22.09.2024, 12:14 ✶
Opuściła wzrok na trzymaną w dłoniach książkę, przesuwając opuszkami palców po grafice przedstawiającej istotę w ciemnym, niematerialnym płaszczu.
Gdzie kończyła się Lorien, gdzie zaczynała Sędzia?
Gdzie leżała ta delikatna granica, która pozwalała jej funkcjonować od lat? Zamknąć za sobą drzwi od gabinetu i nie zastanawiać się chwili dłużej? Zamykać smutek w maleńkich szklanych buteleczkach za drzwiami własnej podświadomości.
Jesteś Sędzią Wizengamotu oraz… Nie. Żadnego „oraz”. Żadnego „i”, „ale także” Była Sędzią. Udręczoną ostatnimi miesiącami ciągłych błędów i pomyłek.
Powinnaś pamiętać o tych dwóch funkcjach. Twoje życie to nie tylko Ministerstwo. Dopiero teraz Lorien podniosła wzrok z powrotem na męża. Ze stoickim, nieprzeniknionym spokojem człowieka, który wiedział, ze prędzej czy później wygra.
Robert Mulciber był tylko i wyłącznie mężem Sędzi Wizengamotu. Jak bolesne musiało to być? Być znanym tylko jako wieczny dodatek do kogoś innego? Wpierw – własnej rodziny, której nie zdołał odmówić i porzucił wszystko co było cenne w imię żałosnego buntu; teraz kogoś tak potencjalnie nieistotnego jak własna żona. Nieistotnego, niewartego poświęcenia jednej uwagi, wysłuchania. Coś tak bardzo niewartego zachodu, że nie mogło stanowić żadnego zagrożenia.
To czego chciał, a czego nie chciał Robert Mulciber – nie miało żadnego znaczenia. Stracił swoje prawo do „chcenia” w chwili gdy wziął sobie za żonę wysoko postanowionego urzędnika; kobietę, którą chroniło znacznie więcej rzeczy niż podpisana intercyza.
Przecież nie kazała mu prosić, nie kazała błagać. Nie pozwalała mu na wystosowanie żądań. Nie był żadnym z mężczyzn, których byłaby w stanie wyobrazić sobie przed sobą na kolanach. Żebżących o litość kogoś, kto litości pozbył się wiele lat temu.
Miał tylko przy niej być. To było aż tak niewygodne? Odegrać grzecznie swoją rolę w tak krótkim przedstawieniu jakim było jej życie? A potem cieszyć się spadkiem, żyć długo i szczęśliwie z pierwszą lepszą dziwką, która na to poleci.
Odpowiedzi nie uzyskał. Oczywiście, że nie. Mógł to milczenie interpretować jak mu się to podobało albo nie interpretować wcale. A jednak. Jeśli do tego momentu Lorien jeszcze miała w sobie namiastkę cierpliwości, żeby tego wszystkiego słuchać – kwestionowanie umiejętności Prewetta było personalnym atakiem w jej rodzinę.
Czy mogła się wściekać? Złościć? Zacząć bronić Basilliusa? Oczywiście.
Zamiast tego uniosła jedynie brwi ni to w zdziwieniu ni to kiepsko zamaskowanym politowaniu.
- Powinieneś się cieszyć, że to nie wystarcza.
Powiedziała to.
Powiedziała to co oboje doskonale wiedzieli. Nie było żadnego powodu dla którego mogliby chcieć próbować odwlekać to co nastąpić w końcu musiało. W jej głosie dało się wyczuć tą nutę rozbawienia, które towarzyszyło Lorien wyjątkowo rzadko ostatnimi czasy.
Zamknęła z trzaskiem książkę, oficjalnie uznając rozmowę za zakończoną. To mógł być taki miły wieczór… A wyszło jak zwykle.
Ile mogło to trwać? Podniesienie się z fotela, wyciszenie muzyki jednym machnięciem różdżki, pokonanie z gracją dzielącej ich odległości? Kilka sekund, może jedno czy dwa uderzenia serca. Nachyliła się jeszcze nad Robertem, muskając ustami powietrze tuż nad jego policzkiem.
- Śpij dobrze mężu.- Ostatnie słowo wypowiedziane zostało szeptem nie głośniejszym niż westchnięcie. A potem Lorien zniknęła. Wymknęła się z biblioteki równie szybko jak się w niej pojawiła.
Gdzie kończyła się Lorien, gdzie zaczynała Sędzia?
Gdzie leżała ta delikatna granica, która pozwalała jej funkcjonować od lat? Zamknąć za sobą drzwi od gabinetu i nie zastanawiać się chwili dłużej? Zamykać smutek w maleńkich szklanych buteleczkach za drzwiami własnej podświadomości.
Jesteś Sędzią Wizengamotu oraz… Nie. Żadnego „oraz”. Żadnego „i”, „ale także” Była Sędzią. Udręczoną ostatnimi miesiącami ciągłych błędów i pomyłek.
Powinnaś pamiętać o tych dwóch funkcjach. Twoje życie to nie tylko Ministerstwo. Dopiero teraz Lorien podniosła wzrok z powrotem na męża. Ze stoickim, nieprzeniknionym spokojem człowieka, który wiedział, ze prędzej czy później wygra.
Robert Mulciber był tylko i wyłącznie mężem Sędzi Wizengamotu. Jak bolesne musiało to być? Być znanym tylko jako wieczny dodatek do kogoś innego? Wpierw – własnej rodziny, której nie zdołał odmówić i porzucił wszystko co było cenne w imię żałosnego buntu; teraz kogoś tak potencjalnie nieistotnego jak własna żona. Nieistotnego, niewartego poświęcenia jednej uwagi, wysłuchania. Coś tak bardzo niewartego zachodu, że nie mogło stanowić żadnego zagrożenia.
To czego chciał, a czego nie chciał Robert Mulciber – nie miało żadnego znaczenia. Stracił swoje prawo do „chcenia” w chwili gdy wziął sobie za żonę wysoko postanowionego urzędnika; kobietę, którą chroniło znacznie więcej rzeczy niż podpisana intercyza.
Przecież nie kazała mu prosić, nie kazała błagać. Nie pozwalała mu na wystosowanie żądań. Nie był żadnym z mężczyzn, których byłaby w stanie wyobrazić sobie przed sobą na kolanach. Żebżących o litość kogoś, kto litości pozbył się wiele lat temu.
Miał tylko przy niej być. To było aż tak niewygodne? Odegrać grzecznie swoją rolę w tak krótkim przedstawieniu jakim było jej życie? A potem cieszyć się spadkiem, żyć długo i szczęśliwie z pierwszą lepszą dziwką, która na to poleci.
Odpowiedzi nie uzyskał. Oczywiście, że nie. Mógł to milczenie interpretować jak mu się to podobało albo nie interpretować wcale. A jednak. Jeśli do tego momentu Lorien jeszcze miała w sobie namiastkę cierpliwości, żeby tego wszystkiego słuchać – kwestionowanie umiejętności Prewetta było personalnym atakiem w jej rodzinę.
Czy mogła się wściekać? Złościć? Zacząć bronić Basilliusa? Oczywiście.
Zamiast tego uniosła jedynie brwi ni to w zdziwieniu ni to kiepsko zamaskowanym politowaniu.
- Powinieneś się cieszyć, że to nie wystarcza.
Powiedziała to.
Powiedziała to co oboje doskonale wiedzieli. Nie było żadnego powodu dla którego mogliby chcieć próbować odwlekać to co nastąpić w końcu musiało. W jej głosie dało się wyczuć tą nutę rozbawienia, które towarzyszyło Lorien wyjątkowo rzadko ostatnimi czasy.
Zamknęła z trzaskiem książkę, oficjalnie uznając rozmowę za zakończoną. To mógł być taki miły wieczór… A wyszło jak zwykle.
Ile mogło to trwać? Podniesienie się z fotela, wyciszenie muzyki jednym machnięciem różdżki, pokonanie z gracją dzielącej ich odległości? Kilka sekund, może jedno czy dwa uderzenia serca. Nachyliła się jeszcze nad Robertem, muskając ustami powietrze tuż nad jego policzkiem.
- Śpij dobrze mężu.- Ostatnie słowo wypowiedziane zostało szeptem nie głośniejszym niż westchnięcie. A potem Lorien zniknęła. Wymknęła się z biblioteki równie szybko jak się w niej pojawiła.
Koniec sesji