- Nie widzę problemu.
Odparł krótko Anthony’emu w odpowiedzi na propozycję dotyczącą umówienia się na spotkanie przy herbacie lub butelce wina. Nawet posłał tej propozycji lekki uśmiech. Przywykł już nawet do tego, że Shafiq lubił dużo gadać. Szybko zaś zainteresował się sąsiednim stoiskiem jego bratanicy Sophie. Oferując swojemu towarzyszowi udanie się właśnie tam.
Nie odniósł się do dyskusji w sprawie strzelania z łuku, którego to podobno mistrzem był Anthony. Jedynie spojrzał na Shafiqa pytająco, czy to prawda, czy bardziej afiszowanie się na scenie umiejętnościami, aby utrzymać dobry wizerunek publiczny? Ocena może być różna. Jonathan właśnie wyjaśnił jego chłopcom, gdzie ów pokaz się odbył. Mulciber nie zwrócił na to uwagi, skupionym będąc na tutejszych sprawach.
"... nie mogliśmy zostawić go tu samego.” – Richard nie spodziewał się, że to usłyszy, akurat tutaj i nie sądził, aby mógł potrzebować pomocy czy wsparcia swoich chłopaków tutaj. Charles, zaskoczył go, choć tego Richard nie okazał po sobie. Choć wiedział, że młody wciąż podążał za nim. Aż do Londynu.Słysząc odpowiedź Selwyna, na odpowiedź swojego syna, Richard spojrzał na Jonathana.
- Nie sądzę, abym potrzebował ochrony.
Odparł z uśmiechem, przenosząc wzrok na swoich chłopaków. Może teraz tak myślał. Ale młodość przecież wiecznie nie trwa. Nie był to jednak czas, aby nad tym się zastanawiać. Nie ukrywałby jednak po sobie tego, że spokojniejszy jest mając swoje dzieci w jednym mieście. Wiedząc co robią, gdzie pracują i jak sobie radzą. Czekał też na decyzję Scarlett.
- Vi ses Anthony.
Odpowiedział na pożegnanie Shafiqowi. Nie zatrzymywał ich, którzy postanowili poznać Sophie. Spróbować jej cytrynówki.
Rozejrzał się jeszcze po okolicy, próbując może jakimś cudem znaleźć małego karła imieniem Lorien, ale jej wzrost nie pozwalał na wychwycenie jej nawet w mniejszym tłumie. Tylko się bardziej zirytował. Westchnął i spojrzał na zegarek, stwierdzając, że jest chyba już wystarczająco późno.
- Chłopcy, zwijamy stoisko.Zakomunikował. Chciał już wracać, sprawdzić co z Robertem. Dzisiejszy jego atak, zaniepokoił go mocno. A że nie mógł odnaleźć Lorien, trudno. Może kiedyś się ten babsztyl odnajdzie. Chyba, że wróciła do kamienicy nic im nie mówiąc.
Pomógł w spakowaniu świec, kadzideł, skrzynki fundacyjnej i kasetki z pieniędzmi. Wszystkim co było na stoisku. Poinformowali także Sophie, że wracają i jeżeli zaplącze się u niej Lorien, niech przekaże wiadomość, że wrócili do kamienicy.