16.09.2024, 20:39 ✶
Anthony Shafiq, którego znała nie był dobrym człowiekiem. Był uparty. Był cyniczny. Zakłamany do szpiku kości tak jak tylko politycy potrafią być. Ale przede wszystkim był dumny.
Jak wiele kosztowało go przyznanie się do winy za grzechy, których nie popełnił? Ile sekund chłodnego milczenia było jeszcze potrzebne, by osunął się przed nią na kolana błagając o łaskę tą, która słów łaski po prostu nie znała? Czcząc w drobnym uosobieniu Galatei to, co sam pogrzebał - zmarłą przedwcześnie żonę, utraconego kochanka, cząstkę samego siebie, którą porzucił by móc tkwić w ciepłym blasku swojego Słońca?
Bo taki przecież był jej Anthony.
- Jesteś tak piękną duszą.- Powiedziała pełnym czystej melancholii głosem, w pierwszej chwili nie wykonując żadnego gestu w stronę przyjaciela. Jak zawsze, gdy jej myśli błądziły gdzieś daleko, oderwane od codziennych trudów. Przymknęła zmęczone powieki, pozwalając sobie na ten krótki moment wytchnienia. Gdy mogła otoczyć się chłodnymi wodami Morza Północnego bez obaw, że pociągną ją ze sobą.
To było zbyt proste.
Wyobrazić go sobie po drugiej stronie krat, tak udręczonego i pozbawionego blasku słońca w zasnutych mgłą oczach. Wyciągającego skostniałe z zimna ręce w jej stronę, jakby była jedynym wspomnieniem, którego mógł się uchwycić na zapomnianej przez Bogów wyspie.
Nie. Nie potrafiłaby. Nie jego. Nie, gdy spędziła siedem długich lat chroniąc Anthony’ego Shafiqa przed klątwą i samą sobą.
Wystarczyło, że jeszcze wytrzyma jeszcze moment. Zostało już tak niewiele czasu, aby sen, w który wierzyła stał się wreszcie jej rzeczywistością. Wtedy już nic nie będzie miało znaczenia, każde jedno zmartwienie odejdzie w niepamięć. Łzy spłynęły po bladych, wychudzonych policzkach, gdy tylko otworzyła na nowo oczy. A jednak zdawała się ich nie zauważać.
- Tak… Niesamowicie piękną.- Powtórzyła jeszcze ciszej. Niełatwym zadaniem było wyrwać Lorien Crouch z tego dziwacznego otępienia, w którym rozpaczliwie poszukiwała ratunku.
Ostrożnie odepchnęła się od blatu biurka, pozwalając pochwycić się za drżące dłonie. Spleść palce, ignorować chłód obrączki, która teraz paliła żywym ogniem. To nie była zdrada, bo łączące ją z Anthonym nici losu i przeznaczenia sięgały znacznie głębiej niż wszelkie małżeńskie kontrakty.
To on, nie Robert miał prawo czuć się zdradzonym.
Popełniła błąd. Oczywiście, że tak.
Pierwszy - gdy pozwoliła Morfeuszowi przedstawić się temu uosobieniu brytyjskiego imperializmu i korupcji. Ostatni - gdy spojrzała w tej sekundzie w jego jasne, pełne uczucia oczy.
Lorien nie prosiła. Nie błagała. Nie kazała.
Po prostu była. I przez moment, może pierwszy od wielu lat czarownica się zawahała.
- Ja…- Szepnęła, o krok od zdradzenia mu wszelkich tajemnic. Cierpienia, które nosiła od miesięcy w sobie. Poczucia straty czegoś czegoś nigdy nie pragnęła - bo tu już nie chodziło o samo dziecko. Chodziło o ideę. Świadomość, że mogła dać światu coś co było po prostu… dobre. Tak zwyczajnie dobre. Tymczasem jej jedynym dziedzictwem były dziesiątki dzienników pełnych makabrycznych wizji i pomysłów. Złoto brudne od krwi i łez. Lorien Mulciber umierała tak jak żyła; kompletnie samotna.
I nieważne jak wiele ją to kosztowało, nie mogła pociągnąć Anthony’ego w odmęta swojej samotności. Dlatego choć w pewnym momencie pozwoliła się przytulić, brudząc mu koszulę rozmazanym od łez ciemnym makijażem, to czarownica wciąż milczała.
- … muszę już iść. Mąż na mnie czeka.- Kłamstwo. Powiedziane bez większego przekonania, gdy zaciskała rozpaczliwie palce na miękkim materiale, z policzkiem wspartym o pierś przyjaciela. Cholerne kłamstwo, w które nie warto było wierzyć. Nikt tam nie wyglądał jej powrotu. Nikt nie tęsknił.- Dziękuję.
Za wino. Za opowieść. Za tą odrobinę komfortu. I kłamstwo, że jestem ważna.
Wyślizgnęła się z jego objęć już bez słowa. Nie zdobyła się nawet na głupie pożegnanie w stylu “powinieneś czasem zajrzeć do nas na II piętro. Co prawda cięcia budżetowe objęły też naszą kawę, ale… skrzaty z kawiarni na ulicy obok parzą i donoszą całkiem niezłe espresso!”.
Czarownica po prostu cofnęła się o parę kroków w głąb pokoju, nie odrywając od niego spojrzenia pełnego tego pełnego smutku zrozumienia.
Już nie jesteś mój.
Uniosła kąciki ust w słabym uśmiechu, robiąc ostatni krok w tył. Teleportowała się z cichym trzaskiem pozostawiając po sobie tylko brudny od wina kieliszek na stoliku i… pierścionek na blacie biurka. Ten sam, który dzień wcześniej przez omyłkę zabrała ze stoiska na Lammas.
Ale to dobrze.
Jak wiele kosztowało go przyznanie się do winy za grzechy, których nie popełnił? Ile sekund chłodnego milczenia było jeszcze potrzebne, by osunął się przed nią na kolana błagając o łaskę tą, która słów łaski po prostu nie znała? Czcząc w drobnym uosobieniu Galatei to, co sam pogrzebał - zmarłą przedwcześnie żonę, utraconego kochanka, cząstkę samego siebie, którą porzucił by móc tkwić w ciepłym blasku swojego Słońca?
Bo taki przecież był jej Anthony.
- Jesteś tak piękną duszą.- Powiedziała pełnym czystej melancholii głosem, w pierwszej chwili nie wykonując żadnego gestu w stronę przyjaciela. Jak zawsze, gdy jej myśli błądziły gdzieś daleko, oderwane od codziennych trudów. Przymknęła zmęczone powieki, pozwalając sobie na ten krótki moment wytchnienia. Gdy mogła otoczyć się chłodnymi wodami Morza Północnego bez obaw, że pociągną ją ze sobą.
To było zbyt proste.
Wyobrazić go sobie po drugiej stronie krat, tak udręczonego i pozbawionego blasku słońca w zasnutych mgłą oczach. Wyciągającego skostniałe z zimna ręce w jej stronę, jakby była jedynym wspomnieniem, którego mógł się uchwycić na zapomnianej przez Bogów wyspie.
Nie. Nie potrafiłaby. Nie jego. Nie, gdy spędziła siedem długich lat chroniąc Anthony’ego Shafiqa przed klątwą i samą sobą.
Wystarczyło, że jeszcze wytrzyma jeszcze moment. Zostało już tak niewiele czasu, aby sen, w który wierzyła stał się wreszcie jej rzeczywistością. Wtedy już nic nie będzie miało znaczenia, każde jedno zmartwienie odejdzie w niepamięć. Łzy spłynęły po bladych, wychudzonych policzkach, gdy tylko otworzyła na nowo oczy. A jednak zdawała się ich nie zauważać.
- Tak… Niesamowicie piękną.- Powtórzyła jeszcze ciszej. Niełatwym zadaniem było wyrwać Lorien Crouch z tego dziwacznego otępienia, w którym rozpaczliwie poszukiwała ratunku.
Ostrożnie odepchnęła się od blatu biurka, pozwalając pochwycić się za drżące dłonie. Spleść palce, ignorować chłód obrączki, która teraz paliła żywym ogniem. To nie była zdrada, bo łączące ją z Anthonym nici losu i przeznaczenia sięgały znacznie głębiej niż wszelkie małżeńskie kontrakty.
To on, nie Robert miał prawo czuć się zdradzonym.
Popełniła błąd. Oczywiście, że tak.
Pierwszy - gdy pozwoliła Morfeuszowi przedstawić się temu uosobieniu brytyjskiego imperializmu i korupcji. Ostatni - gdy spojrzała w tej sekundzie w jego jasne, pełne uczucia oczy.
Lorien nie prosiła. Nie błagała. Nie kazała.
Po prostu była. I przez moment, może pierwszy od wielu lat czarownica się zawahała.
- Ja…- Szepnęła, o krok od zdradzenia mu wszelkich tajemnic. Cierpienia, które nosiła od miesięcy w sobie. Poczucia straty czegoś czegoś nigdy nie pragnęła - bo tu już nie chodziło o samo dziecko. Chodziło o ideę. Świadomość, że mogła dać światu coś co było po prostu… dobre. Tak zwyczajnie dobre. Tymczasem jej jedynym dziedzictwem były dziesiątki dzienników pełnych makabrycznych wizji i pomysłów. Złoto brudne od krwi i łez. Lorien Mulciber umierała tak jak żyła; kompletnie samotna.
I nieważne jak wiele ją to kosztowało, nie mogła pociągnąć Anthony’ego w odmęta swojej samotności. Dlatego choć w pewnym momencie pozwoliła się przytulić, brudząc mu koszulę rozmazanym od łez ciemnym makijażem, to czarownica wciąż milczała.
- … muszę już iść. Mąż na mnie czeka.- Kłamstwo. Powiedziane bez większego przekonania, gdy zaciskała rozpaczliwie palce na miękkim materiale, z policzkiem wspartym o pierś przyjaciela. Cholerne kłamstwo, w które nie warto było wierzyć. Nikt tam nie wyglądał jej powrotu. Nikt nie tęsknił.- Dziękuję.
Za wino. Za opowieść. Za tą odrobinę komfortu. I kłamstwo, że jestem ważna.
Wyślizgnęła się z jego objęć już bez słowa. Nie zdobyła się nawet na głupie pożegnanie w stylu “powinieneś czasem zajrzeć do nas na II piętro. Co prawda cięcia budżetowe objęły też naszą kawę, ale… skrzaty z kawiarni na ulicy obok parzą i donoszą całkiem niezłe espresso!”.
Czarownica po prostu cofnęła się o parę kroków w głąb pokoju, nie odrywając od niego spojrzenia pełnego tego pełnego smutku zrozumienia.
Już nie jesteś mój.
Uniosła kąciki ust w słabym uśmiechu, robiąc ostatni krok w tył. Teleportowała się z cichym trzaskiem pozostawiając po sobie tylko brudny od wina kieliszek na stoliku i… pierścionek na blacie biurka. Ten sam, który dzień wcześniej przez omyłkę zabrała ze stoiska na Lammas.
Ale to dobrze.
Koniec sesji