22.09.2024, 19:47 ✶
Cathal umiał być cierpliwy, jeśli uważał, że dokładność i ostrożność są w danej sprawie istotne, a w tej z pewnością były. Klejnot, nawet jeżeli nie okazałby się autentyczny, miał ogromną wartość już choćby ze względu na złoto, jakiego użyto do produkcji i że jeśli go sfałszowano, zrobiono to z minimum sto lat temu. Jeżeli był prawdziwy – jego wartości nie dało się oszacować, bo poza kruszcem i turkusami, decydowała o niej stojąca za nim historia. W przypadku takich znalezisk nie można było ryzykować żadnych uszkodzeń, a wszelkie testy bywały czasochłonne.
Dlatego Shafiq po prostu czekał, pozwalając myślom płynąć swobodnie. Czarno – białe zdjęcia klejnotów, szkice run, chłodny dotyk złota pod palcami, błyski innych kamieni – oglądanych za szkłem w gablotach, na szyjach żon poszukiwaczy skarbów, wydobywanych samodzielnie z podziemnych komnat, to wszystko przesuwało się mu przed oczyma. Nie zdawał sobie nawet sprawy z upływu czasu, gdy sam pozwolił, aby jedno z „zawieszeń”, typowych dla choroby, z którymi zwykle tak walczył (czasem z większym, czasem z mniejszym powodzeniem), pochłonęło go całkowicie. Kiedy Asmodeus wrócił, zastał Cathala stojącego w tym samym miejscu przy ladzie, w tej samej pozycji nawet, i mogłoby się wydawać, że mężczyzna zamienił się w posąg.
Drgnęła jednak, wyrwany z zamyślenia, gdy pierwsze zdania zdołały przebić się przez mur wspomnień, przywołać go do teraźniejszości.
Bo klejnot faktycznie miał wspaniałą przeszłość.
Lekki uśmiech, pełen satysfakcji, przemknął przez jego usta. Przemowa Asmodeusa nie nudziła go ani trochę: och, tak, Cathala łatwo było znużyć, mało co go ekscytowało, niewielu ludzi w ogóle uznawał za godnych zapamiętania, ale w chwilach takich jak ta chłodnął każde słowo, każdą informację przyswajał chętnie. I na progu Burke’a stanął przecież dlatego, że wierzył, że jego ekspertyza będzie jedną z rzetelniejszych, jakie mógłby zyskać w Wielkiej Brytanii.
Jego dłonie powędrowały ku kasecie, zacisnęły się na jej brzegach, z nową zaborczością. Gdyby sam znał Tolkiena – ale nie czytywał raczej zwykle takich książek – może sam siebie mógłby porównać teraz do Goluma, który znalazł jedyny pierścień… a może raczej do Smauga? Przecież ta błyskotka nie miała zaprzątać Cathala zawsze – gdy już odkryje jej tajemnice, umieści ją za gablotą w muzeum Shafiqów i odbierze stosowne wynagrodzenie od krewnych, popędzi wykorzystać te pieniądze na znalezienie kolejnych skarbów.
Jemu zawsze było mało.
– Wątpię, by ktoś miał go nosić. Trafi raczej do rodzinnego muzeum – powiedział, opuszczając wzrok na klejnoty. Były piękne, ale nieco nazbyt krzykliwe jak na obecną, angielską modę, a jego krewni mieli dostatecznie wiele drogich kamieni po przodkach, którzy zdobywali je w dalekich krainach. – Bez wątpienia warto jednak zbadać temat bliżej.
Nie by podnieść wartość klejnotu, bo rodzina raczej go nie sprzeda, nie dlatego, że komuś mógłby wyrządzić krzywdę – a tylko po to, by wiedzieć. Cathal lubił wiedzieć.
– Nie w Anglii – stwierdził, wzruszając lekko ramionami. Widmowidzka, która była częścią grupy jego wuja, zginęła lata temu, aurowidz, z którym sam Cathal współpracował, został zabity przez śmierciożerców dobre półtora roku temu. Kojarzył, kto w socjecie ma potrzebne umiejętności, ale raczej nie utrzymywał z nimi dobrych relacji. Najbardziej oczywistym wyborem byłaby siostra Ulyssesa, Vespera Rookwood, ale między nim a Ulyssesem panowało pewnego rodzaju milczące porozumienie w tym zakresie.
Ulysses nie chciał, by Cathal został wciągnięty w sprawy śmierciożerców.
A Cathal nie chciał być w nie wciągnięty.
To oznaczało pewien dystans między nim, a rodziną przyjaciela.
– Nie mam nic przeciwko twoim ekspertom, ale muszę wiedzieć najpierw, kto to jest. Niekoniecznie każdego mam ochotę dopuszczać go tego naszyjnika, zwłaszcza gdy jeszcze można mi go odebrać – skwitował. Nie wdawał się w wyjaśnienia, bo i uznał, że dla kogoś wychowanego w świecie czystokrwistych będzie to jasne. Shafiqowie mieli swoich wrogów. Cathal też takich miał.
Dlatego Shafiq po prostu czekał, pozwalając myślom płynąć swobodnie. Czarno – białe zdjęcia klejnotów, szkice run, chłodny dotyk złota pod palcami, błyski innych kamieni – oglądanych za szkłem w gablotach, na szyjach żon poszukiwaczy skarbów, wydobywanych samodzielnie z podziemnych komnat, to wszystko przesuwało się mu przed oczyma. Nie zdawał sobie nawet sprawy z upływu czasu, gdy sam pozwolił, aby jedno z „zawieszeń”, typowych dla choroby, z którymi zwykle tak walczył (czasem z większym, czasem z mniejszym powodzeniem), pochłonęło go całkowicie. Kiedy Asmodeus wrócił, zastał Cathala stojącego w tym samym miejscu przy ladzie, w tej samej pozycji nawet, i mogłoby się wydawać, że mężczyzna zamienił się w posąg.
Drgnęła jednak, wyrwany z zamyślenia, gdy pierwsze zdania zdołały przebić się przez mur wspomnień, przywołać go do teraźniejszości.
Bo klejnot faktycznie miał wspaniałą przeszłość.
Lekki uśmiech, pełen satysfakcji, przemknął przez jego usta. Przemowa Asmodeusa nie nudziła go ani trochę: och, tak, Cathala łatwo było znużyć, mało co go ekscytowało, niewielu ludzi w ogóle uznawał za godnych zapamiętania, ale w chwilach takich jak ta chłodnął każde słowo, każdą informację przyswajał chętnie. I na progu Burke’a stanął przecież dlatego, że wierzył, że jego ekspertyza będzie jedną z rzetelniejszych, jakie mógłby zyskać w Wielkiej Brytanii.
Jego dłonie powędrowały ku kasecie, zacisnęły się na jej brzegach, z nową zaborczością. Gdyby sam znał Tolkiena – ale nie czytywał raczej zwykle takich książek – może sam siebie mógłby porównać teraz do Goluma, który znalazł jedyny pierścień… a może raczej do Smauga? Przecież ta błyskotka nie miała zaprzątać Cathala zawsze – gdy już odkryje jej tajemnice, umieści ją za gablotą w muzeum Shafiqów i odbierze stosowne wynagrodzenie od krewnych, popędzi wykorzystać te pieniądze na znalezienie kolejnych skarbów.
Jemu zawsze było mało.
– Wątpię, by ktoś miał go nosić. Trafi raczej do rodzinnego muzeum – powiedział, opuszczając wzrok na klejnoty. Były piękne, ale nieco nazbyt krzykliwe jak na obecną, angielską modę, a jego krewni mieli dostatecznie wiele drogich kamieni po przodkach, którzy zdobywali je w dalekich krainach. – Bez wątpienia warto jednak zbadać temat bliżej.
Nie by podnieść wartość klejnotu, bo rodzina raczej go nie sprzeda, nie dlatego, że komuś mógłby wyrządzić krzywdę – a tylko po to, by wiedzieć. Cathal lubił wiedzieć.
– Nie w Anglii – stwierdził, wzruszając lekko ramionami. Widmowidzka, która była częścią grupy jego wuja, zginęła lata temu, aurowidz, z którym sam Cathal współpracował, został zabity przez śmierciożerców dobre półtora roku temu. Kojarzył, kto w socjecie ma potrzebne umiejętności, ale raczej nie utrzymywał z nimi dobrych relacji. Najbardziej oczywistym wyborem byłaby siostra Ulyssesa, Vespera Rookwood, ale między nim a Ulyssesem panowało pewnego rodzaju milczące porozumienie w tym zakresie.
Ulysses nie chciał, by Cathal został wciągnięty w sprawy śmierciożerców.
A Cathal nie chciał być w nie wciągnięty.
To oznaczało pewien dystans między nim, a rodziną przyjaciela.
– Nie mam nic przeciwko twoim ekspertom, ale muszę wiedzieć najpierw, kto to jest. Niekoniecznie każdego mam ochotę dopuszczać go tego naszyjnika, zwłaszcza gdy jeszcze można mi go odebrać – skwitował. Nie wdawał się w wyjaśnienia, bo i uznał, że dla kogoś wychowanego w świecie czystokrwistych będzie to jasne. Shafiqowie mieli swoich wrogów. Cathal też takich miał.