25.09.2024, 10:10 ✶
Nie zajęło mu zbyt długo przywyknięcie do obecności Geraldine. Nigdy wcześniej by tak o tym nie pomyślał. Zarzekałby się przed sobą, nią i wszystkimi, że prędzej się pozabijają niż dogadają. Tymczasem jej wieczorne wizyty stały się naturalną częścią dnia. Nie przyznałby, że na nie czeka, ale kiedy nie miał nocnej zmiany w Mungu a ona z jakiegoś powodu nie mogła wpaść do jego mieszkania, odczuwał...
...pustkę? Jakby ta dziura w nim (mentalna i fantomowa rana) była jeszcze bardziej naruszona. To nie była tęsknota. Nie posunąłby się tak daleko. Bez przesady. Nadal daleko im było do przyjaciół, ale czuł się trochę lepiej, kiedy siedzieli nad tym razem. Nie musieli rozmawiać. Nierzadko wcale tego nie robili i spędzali godziny w ciszy i szeleście kartek. Chodziło o obecność i ciężar nieobecności zarazem.
- To nie to samo, co zaraz - odrzekł ponuro bez podnoszenia głowy znad jednej dużej, ciasno zapisanej kartki papieru, która nie dość, że rozsypywała mu się w palcach to była bezużyteczna.
Dla innej osoby musiałaby mieć jakieś znaczenie. Nie wydał na nią fortuny, ale to tylko dlatego, że nie była na sprzedaż. Nie miała kopii do kupienia ani nie dało się jej wypożyczyć. Zdobycie tego konkretnego papieru wymagało od niego dużego kosztu, ale nie fizycznego. A tymczasem znów doszedł do wniosku, że znalazł się w ślepym zaułku. Mógł obracać to do woli. Patrzenie z każdej strony i pod światło świecy nic nie dawało, bo nic tam nie było. Ani trochę przydatnego. Westchnął, sarknął, jęknął - coś pomiędzy.
Nie zauważył, kiedy stało się coś zupełnie przewidywalnego. Przysunął papier zbyt blisko źródła ognia a on błyskawicznie zajął brzeg. Bezcenny tekst stanął w płomieniach. Swąd palonego papieru wypełnił powietrze nie po raz pierwszy tego wieczoru. Ani w tym tygodniu. Jego mieszkanie zaczynało stałe pachnieć jak palone woluminy, dym ziołowy i nuta ognistej.
Greengrass, gdy tylko dostrzegł swój błąd, rzucił kartkę na ziemię i bezceremonialnie przydeptał ją butem. Zadusił ogień zanim się rozprzestrzenił, ale zrobił to kosztem wypalonej plamy na dywanie i zniszczeń starodruku. Jak na coś, co wymagało od niego tyle uwagi, ratował tekst w najbardziej niedopuszczalny sposób. Zresztą go nawet nie podniósł. Mógł tam leżeć. Zamiast tego sięgnął po inną zakurzoną książkę.
- Kiedy? Jutro? Pojutrze? Za pół roku, rok, piętnaście? - Wcale nie czepiał się jej zapewnień.
Odechciewało mu się łapać Geraldine za wszystkie słówka, bo miał świadomość, że kobieta się stara. Oczywiście. Nie zawsze był dla niej przemiły. Nie stał się lepszym człowiekiem, odkąd ktoś wetknął mu coś w mózg. Doznane zmiany były bardziej na innej stopie. Nie były znaczące. Przynajmniej nie dla osób z zewnątrz. Nie zmieniły jego charakteru o sto osiemdziesiąt stopni. Był tym samym trudnym człowiekiem, ale musiał na nowo radzić sobie z samym sobą. Próbował być elastyczny i nauczyć się czegoś więcej, co ułatwiłoby mu poruszanie się w ciemnościach. Stał się pierdolonym bibliofilem nie bez powodu.
Aczkolwiek oczekiwał skutków i odpowiedzi a tych nie było. Miał wrażenie, że przeczytał wszystko, co mógł. Jasne. Gdzieś na pewno było coś więcej. Tak jak już wspominał w myślach: mógł udać się do Munga. Ba! Miał możliwość prywatnego wzięcia kogoś na stronę. Basilius na pewno spróbowałby mu pomóc i nie zadawałby zbyt wiele pytań. W ostateczności była również Florence. Choć w tym wypadku chyba wolałby dać sobie kopnąć w czaszkę w nadziei, że wszystko wróci do normy zanim spotkanie dojdzie do skutku.
Problem w tym, że nie był pewny czy to rzeczywiście klątwa. Nie spełniało wszystkich kryteriów bycia nią. Kiedy był sam, zdarzało mu się sięgać na kupkę, którą ustawił z daleka od wzroku Geraldine. Nie wiedzieć czemu (przecież rozmawiali o wielu możliwościach) nie chciał, żeby widziała te konkretne książki. To były rzeczy, które brukały. Im więcej w nich ślęczał, tym bardziej czuł, że wypełnia go niewłaściwy rodzaj wiedzy a jego palce zaczynają mu czernieć na opuszkach. Zupełnie, jakby brudziły się od tych treści.
Czytał je na próżno. Tam również nic nie było. Do tej pory nie trafił na nic przydatnego. Ona najpewniej także nie miała szczęścia, bo przecież by mu powiedziała. To było dziwne, ale ufał jej wkładowi. Wierzył, że nie zataiłaby czegoś przed nim. Gdzieś poza jego czy jej kontrolą stali się zespołem, którym najwyraźniej musieli być. Nie wierzył w aż takie działanie przeznaczenia, ale nie kwestionował przeświadczenia, że chyba tak miało być. Drugi raz wpakowali się wspólnie w bagno. Tym razem nie miał siły (a może serca? serce mu dziwnie biło na tę myśl) odtrącić wyciągniętej dłoni.
- Co najmniej połowa tego gówna jest napisana wierszem. Jak tak dalej pójdzie, zacznę rymować starożytną greką - prychnął, ale odpowiedział jej tym samym.
Uniósł kącik ust. To, że nie miał zbyt dobrego nastroju nie oznaczało, że nie doceniał ironii losu. Nienawidził poezji. Toteż mu przyszło grzebać w wierszach i rymowankach. Próbował analizować głębokie fragmenty o przepowiedniach. Czuł się jak na wróżbiarstwie w Hogwarcie. Tyle tylko, że tu on sam wystawiał sobie kolejne trolle i poniżej oczekiwań.
- Nie musiałaś - stwierdził, kiedy złapał rzuconą mu torbę.
Ku uldze szybko sobie uświadomił, że nie stracił refleksu. Utracił coś innego (gdyby był lepiej nastawiony mógłby co prawda dodać, że zyskał przyjaźń, ale no nie). Refleks był na swoim miejscu a jemu może trochę zaburczało w brzuchu. Przetarł powieki ręka i wzruszył ramionami. Przyłapała go. Co miał powiedzieć?
- Dzięki - spojrzał na nią i nawet posłał jej nieznaczny uśmiech. - Czasami trochę... ...mi się zapomina. No - nie zaprzeczał ani nie próbował się tłumaczyć, wracając do wertowania najnowszej książki.
To było trudne. Ciężko mu się prowadziło rozmowy na temat tej derealizacji, która szczególnie wieczorami sprawiała, że zapominał o podstawowych sprawach. Palił, chodził się ogarnąć, nie pijał jakoś przesadnie dużo, ale jedzenie i sen nie były na jego liście naturalnych priorytetów. Nawet w tym momencie był zmęczony, ale zamiast po poduszkę sięgnął po papierosa, którego odpalił od tej samej świecy, co wcześniej pergamin.
Nie mówił Geraldine, że może się częstować. Tak samo jak alkohol i szklanki, wszystko leżało na małym okrągłym stoliku przy fotelu. Pomiędzy nim, jego biurkiem i całkiem wygodnym siedziskiem. On z jakiegoś powodu wolał krzesło. Fotel instynktownie należał do Yaxleyówny. Zostawił jej tam miejsce, czasami za dnia orientując się, że kieruje wypowiedź w tamtą stronę a nikogo tam nie ma. To był niewątpliwie postęp w stosunku do tego jak zachowywali się jeszcze niedawno. Choć Ambroise wolałby, żeby to się odbywało na jego zasadach. Nie na regułach czegoś.
...pustkę? Jakby ta dziura w nim (mentalna i fantomowa rana) była jeszcze bardziej naruszona. To nie była tęsknota. Nie posunąłby się tak daleko. Bez przesady. Nadal daleko im było do przyjaciół, ale czuł się trochę lepiej, kiedy siedzieli nad tym razem. Nie musieli rozmawiać. Nierzadko wcale tego nie robili i spędzali godziny w ciszy i szeleście kartek. Chodziło o obecność i ciężar nieobecności zarazem.
- To nie to samo, co zaraz - odrzekł ponuro bez podnoszenia głowy znad jednej dużej, ciasno zapisanej kartki papieru, która nie dość, że rozsypywała mu się w palcach to była bezużyteczna.
Dla innej osoby musiałaby mieć jakieś znaczenie. Nie wydał na nią fortuny, ale to tylko dlatego, że nie była na sprzedaż. Nie miała kopii do kupienia ani nie dało się jej wypożyczyć. Zdobycie tego konkretnego papieru wymagało od niego dużego kosztu, ale nie fizycznego. A tymczasem znów doszedł do wniosku, że znalazł się w ślepym zaułku. Mógł obracać to do woli. Patrzenie z każdej strony i pod światło świecy nic nie dawało, bo nic tam nie było. Ani trochę przydatnego. Westchnął, sarknął, jęknął - coś pomiędzy.
Nie zauważył, kiedy stało się coś zupełnie przewidywalnego. Przysunął papier zbyt blisko źródła ognia a on błyskawicznie zajął brzeg. Bezcenny tekst stanął w płomieniach. Swąd palonego papieru wypełnił powietrze nie po raz pierwszy tego wieczoru. Ani w tym tygodniu. Jego mieszkanie zaczynało stałe pachnieć jak palone woluminy, dym ziołowy i nuta ognistej.
Greengrass, gdy tylko dostrzegł swój błąd, rzucił kartkę na ziemię i bezceremonialnie przydeptał ją butem. Zadusił ogień zanim się rozprzestrzenił, ale zrobił to kosztem wypalonej plamy na dywanie i zniszczeń starodruku. Jak na coś, co wymagało od niego tyle uwagi, ratował tekst w najbardziej niedopuszczalny sposób. Zresztą go nawet nie podniósł. Mógł tam leżeć. Zamiast tego sięgnął po inną zakurzoną książkę.
- Kiedy? Jutro? Pojutrze? Za pół roku, rok, piętnaście? - Wcale nie czepiał się jej zapewnień.
Odechciewało mu się łapać Geraldine za wszystkie słówka, bo miał świadomość, że kobieta się stara. Oczywiście. Nie zawsze był dla niej przemiły. Nie stał się lepszym człowiekiem, odkąd ktoś wetknął mu coś w mózg. Doznane zmiany były bardziej na innej stopie. Nie były znaczące. Przynajmniej nie dla osób z zewnątrz. Nie zmieniły jego charakteru o sto osiemdziesiąt stopni. Był tym samym trudnym człowiekiem, ale musiał na nowo radzić sobie z samym sobą. Próbował być elastyczny i nauczyć się czegoś więcej, co ułatwiłoby mu poruszanie się w ciemnościach. Stał się pierdolonym bibliofilem nie bez powodu.
Aczkolwiek oczekiwał skutków i odpowiedzi a tych nie było. Miał wrażenie, że przeczytał wszystko, co mógł. Jasne. Gdzieś na pewno było coś więcej. Tak jak już wspominał w myślach: mógł udać się do Munga. Ba! Miał możliwość prywatnego wzięcia kogoś na stronę. Basilius na pewno spróbowałby mu pomóc i nie zadawałby zbyt wiele pytań. W ostateczności była również Florence. Choć w tym wypadku chyba wolałby dać sobie kopnąć w czaszkę w nadziei, że wszystko wróci do normy zanim spotkanie dojdzie do skutku.
Problem w tym, że nie był pewny czy to rzeczywiście klątwa. Nie spełniało wszystkich kryteriów bycia nią. Kiedy był sam, zdarzało mu się sięgać na kupkę, którą ustawił z daleka od wzroku Geraldine. Nie wiedzieć czemu (przecież rozmawiali o wielu możliwościach) nie chciał, żeby widziała te konkretne książki. To były rzeczy, które brukały. Im więcej w nich ślęczał, tym bardziej czuł, że wypełnia go niewłaściwy rodzaj wiedzy a jego palce zaczynają mu czernieć na opuszkach. Zupełnie, jakby brudziły się od tych treści.
Czytał je na próżno. Tam również nic nie było. Do tej pory nie trafił na nic przydatnego. Ona najpewniej także nie miała szczęścia, bo przecież by mu powiedziała. To było dziwne, ale ufał jej wkładowi. Wierzył, że nie zataiłaby czegoś przed nim. Gdzieś poza jego czy jej kontrolą stali się zespołem, którym najwyraźniej musieli być. Nie wierzył w aż takie działanie przeznaczenia, ale nie kwestionował przeświadczenia, że chyba tak miało być. Drugi raz wpakowali się wspólnie w bagno. Tym razem nie miał siły (a może serca? serce mu dziwnie biło na tę myśl) odtrącić wyciągniętej dłoni.
- Co najmniej połowa tego gówna jest napisana wierszem. Jak tak dalej pójdzie, zacznę rymować starożytną greką - prychnął, ale odpowiedział jej tym samym.
Uniósł kącik ust. To, że nie miał zbyt dobrego nastroju nie oznaczało, że nie doceniał ironii losu. Nienawidził poezji. Toteż mu przyszło grzebać w wierszach i rymowankach. Próbował analizować głębokie fragmenty o przepowiedniach. Czuł się jak na wróżbiarstwie w Hogwarcie. Tyle tylko, że tu on sam wystawiał sobie kolejne trolle i poniżej oczekiwań.
- Nie musiałaś - stwierdził, kiedy złapał rzuconą mu torbę.
Ku uldze szybko sobie uświadomił, że nie stracił refleksu. Utracił coś innego (gdyby był lepiej nastawiony mógłby co prawda dodać, że zyskał przyjaźń, ale no nie). Refleks był na swoim miejscu a jemu może trochę zaburczało w brzuchu. Przetarł powieki ręka i wzruszył ramionami. Przyłapała go. Co miał powiedzieć?
- Dzięki - spojrzał na nią i nawet posłał jej nieznaczny uśmiech. - Czasami trochę... ...mi się zapomina. No - nie zaprzeczał ani nie próbował się tłumaczyć, wracając do wertowania najnowszej książki.
To było trudne. Ciężko mu się prowadziło rozmowy na temat tej derealizacji, która szczególnie wieczorami sprawiała, że zapominał o podstawowych sprawach. Palił, chodził się ogarnąć, nie pijał jakoś przesadnie dużo, ale jedzenie i sen nie były na jego liście naturalnych priorytetów. Nawet w tym momencie był zmęczony, ale zamiast po poduszkę sięgnął po papierosa, którego odpalił od tej samej świecy, co wcześniej pergamin.
Nie mówił Geraldine, że może się częstować. Tak samo jak alkohol i szklanki, wszystko leżało na małym okrągłym stoliku przy fotelu. Pomiędzy nim, jego biurkiem i całkiem wygodnym siedziskiem. On z jakiegoś powodu wolał krzesło. Fotel instynktownie należał do Yaxleyówny. Zostawił jej tam miejsce, czasami za dnia orientując się, że kieruje wypowiedź w tamtą stronę a nikogo tam nie ma. To był niewątpliwie postęp w stosunku do tego jak zachowywali się jeszcze niedawno. Choć Ambroise wolałby, żeby to się odbywało na jego zasadach. Nie na regułach czegoś.