18.09.2024, 19:26 ✶
W roku 43 ani błyskawic, ani wież nie było jeszcze na horyzoncie; nieba Woody’ego nie przysłaniał choćby jeden rzadki obłoczek. Bracia głupi i głupszy mogli skupić się na doczesnych kłopotach…
— Yhym, yhym — przedrzeźnił młodszego starszy z Longbottomów, który po prostu musiał mieć ostatnie słowo.
Nie kłopotało go bardzo to, że Morpheus nie zdradza wielkiego talentu do pojedynków. Oczywiście jako starszy brat chętnie wykorzystałby go nieco do zaspokojenia ambicji wytrenowania kolejnego wojownika spod ich rodowego herbu, ale nie był to jego punkt honoru. Tenże honor wychowawczy zachowywał dla swojego przyszłego syna, którego zaistnienia był więcej niż pewny, i to w perspektywie najbliższych lat! Być może ten honor to jeden jedyny powód, dla którego lepiej, że wymarzony potomek nigdy nie przyszedł na świat: jedna dusza mniej czuła się niewystarczająco dobra.
Trzysta tysięcy możliwości z kolei ani trochę nie zraziło brygadzisty. Szansa na wygraną w loterii też jakaś przesadnie wielka nie była, a jednak czasami komuś wypadł los. Pamiętajmy też, że Woody studiował łojenie czarnoksiężników po łbie, nie probabilistykę. Tutaj zresztą mógł wrzucać tyle losów, ile mu się spodoba — tak długo, jak będzie mu się chciało siedzieć pod drzewem i przekładać symbole… prawda?
— Jak to co próbuję? — zapytał, jakby to była najoczywistsza rzecz pod słońcem, po czym kontynuował, jakby nie dotarła do niego gadka o ilości kombinacji: — Otworzyć. Metodą prób i błędów.
Nawet gdyby Clemens chciał podzielić się z bratem znanymi mu informacjami, nie mógłby tego zrobić, bo wcale żadnej treści zadania nie było. Wiedział natomiast, że na pewno się toto otwiera. Musiało się otwierać, bo na własne oczy widział, jak się zamyka. Gdy grupa uderzeniowa, w której skład wchodził, dotarła na miejsce zdarzenia, ścianki kostki właśnie się zamykały wokół jakiegoś drobnego artefaktu.
— Szef mówił, że się otwiera. I sam widziałem, jak to zamyka. Coś tam jest na pewno. — Złapał kostkę i uniósł ją na wysokość uszu, po czy potrząsnął energicznie. Nic się wcale w środku nie przewalało, ale to nie szkodzi. — Mniej gadania, więcej roboty — uciął dyskusję. Ani myślał cokolwiek dzieciakowi pokazywać. W myślodsiewni to mógł go co najwyżej podtopić, jak dalej będzie taki irytujący.
Longbottom zaczął z pasją przestawiać na oślep elementy kostki. Czasami spod run błyskało światło — wszelkich kolorów i intensywności. Doświadczonym klątwołamaczom być może by to wszystko coś podpowiedziało, może odkryliby w tym jakiś wzór. Clemens Lonbgottom był jednak światełkami zaabsorbowany jak niemowlak — podobało mu się, że świeci, ale nie bardzo rozumiał, o co chodzi.
Wtem kostka wyrwała się z jego dłoni i wzniosła nad głowę.
— Ha! — zakrzyknął brygadzista, przekonany, że to niechybnie zwiastun sukcesu.
Wyciągnął rękę w górę, próbując złapać przedmiot, lecz ten zwinnie uciekł spod jego palców.
— Yhym, yhym — przedrzeźnił młodszego starszy z Longbottomów, który po prostu musiał mieć ostatnie słowo.
Nie kłopotało go bardzo to, że Morpheus nie zdradza wielkiego talentu do pojedynków. Oczywiście jako starszy brat chętnie wykorzystałby go nieco do zaspokojenia ambicji wytrenowania kolejnego wojownika spod ich rodowego herbu, ale nie był to jego punkt honoru. Tenże honor wychowawczy zachowywał dla swojego przyszłego syna, którego zaistnienia był więcej niż pewny, i to w perspektywie najbliższych lat! Być może ten honor to jeden jedyny powód, dla którego lepiej, że wymarzony potomek nigdy nie przyszedł na świat: jedna dusza mniej czuła się niewystarczająco dobra.
Trzysta tysięcy możliwości z kolei ani trochę nie zraziło brygadzisty. Szansa na wygraną w loterii też jakaś przesadnie wielka nie była, a jednak czasami komuś wypadł los. Pamiętajmy też, że Woody studiował łojenie czarnoksiężników po łbie, nie probabilistykę. Tutaj zresztą mógł wrzucać tyle losów, ile mu się spodoba — tak długo, jak będzie mu się chciało siedzieć pod drzewem i przekładać symbole… prawda?
— Jak to co próbuję? — zapytał, jakby to była najoczywistsza rzecz pod słońcem, po czym kontynuował, jakby nie dotarła do niego gadka o ilości kombinacji: — Otworzyć. Metodą prób i błędów.
Nawet gdyby Clemens chciał podzielić się z bratem znanymi mu informacjami, nie mógłby tego zrobić, bo wcale żadnej treści zadania nie było. Wiedział natomiast, że na pewno się toto otwiera. Musiało się otwierać, bo na własne oczy widział, jak się zamyka. Gdy grupa uderzeniowa, w której skład wchodził, dotarła na miejsce zdarzenia, ścianki kostki właśnie się zamykały wokół jakiegoś drobnego artefaktu.
— Szef mówił, że się otwiera. I sam widziałem, jak to zamyka. Coś tam jest na pewno. — Złapał kostkę i uniósł ją na wysokość uszu, po czy potrząsnął energicznie. Nic się wcale w środku nie przewalało, ale to nie szkodzi. — Mniej gadania, więcej roboty — uciął dyskusję. Ani myślał cokolwiek dzieciakowi pokazywać. W myślodsiewni to mógł go co najwyżej podtopić, jak dalej będzie taki irytujący.
Longbottom zaczął z pasją przestawiać na oślep elementy kostki. Czasami spod run błyskało światło — wszelkich kolorów i intensywności. Doświadczonym klątwołamaczom być może by to wszystko coś podpowiedziało, może odkryliby w tym jakiś wzór. Clemens Lonbgottom był jednak światełkami zaabsorbowany jak niemowlak — podobało mu się, że świeci, ale nie bardzo rozumiał, o co chodzi.
Wtem kostka wyrwała się z jego dłoni i wzniosła nad głowę.
— Ha! — zakrzyknął brygadzista, przekonany, że to niechybnie zwiastun sukcesu.
Wyciągnął rękę w górę, próbując złapać przedmiot, lecz ten zwinnie uciekł spod jego palców.
piw0 to moje paliwo