24.09.2024, 20:54 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.09.2025, 11:40 przez Anthony Shafiq.)
Jej sugestia go nie zdenerwowała, nie dał się sprowokować pijackiemu bełkotowi, czekając aż przejdzie do meritum, aż sama odsłoni przede mną podwoje własnej umęczonej duszy, pulsujące osamotnione serduszko. Był ostatnim, by mówić, że urodzenie determinuje czarodzieja. Jego najdroższa przyjaciółka w końcu poświeciła wszystko dla mugolaka, w imię Wielkiej Miłości przekreślając wiele, włączając w to obecnie bezpieczeństwo swoje i swoich dzieci. Tego nie mogli przewidzieć, gdy ma się dwadzieścia lat świat wydaje się być prostszym miejscem, a bunt i manifest wpisane są niejako w rozwój ludzkości i określenie własnej tożsamości. Dopiero z czasem przychodzi opamiętanie, refleksja o nieodwracalności pewnych decyzji. Dopiero z czasem, ale nigdy nie powiedziałby, że dzieci Charlotte są w czymkolwiek gorsze potencjałem. Kluczem było wychowanie, obycie w sprawach magii, które mugolakom były obce. Z resztą... wielu czarodziejskim rodzinom również. Nie tylko magia była potrzebna we krwi, ale i pieniądze, ale i wykształcenie przed Hogwartem. I jak wiele mógł zarzucić swoim rodzicom, tak nigdy nie podważał ich wyborów edukacyjnych dla niego.
Poniekąd domyślał się, że stary Crouch nie będzie inwestował w swojego przypadkowego wnuka, tym bardziej, że traktował Severine jako zło konieczne. Bardzo krótkowzroczne myślenie, Anthony nie potrafił myśleć o tym inaczej. Kobiety były niezwykle wytrzymałe, odporne na ból, cierpienie, drobiazgowe, nieustannie pragnące się wykazać. A matki... były ekstremalnie zdeterminowane jeśli w grę wchodziło życie ich dziecka. W pewnym sensie więc... stary sędzia podarował mu idealnie ukształtowaną prawniczkę. Cóż za lekkomyślność z jego strony. Prawniczkę kształtującą słowo na papierze według swojej woli. Prawniczkę, która zrobi wszystko by odzyskać, co jej odebrano.
Shafiqa szczerze nie obchodziło jak sama zainteresowana do tego podchodzi. Czy tak bardzo zależało jej na miłości bezwarunkowej swojej latorośli, czy może zaborczo chciała odzyskać swoją właśność. Obchodziło go tylko to, że dotarł do dźwigni, że odsłoniła swoje bijące rozpaczą serce, po które aż nazbyt łatwo można było sięgnąć...
– A więc... nie wie. – Tym lepiej, jeszcze maczałby swoje palce w sprawie, odbierając Anthony'emu satysfakcję zwycięstwa. – ... i ode mnie się nie dowie, możesz być pewna. Nie jestem w stanie jednak pojąć tej niegodziwości. Nikt i nic nie powinno stawać na drodze matki i jego dziecka. To naturalne prawo. – Kiwał głową, dając upust oburzeniu, pozorowanemu wstrząsowi, który wywołała w nim ta wiadomość. Czysta krew - o tyle dobrze, że stary Crouch ze względu na przekonania nie utopiłby bękarta w stawie, jak skundlony miot. – Och moja droga, tak mi przykro. Musi być z pewnością jakaś droga, musi! – poderwał się gwałtownie z krzesła, zamaszyście, gnany alkoholem, którego brakło w jego żyłach, ale przecież od czego była wyobraźnia. – Ale zaraz, co z Tobą? Odeszłaś z Wizengamotu, czy to też jego sprawka? – oparł się o sekretarzyk, jakby szukając równowagi, korzystał jednak z dystansu, by nieco na chłodno kalkulować i rachować zaufanie, które mógłby na tym ugrać i wdzięczność młodszego pokolenia, za pozbycie się starego. Crouch i tak był mu od dawna drzazgą w oku. To wyglądało jak ubicie dwóch ptaków jednym kamieniem. A Severine, słodka pijana Severine mogła dać temu kamieniowi siłę rozpędu.
Poniekąd domyślał się, że stary Crouch nie będzie inwestował w swojego przypadkowego wnuka, tym bardziej, że traktował Severine jako zło konieczne. Bardzo krótkowzroczne myślenie, Anthony nie potrafił myśleć o tym inaczej. Kobiety były niezwykle wytrzymałe, odporne na ból, cierpienie, drobiazgowe, nieustannie pragnące się wykazać. A matki... były ekstremalnie zdeterminowane jeśli w grę wchodziło życie ich dziecka. W pewnym sensie więc... stary sędzia podarował mu idealnie ukształtowaną prawniczkę. Cóż za lekkomyślność z jego strony. Prawniczkę kształtującą słowo na papierze według swojej woli. Prawniczkę, która zrobi wszystko by odzyskać, co jej odebrano.
Shafiqa szczerze nie obchodziło jak sama zainteresowana do tego podchodzi. Czy tak bardzo zależało jej na miłości bezwarunkowej swojej latorośli, czy może zaborczo chciała odzyskać swoją właśność. Obchodziło go tylko to, że dotarł do dźwigni, że odsłoniła swoje bijące rozpaczą serce, po które aż nazbyt łatwo można było sięgnąć...
– A więc... nie wie. – Tym lepiej, jeszcze maczałby swoje palce w sprawie, odbierając Anthony'emu satysfakcję zwycięstwa. – ... i ode mnie się nie dowie, możesz być pewna. Nie jestem w stanie jednak pojąć tej niegodziwości. Nikt i nic nie powinno stawać na drodze matki i jego dziecka. To naturalne prawo. – Kiwał głową, dając upust oburzeniu, pozorowanemu wstrząsowi, który wywołała w nim ta wiadomość. Czysta krew - o tyle dobrze, że stary Crouch ze względu na przekonania nie utopiłby bękarta w stawie, jak skundlony miot. – Och moja droga, tak mi przykro. Musi być z pewnością jakaś droga, musi! – poderwał się gwałtownie z krzesła, zamaszyście, gnany alkoholem, którego brakło w jego żyłach, ale przecież od czego była wyobraźnia. – Ale zaraz, co z Tobą? Odeszłaś z Wizengamotu, czy to też jego sprawka? – oparł się o sekretarzyk, jakby szukając równowagi, korzystał jednak z dystansu, by nieco na chłodno kalkulować i rachować zaufanie, które mógłby na tym ugrać i wdzięczność młodszego pokolenia, za pozbycie się starego. Crouch i tak był mu od dawna drzazgą w oku. To wyglądało jak ubicie dwóch ptaków jednym kamieniem. A Severine, słodka pijana Severine mogła dać temu kamieniowi siłę rozpędu.
Koniec sesji