19.09.2024, 12:25 ✶
Potwierdził słowa Basila, choć odrobinę niewyraźnie. Od kiedy Florence pośrednio wspomniała o Monie, poczuł pustkę jeszcze bardziej głęboką i ciemną niż, gdy myślał o ojcu. Przypominał sobie w takich chwilach tamtą kolację, która wszystko zmieniła, a raczej... zakopała głęboko w grobie, który już nigdy nie miał zostać otwarty.
Kiedy Florence na chwilę ich opuściła, by udać się do kuchni, pytanie Basila przez chwilę wisiało w powietrzu. Icarus nie chciał na nie odpowiadać. Był zbyt dobrym kłamcą, żeby nie czuć żalu, kiedy okłamywał brata, a powiedzenie prawdy nie wchodziło w grę. Bo może Basil by go zachęcił do podążaniem za głosem własnego serca? Do tego, żeby odnaleźć Monę, przeprosić ją, nawet na kolanach, jeśli było trzeba. Ale dla Icarusa nie było drugich szans. Upadek był zawsze ostateczny. Nie można było po nim wypłynąć na powierzchnię. Musiał utonąć.
– Nic się nie dzieje. To tylko kac – rzekł, kłamiąc tylko odrobinę. Choć może to nie było drobne kłamstewko? Może zaprzeczało prawdzie w sposób najbardziej bezczelny i bluźnierczy?
Kiedy Florence wróciła, przytaknął jej słowom. Nie wiedział, jak ona dawała sobie radę. Była bardzo stanowcza, a nawet... silna. Pewnie miała słabości, bo kto by ich nie miał, ale wydawała się zawsze osobą, która sobie radziła w najbardziej rozsądny i zdrowy sposób. W tej rodzinie była jakimś unikatem, choć Basil niemal jej dorównywał. Jak Icarus im czasem zazdrościł... tej stabilności.
– Serio będziemy uważać. Słowo – obiecał, kiedy ich kuzynka wychodziła.
Potem nastała chwila ciszy. Mało komfortowa, niczym brak strony w środku książki czy plama pustego płótna w centrum obrazu. Icarus miał szansę powiedzieć coś więcej, ale milczał. Nie tylko nie chciał martwić brata, ale też wizja konieczności działania, by rozwiązać swoje problemy go osłabiała.
Zrobili, jak kazała Florence. Icarus wziął ostatnią dawkę leku, a potem z pomocą Basila wdrapał się po schodach do swojego pokoju (rzecz jasna, po zamknięciu drzwi). Wymienili tylko zdawkowe „dobranoc”.
Kiedy zaś wypił dawkę eliksiru nasennego i położył się spać, nie było żadnych snów, jedynie kojąca pustka, która wydawała się trwać jedynie przez moment, zanim do jego pokoju wdarło się światło poranka.
Kiedy Florence na chwilę ich opuściła, by udać się do kuchni, pytanie Basila przez chwilę wisiało w powietrzu. Icarus nie chciał na nie odpowiadać. Był zbyt dobrym kłamcą, żeby nie czuć żalu, kiedy okłamywał brata, a powiedzenie prawdy nie wchodziło w grę. Bo może Basil by go zachęcił do podążaniem za głosem własnego serca? Do tego, żeby odnaleźć Monę, przeprosić ją, nawet na kolanach, jeśli było trzeba. Ale dla Icarusa nie było drugich szans. Upadek był zawsze ostateczny. Nie można było po nim wypłynąć na powierzchnię. Musiał utonąć.
– Nic się nie dzieje. To tylko kac – rzekł, kłamiąc tylko odrobinę. Choć może to nie było drobne kłamstewko? Może zaprzeczało prawdzie w sposób najbardziej bezczelny i bluźnierczy?
Kiedy Florence wróciła, przytaknął jej słowom. Nie wiedział, jak ona dawała sobie radę. Była bardzo stanowcza, a nawet... silna. Pewnie miała słabości, bo kto by ich nie miał, ale wydawała się zawsze osobą, która sobie radziła w najbardziej rozsądny i zdrowy sposób. W tej rodzinie była jakimś unikatem, choć Basil niemal jej dorównywał. Jak Icarus im czasem zazdrościł... tej stabilności.
– Serio będziemy uważać. Słowo – obiecał, kiedy ich kuzynka wychodziła.
Potem nastała chwila ciszy. Mało komfortowa, niczym brak strony w środku książki czy plama pustego płótna w centrum obrazu. Icarus miał szansę powiedzieć coś więcej, ale milczał. Nie tylko nie chciał martwić brata, ale też wizja konieczności działania, by rozwiązać swoje problemy go osłabiała.
Zrobili, jak kazała Florence. Icarus wziął ostatnią dawkę leku, a potem z pomocą Basila wdrapał się po schodach do swojego pokoju (rzecz jasna, po zamknięciu drzwi). Wymienili tylko zdawkowe „dobranoc”.
Kiedy zaś wypił dawkę eliksiru nasennego i położył się spać, nie było żadnych snów, jedynie kojąca pustka, która wydawała się trwać jedynie przez moment, zanim do jego pokoju wdarło się światło poranka.
Koniec sesji