię z elegancją ruchu. Jakby zamierzał pisać krwią pokonanych.
Tym razem jednak ich przeciwnik nie miał ani uncji krwi w sobie, a jedynie ziemię, błoto i wodę.
Nie dało się złamać tego, co nie było twoje. Ale wszystko było jego, bo zamierzał pożreć wszystko. Zamierzał zejść w dół, po schodach i pożreć sekrety, tajemnice, zagadki i wiedzę pokoleń.
Dlatego ponownie zaatakował, tym razem chcąc, aby ziemia powróciła do ziemi. Jak by to powiedzieli mugolsy chrześcijanie?
— Z prochu powstałeś, a proch się obrócisz — oto jego zaklęcie. Golem był ziemi. Morpheus był zbudowany z gwiazd, więc do gwiazd powróci.
Akcja nieudana
Sukces!