21.09.2024, 20:14 ✶
Flinty uśmiechnął się tylko. Oczywiście, że była piękna i oczywiście, że nie kłamał - tak wiele można mu było zarzucić - niedopowiedzeń, czasami nawet złej woli, ale nigdy kłamstwa. Cokolwiek wymykało się z jego ust, choćby drobna myśl, musiała być czymś, co traktował jako fakt. Półprawdami nie lubił dzielić się nawet sferze uczuciowej, chociaż pewnie osobom, które go gorzej znały sprawiał takie wrażenie. Mylne - był poetą - wylew emocji na papier stanowił dla niego podstawę egzystencji.
- Oh i jak ci się podobało? Nieprzerwanie uważam Palermo za jedno z tych miejsc, do których zawsze dobrze się wraca - powiedział, chociaż powroty były mu dalsze niż poszukiwanie miejsc nowych i niezbadanych. Nie wspomniał też o tym, ale więcej czasu niż w Palermo spędził w Dolinie Świątyń i to z nią kojarzyła mu się ta przeklęta wyspa. Zakładał jednak, że Victoria wyruszyła tam w sprawach... bardziej przyziemnych.
- Tak myślisz? Że coś jest z nimi nie tak? - Te słowa go chyba ubodły. - W mojej opinii wszystko jest z nimi w porządku - bo zostali wychowani w sposób, który odcisnął piętno na ich psychice, a jednak nas, w większości przypadków, wychowywali inaczej. W ich odczuciu lepiej. Traktowali nas lepiej i teraz widzą tego efekty, to jak władza ją ich rodzice mieli nad nimi im... wymknęła się przez palce. Nie odnosi się to oczywiście do każdego przypadku - nie umknęła mu przecież twarda ręka, jaką wychowywano Victorię - ale kiedy kilka kart się już posypało, szczególnie tych stanowiących fundament... - Wykonał takie charakterystyczne ruchy ręką, te mówiące: wiesz o co mi chodzi, prawda?
- Taka dziwna jest to rzecz.
Ciężka do opisania w toku jednej rozmowy. Obnażająca złożoność ludzkiej psychiki. Te rysy na wychowaniu traktował jako dowód tego, że dobro i miłość zawsze walczyły o uwagę. Nawet w najbardziej zepsutych społecznościach. Rodzice powinni chcieć dla swoich dzieci jak najlepiej, szeptała mu często Matka. I starał się być jak najlepszy. Jego najlepszość nie była jednak wystarczająca - przynajmniej nie dla ogółu społeczeństwa. Czy była dla Viviane?
Kiedy Victoria wróciła do pomieszczenia, Dægberht zeskrobywał resztki wosku zaklęciem. Nie wyrzucił ich jeszcze, ale pomógł im zastygnąć i ułożył na śmierdzącym świecą i ziołami stosie. Nawdychał się tego za dużo, nawet mimo prób odgonienia oparów za otwartą okiennicę. Jego oblicze się zmieniło - nawet na ciemniejszej cerze było widać wyraźne zaczerwienienie zestawione z przyspieszonym oddechem.
- Udało się - sapnął, po czym przełknął ślinę, orientując się w tym, jak brzmiał teraz jego głos. Zbyt miękko i zbyt ciepło na jego upodobania. - Twoi sąsiedzi muszą być wniebowzięci.
- Oh i jak ci się podobało? Nieprzerwanie uważam Palermo za jedno z tych miejsc, do których zawsze dobrze się wraca - powiedział, chociaż powroty były mu dalsze niż poszukiwanie miejsc nowych i niezbadanych. Nie wspomniał też o tym, ale więcej czasu niż w Palermo spędził w Dolinie Świątyń i to z nią kojarzyła mu się ta przeklęta wyspa. Zakładał jednak, że Victoria wyruszyła tam w sprawach... bardziej przyziemnych.
- Tak myślisz? Że coś jest z nimi nie tak? - Te słowa go chyba ubodły. - W mojej opinii wszystko jest z nimi w porządku - bo zostali wychowani w sposób, który odcisnął piętno na ich psychice, a jednak nas, w większości przypadków, wychowywali inaczej. W ich odczuciu lepiej. Traktowali nas lepiej i teraz widzą tego efekty, to jak władza ją ich rodzice mieli nad nimi im... wymknęła się przez palce. Nie odnosi się to oczywiście do każdego przypadku - nie umknęła mu przecież twarda ręka, jaką wychowywano Victorię - ale kiedy kilka kart się już posypało, szczególnie tych stanowiących fundament... - Wykonał takie charakterystyczne ruchy ręką, te mówiące: wiesz o co mi chodzi, prawda?
- Taka dziwna jest to rzecz.
Ciężka do opisania w toku jednej rozmowy. Obnażająca złożoność ludzkiej psychiki. Te rysy na wychowaniu traktował jako dowód tego, że dobro i miłość zawsze walczyły o uwagę. Nawet w najbardziej zepsutych społecznościach. Rodzice powinni chcieć dla swoich dzieci jak najlepiej, szeptała mu często Matka. I starał się być jak najlepszy. Jego najlepszość nie była jednak wystarczająca - przynajmniej nie dla ogółu społeczeństwa. Czy była dla Viviane?
Kiedy Victoria wróciła do pomieszczenia, Dægberht zeskrobywał resztki wosku zaklęciem. Nie wyrzucił ich jeszcze, ale pomógł im zastygnąć i ułożył na śmierdzącym świecą i ziołami stosie. Nawdychał się tego za dużo, nawet mimo prób odgonienia oparów za otwartą okiennicę. Jego oblicze się zmieniło - nawet na ciemniejszej cerze było widać wyraźne zaczerwienienie zestawione z przyspieszonym oddechem.
- Udało się - sapnął, po czym przełknął ślinę, orientując się w tym, jak brzmiał teraz jego głos. Zbyt miękko i zbyt ciepło na jego upodobania. - Twoi sąsiedzi muszą być wniebowzięci.
Matka nadała mi takie imię,
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr