25.09.2024, 12:22 ✶
- Wiem - głośno wypuścił powietrze z płuc, strzelając knykciami. - Byłoby znacznie łatwiej, gdybyśmy wiedzieli, czego tak właściwie szukamy - dopowiedział z rozgoryczeniem.
Może wtedy skupiłby się na celu a nie na czasie, żeby do niego dotrzeć. Nienawidził poruszać się we mgle. Błądzili jak dzieci. Tam, gdzie powinny być wszystkie odpowiedzi (wedle logiki!) wcale ich nie było. Odczuwał rosnącą irytację i bezsens wszystkiego, co robi. Szczególnie, że w przeciwieństwie do Geraldine, on był gotowy splamić się czarną magią, jeśli musiałby to zrobić. Czytanie o tym nie sprawiało mu żadnej przyjemności. Nie odczuwał ekscytacji na myśl o eksploracji tej dziedziny, ale posiłkował się wszystkimi środkami. Jeśli te źródła miały im coś dać to był w stanie do nich ponownie sięgnąć. W jego duszy ziała pustka. Czarna magia nie musiała mu wyrządzać tej szkody. Traktował ją jako potencjalne narzędzie.
Gdyby spojrzał na siebie od tej strony, mogłoby mu się nie spodobać to, co by zobaczył. Mógłby być sobą przerażony. Szczególnie wtedy, kiedy zobaczyłby się ślęczącego nad tymi księgami, wpatrzonego w nie jak w fanatyk w czarną Biblię. Otoczony światłem świec w zawalonym książkami mieszkaniu. Z cieniami przesuwającymi się po twarzy.
Nie dostrzegał tego, ale instynktownie nie chciał, żeby Geraldine o czymkolwiek wiedziała.
Nie chciał być czarnoksiężnikiem. Nie próbował zdobywać władzy, której pożądali ci ludzie. Jego przypadek był inny. Ich sytuacja była wyjątkowa. Wymagała poświęceń. Mieli ją rozwiązać i wszystko miało wrócić do normy.
To dlaczego wracał do tych ksiąg? Nawet jeśli już je wykluczył, bo nie traktowały na interesujące ich tematy? Dlaczego czuł iskry pod palcami, na które wkradała się czerń przypominająca pył z kadzidła?
Ambroise szukał wyjaśnień. Te dla siebie samego przychodziły mu najłatwiej. Był przekonany, że pozbędzie się tego. Zmyje niewidoczną sadzę z palców. Gdy tylko rozwiążą problemy. Był silny. To nie miało na niego żadnego wpływu.
- Czasem łatwiej byłoby, gdyby zapłonęło - odmruknął bez zastanowienia, pogrążony we własnym świecie, o którym pomyślał, gdy dostrzegł ogień.
Nie trwało to długo. Spokój i świadomość szybko zagościły na jego twarzy. Nie było nic nienormalnego w wyrazie i w oczach, którymi spojrzał na kobietę. No, poza ciepłem, którego nie było tam zanim nie wkopali się w to wszystko.
- A żeby to było takie łatwe - prychnął z westchnieniem. Gdyby mogli zmienić zestaw pytań byłoby znacznie lepiej. A jeszcze lepiej, gdyby sami ustalali, na co chcieli mieć odpowiedzi bez konieczności walki z tym, co zaczynało wyglądać jak pole wiatraków.
Niestety. Kurwa nie. Niestety kurwa nie.
Nie musiał tego mówić na głos, szczególnie że Geraldine próbowała rozładować atmosferę. Może to od papierosów i dymu z cholernych spalonych papierzysk, ale dało się kroić powietrze nożem. Taka była ta atmosfera. Chyba faktycznie wymagała rozluźnienia.
- To może: co robisz dzisiaj do białego rana? - Zasugerował nowe pytanie.
Tak właściwie to nie dało się powiedzieć, że było podchwytliwe, bo nawet nie ukrywał, że oczekiwał jednej odpowiedzi. Ta noc mogłaby być mniej męcząca, gdyby spędzili ją razem. Bez żadnych podtekstów. Nie pozwalał sobie na takie ruchy względem kobiety. Ignorował podszepty i fizjologiczne reakcje. Jak już stwierdził: powoli robił się mistrzem w udawaniu, że czasami nie zawieszał na niej zbyt długiego spojrzenia, kiedy na niego nie patrzyła. Ani że nie łomotało mu serce, kiedy pochylała się, żeby pokazać mu coś odkrytego w książce. Wcale nie czuł suchości w gardle na myśl o tym - takie były oficjalne wersje. Nie spoufalali się bardziej niż na stopie koleżeńskiej.
Bywało, że ciężko było o tym pamiętać.
- Nie możesz być moją największą fanką, skoro jesteś moją -muzą, całe szczęście zdążył się przymknąć zanim powiedział to na głos - koleżanką po fachu, którą jeszcze wciągnę we wspólną naukę zapomnianych języków. Będziesz mieć swój segment rzymski czy rumuński. Zobaczysz - wybrnął z tego gładko.
Z dnia na dzień uczył się kłamać odnośnie swoich odczuć i tłumić reakcje ciała.
- Swoją drogą nigdy bym nie pomyślał, ile tego natworzyli po rumuńsku. Wiesz jak ciężko znaleźć rumuńskiego tłumacza, który nie zadaje pytań? - Spytał, ale nie oczekiwał odpowiedzi.
Od razu kopnął w stertę książek pod nogami. Celowo na nie wskazywał, bo w większości były słownikami i publikacjami językowymi. Te na samej górze były dokładnie tym, o czym mówił Ambroise. Rumuńsko-angielskie tłumaczenia i grube tomiszcze w starożytnej grece z powtykanymi notatkami i zakładkami.
- Kurewsko - prychnął pod nosem, kręcąc głową z niedowierzaniem.
Byłoby łatwiej, gdyby nie musieli tego robić w takiej tajemnicy. Bez sekretów z ich strony na pewno mieliby więcej możliwości. Każde z nich miało w gronie znajomych utalentowanych językowo. Mogliby sięgnąć po zasoby Ministerstwa albo udać się do odpowiedniej instytucji lub stowarzyszenia, które przyjęłoby wyzwanie. Z entuzjazmem! Greengrass tego entuzjazmu nie miał za knut.
Ich sytuacja była znacznie bardziej skomplikowana.
- Wiem - pokiwał głową. W gruncie rzeczy był wdzięczny za troskę o jego niejedzenie. - Daj mi chwilę. Potraktuj mnie jak abraskana - wzruszył ramionami, niepomny faktu, że to były abraksany a nie abraskany.
Zajął się rozpakowywaniem kanapki. Trochę po to, żeby na nią nie patrzeć. Trochę dlatego, że rzeczywiście poczuł nagły przypływ głodu nie do zagłuszenia przy pomocy papierosa i szklanki ognistej. Wgryzł się w chleb, znowu wzruszając ramionami.
- Doceniam to, ale to nie jest dla mnie normalne - stwierdził nie rozumiejąc, od kiedy byli ze sobą bardziej szczerzy.
Zazwyczaj nie próbowałby wyjaśniać swojego punktu widzenia. Nie w ten sposób. Uniósłby się honorem. Stwierdziłby, że potrafi o siebie zadbać, bo nie jest dzieckiem a tak w ogóle to już jako dzieciak właściwie dbał sam o siebie. Skorzystałby z kanapki, bo pachniała i wyglądała zbyt dobrze, żeby ją odtrącił. Natomiast najpewniej zrobiłby to w akcie łaski, jakby jadł ją tylko dlatego, że nie lubił marnotrawstwa. Tymczasem usiłował przekazać Geraldine, co leżało mu na myśli. Oswajał się z nią jak ten cholerny abraskan... ...abraksan.
Pochłonął kanapkę w oka mgnieniu. Jeszcze raz podziękował jej poprzez kiwnięcie głową. Mógł zapalić i wrócić do pracy bez ryzyka, że wyzionie ducha nad woluminami i zacznie nawiedzać tom rumuńskiej translacji. Nie zniósłby być na wieczność przywiązanym do słownika. Wystarczy, że za życia się do tego przyczepił w poszukiwaniu odpowiedzi.
- To musi być coś takiego - zaprzeczył od razu.
Wkraczali na grząski grunt. Oczywiście. Mogli a nawet musieli rozważyć wszystkie możliwości. Geraldine mogła mieć rację. Sam także już doszedł do wniosku, że jak na potencjalną klątwę to miało trochę zbyt mało cech wspólnych wymienianych w pismach i podręcznikach. Nie znał się na tych tematach tak bardzo, żeby wypowiadać się w roli eksperta. Zawsze ciągnęło go w innym kierunku. Po stażu w Mungu znalazł swoje miejsce nie na najbardziej obleganym oddziale (tam mieli dostatecznie dużo ludzi) a na zatruciach roślinnych i eliksiralnych. Tam od początku było jego miejsce. Nawet tego nie kwestionował.
Jakże przydatne by teraz było, gdyby wybrał inny kierunek na ścieżce zawodowej. Krzywo patrzył na młodych przyszłych uzdrowicieli, którzy fiksowali się na punkcie zrobienia kariery w leczeniu skutków klątw. Zawsze z przekąsem komentował, że tamten oddział mógłby raz na jakiś czas dać innym oddziałom trochę forów i przestać przyjmować nowych pracowników.
Chyba dostało mu się za to po dupie. Przekorność losu - coś w tym stylu. Przecież sam sądził, że życie nie lubiło drwienia sobie z tego, co wybierało dla ludzi. Niektóre decyzje były z góry podjęte. Wiedział, że niektórych faktów nie należy kwestionować, ale on od zawsze miał ku temu skłonność. Czy to była kara za butność? Czy to miało mu pokazać jak niewielki był wobec rzeczywistości? Nie chciał tak sądzić. To dlatego sprzeciwiał się nowemu stanowi rzeczy zamiast zaakceptować zmiany. Wolał kłapać zębiskami I drzeć pazurami powietrze.
To była klątwa. To musiała być klątwa. Inaczej nie czułby się omotany jej skutkami. Świadomość, że od wielu dni szukali w niewłaściwym miejscu była czymś, na co nie był dziś gotowy. Mimo to coraz bardziej skłaniał się ku akceptacji tej sugestii. Potrzebował czasu, żeby przełknąć gorycz porażki i zaczynania od zera. To nie tylko brzmiało źle. To było równie ciężkie.
Tym bardziej, że mimo wszystkich poczynionych starań popełniali jeden diametralny błąd. No. Przynajmniej Ambroise robił to z pełną świadomością. Wiedział, że powinien porozmawiać z Geraldine o wszystkim. Zachowywanie rzeczy dla siebie wyłącznie utrudniało im poruszanie się w przestrzeni poszukiwań. Być może, gdyby jej wszystko powiedział byłaby w stanie wpaść na coś, czego on ani razu nie wziął pod uwagę. Mogła rozważyć coś oczywistego, ale na co on był ślepy. Jeśli to działało w obie strony, on także mógłby dostać pełniejszy obraz sytuacji.
Problem w tym, że to wymagałoby zagłębienia się w grząski grunt, po którym i tak poruszali się z trudnością. Musiałby otworzyć przed nią swoją głowę. To znaczyłoby, że znowu ktoś by mu w niej grzebał - nawet, jeśli tylko metaforycznie. Nie musiał dosłownie przekazywać jej myśli i wspomnień. Rozmowa o tym by wystarczyła. Żeby do tego doszło, musiałby zrobić tylko serię bardzo nieprzyjemnych czynności, z którymi się nie zgadzał. Przede wszystkim sam musiałby rozgrzebać własne uczucia.
Czyli bycie z nią szczerym zawieszało się na tym punkcie, bo nie mógł tego zrobić. Wolał przetrząsać księgi niż dopuścić się zmierzenia się z własnymi uczuciami. A tym bardziej później wyciągnąć je na wierzch, jakby miał być otwartą księgą. Nie mogli rozmawiać o wszystkich skutkach wydarzeń w dworku. Nie był z nią stuprocentowo szczery. Nie wiedział czy Geraldine zdaje sobie z tego sprawę. Odnosił wrażenie, że tak i że ona również nie pali się do obdarcia się ze swojej intymności.
Byli jak białe myszki w labiryncie. Nie kręcili się na kołowrotku, ale nie umieli wyjść z pułapki. Współpracowali. Prawdopodobnie w niewłaściwy sposób, bo chcieli wyjść, ale nie chcieli widzieć wszystkiego co jest ponad murem. Ambroise świadomie wolał mieć klapki na oczach.
Może wtedy skupiłby się na celu a nie na czasie, żeby do niego dotrzeć. Nienawidził poruszać się we mgle. Błądzili jak dzieci. Tam, gdzie powinny być wszystkie odpowiedzi (wedle logiki!) wcale ich nie było. Odczuwał rosnącą irytację i bezsens wszystkiego, co robi. Szczególnie, że w przeciwieństwie do Geraldine, on był gotowy splamić się czarną magią, jeśli musiałby to zrobić. Czytanie o tym nie sprawiało mu żadnej przyjemności. Nie odczuwał ekscytacji na myśl o eksploracji tej dziedziny, ale posiłkował się wszystkimi środkami. Jeśli te źródła miały im coś dać to był w stanie do nich ponownie sięgnąć. W jego duszy ziała pustka. Czarna magia nie musiała mu wyrządzać tej szkody. Traktował ją jako potencjalne narzędzie.
Gdyby spojrzał na siebie od tej strony, mogłoby mu się nie spodobać to, co by zobaczył. Mógłby być sobą przerażony. Szczególnie wtedy, kiedy zobaczyłby się ślęczącego nad tymi księgami, wpatrzonego w nie jak w fanatyk w czarną Biblię. Otoczony światłem świec w zawalonym książkami mieszkaniu. Z cieniami przesuwającymi się po twarzy.
Nie dostrzegał tego, ale instynktownie nie chciał, żeby Geraldine o czymkolwiek wiedziała.
Nie chciał być czarnoksiężnikiem. Nie próbował zdobywać władzy, której pożądali ci ludzie. Jego przypadek był inny. Ich sytuacja była wyjątkowa. Wymagała poświęceń. Mieli ją rozwiązać i wszystko miało wrócić do normy.
To dlaczego wracał do tych ksiąg? Nawet jeśli już je wykluczył, bo nie traktowały na interesujące ich tematy? Dlaczego czuł iskry pod palcami, na które wkradała się czerń przypominająca pył z kadzidła?
Ambroise szukał wyjaśnień. Te dla siebie samego przychodziły mu najłatwiej. Był przekonany, że pozbędzie się tego. Zmyje niewidoczną sadzę z palców. Gdy tylko rozwiążą problemy. Był silny. To nie miało na niego żadnego wpływu.
- Czasem łatwiej byłoby, gdyby zapłonęło - odmruknął bez zastanowienia, pogrążony we własnym świecie, o którym pomyślał, gdy dostrzegł ogień.
Nie trwało to długo. Spokój i świadomość szybko zagościły na jego twarzy. Nie było nic nienormalnego w wyrazie i w oczach, którymi spojrzał na kobietę. No, poza ciepłem, którego nie było tam zanim nie wkopali się w to wszystko.
- A żeby to było takie łatwe - prychnął z westchnieniem. Gdyby mogli zmienić zestaw pytań byłoby znacznie lepiej. A jeszcze lepiej, gdyby sami ustalali, na co chcieli mieć odpowiedzi bez konieczności walki z tym, co zaczynało wyglądać jak pole wiatraków.
Niestety. Kurwa nie. Niestety kurwa nie.
Nie musiał tego mówić na głos, szczególnie że Geraldine próbowała rozładować atmosferę. Może to od papierosów i dymu z cholernych spalonych papierzysk, ale dało się kroić powietrze nożem. Taka była ta atmosfera. Chyba faktycznie wymagała rozluźnienia.
- To może: co robisz dzisiaj do białego rana? - Zasugerował nowe pytanie.
Tak właściwie to nie dało się powiedzieć, że było podchwytliwe, bo nawet nie ukrywał, że oczekiwał jednej odpowiedzi. Ta noc mogłaby być mniej męcząca, gdyby spędzili ją razem. Bez żadnych podtekstów. Nie pozwalał sobie na takie ruchy względem kobiety. Ignorował podszepty i fizjologiczne reakcje. Jak już stwierdził: powoli robił się mistrzem w udawaniu, że czasami nie zawieszał na niej zbyt długiego spojrzenia, kiedy na niego nie patrzyła. Ani że nie łomotało mu serce, kiedy pochylała się, żeby pokazać mu coś odkrytego w książce. Wcale nie czuł suchości w gardle na myśl o tym - takie były oficjalne wersje. Nie spoufalali się bardziej niż na stopie koleżeńskiej.
Bywało, że ciężko było o tym pamiętać.
- Nie możesz być moją największą fanką, skoro jesteś moją -muzą, całe szczęście zdążył się przymknąć zanim powiedział to na głos - koleżanką po fachu, którą jeszcze wciągnę we wspólną naukę zapomnianych języków. Będziesz mieć swój segment rzymski czy rumuński. Zobaczysz - wybrnął z tego gładko.
Z dnia na dzień uczył się kłamać odnośnie swoich odczuć i tłumić reakcje ciała.
- Swoją drogą nigdy bym nie pomyślał, ile tego natworzyli po rumuńsku. Wiesz jak ciężko znaleźć rumuńskiego tłumacza, który nie zadaje pytań? - Spytał, ale nie oczekiwał odpowiedzi.
Od razu kopnął w stertę książek pod nogami. Celowo na nie wskazywał, bo w większości były słownikami i publikacjami językowymi. Te na samej górze były dokładnie tym, o czym mówił Ambroise. Rumuńsko-angielskie tłumaczenia i grube tomiszcze w starożytnej grece z powtykanymi notatkami i zakładkami.
- Kurewsko - prychnął pod nosem, kręcąc głową z niedowierzaniem.
Byłoby łatwiej, gdyby nie musieli tego robić w takiej tajemnicy. Bez sekretów z ich strony na pewno mieliby więcej możliwości. Każde z nich miało w gronie znajomych utalentowanych językowo. Mogliby sięgnąć po zasoby Ministerstwa albo udać się do odpowiedniej instytucji lub stowarzyszenia, które przyjęłoby wyzwanie. Z entuzjazmem! Greengrass tego entuzjazmu nie miał za knut.
Ich sytuacja była znacznie bardziej skomplikowana.
- Wiem - pokiwał głową. W gruncie rzeczy był wdzięczny za troskę o jego niejedzenie. - Daj mi chwilę. Potraktuj mnie jak abraskana - wzruszył ramionami, niepomny faktu, że to były abraksany a nie abraskany.
Zajął się rozpakowywaniem kanapki. Trochę po to, żeby na nią nie patrzeć. Trochę dlatego, że rzeczywiście poczuł nagły przypływ głodu nie do zagłuszenia przy pomocy papierosa i szklanki ognistej. Wgryzł się w chleb, znowu wzruszając ramionami.
- Doceniam to, ale to nie jest dla mnie normalne - stwierdził nie rozumiejąc, od kiedy byli ze sobą bardziej szczerzy.
Zazwyczaj nie próbowałby wyjaśniać swojego punktu widzenia. Nie w ten sposób. Uniósłby się honorem. Stwierdziłby, że potrafi o siebie zadbać, bo nie jest dzieckiem a tak w ogóle to już jako dzieciak właściwie dbał sam o siebie. Skorzystałby z kanapki, bo pachniała i wyglądała zbyt dobrze, żeby ją odtrącił. Natomiast najpewniej zrobiłby to w akcie łaski, jakby jadł ją tylko dlatego, że nie lubił marnotrawstwa. Tymczasem usiłował przekazać Geraldine, co leżało mu na myśli. Oswajał się z nią jak ten cholerny abraskan... ...abraksan.
Pochłonął kanapkę w oka mgnieniu. Jeszcze raz podziękował jej poprzez kiwnięcie głową. Mógł zapalić i wrócić do pracy bez ryzyka, że wyzionie ducha nad woluminami i zacznie nawiedzać tom rumuńskiej translacji. Nie zniósłby być na wieczność przywiązanym do słownika. Wystarczy, że za życia się do tego przyczepił w poszukiwaniu odpowiedzi.
- To musi być coś takiego - zaprzeczył od razu.
Wkraczali na grząski grunt. Oczywiście. Mogli a nawet musieli rozważyć wszystkie możliwości. Geraldine mogła mieć rację. Sam także już doszedł do wniosku, że jak na potencjalną klątwę to miało trochę zbyt mało cech wspólnych wymienianych w pismach i podręcznikach. Nie znał się na tych tematach tak bardzo, żeby wypowiadać się w roli eksperta. Zawsze ciągnęło go w innym kierunku. Po stażu w Mungu znalazł swoje miejsce nie na najbardziej obleganym oddziale (tam mieli dostatecznie dużo ludzi) a na zatruciach roślinnych i eliksiralnych. Tam od początku było jego miejsce. Nawet tego nie kwestionował.
Jakże przydatne by teraz było, gdyby wybrał inny kierunek na ścieżce zawodowej. Krzywo patrzył na młodych przyszłych uzdrowicieli, którzy fiksowali się na punkcie zrobienia kariery w leczeniu skutków klątw. Zawsze z przekąsem komentował, że tamten oddział mógłby raz na jakiś czas dać innym oddziałom trochę forów i przestać przyjmować nowych pracowników.
Chyba dostało mu się za to po dupie. Przekorność losu - coś w tym stylu. Przecież sam sądził, że życie nie lubiło drwienia sobie z tego, co wybierało dla ludzi. Niektóre decyzje były z góry podjęte. Wiedział, że niektórych faktów nie należy kwestionować, ale on od zawsze miał ku temu skłonność. Czy to była kara za butność? Czy to miało mu pokazać jak niewielki był wobec rzeczywistości? Nie chciał tak sądzić. To dlatego sprzeciwiał się nowemu stanowi rzeczy zamiast zaakceptować zmiany. Wolał kłapać zębiskami I drzeć pazurami powietrze.
To była klątwa. To musiała być klątwa. Inaczej nie czułby się omotany jej skutkami. Świadomość, że od wielu dni szukali w niewłaściwym miejscu była czymś, na co nie był dziś gotowy. Mimo to coraz bardziej skłaniał się ku akceptacji tej sugestii. Potrzebował czasu, żeby przełknąć gorycz porażki i zaczynania od zera. To nie tylko brzmiało źle. To było równie ciężkie.
Tym bardziej, że mimo wszystkich poczynionych starań popełniali jeden diametralny błąd. No. Przynajmniej Ambroise robił to z pełną świadomością. Wiedział, że powinien porozmawiać z Geraldine o wszystkim. Zachowywanie rzeczy dla siebie wyłącznie utrudniało im poruszanie się w przestrzeni poszukiwań. Być może, gdyby jej wszystko powiedział byłaby w stanie wpaść na coś, czego on ani razu nie wziął pod uwagę. Mogła rozważyć coś oczywistego, ale na co on był ślepy. Jeśli to działało w obie strony, on także mógłby dostać pełniejszy obraz sytuacji.
Problem w tym, że to wymagałoby zagłębienia się w grząski grunt, po którym i tak poruszali się z trudnością. Musiałby otworzyć przed nią swoją głowę. To znaczyłoby, że znowu ktoś by mu w niej grzebał - nawet, jeśli tylko metaforycznie. Nie musiał dosłownie przekazywać jej myśli i wspomnień. Rozmowa o tym by wystarczyła. Żeby do tego doszło, musiałby zrobić tylko serię bardzo nieprzyjemnych czynności, z którymi się nie zgadzał. Przede wszystkim sam musiałby rozgrzebać własne uczucia.
Czyli bycie z nią szczerym zawieszało się na tym punkcie, bo nie mógł tego zrobić. Wolał przetrząsać księgi niż dopuścić się zmierzenia się z własnymi uczuciami. A tym bardziej później wyciągnąć je na wierzch, jakby miał być otwartą księgą. Nie mogli rozmawiać o wszystkich skutkach wydarzeń w dworku. Nie był z nią stuprocentowo szczery. Nie wiedział czy Geraldine zdaje sobie z tego sprawę. Odnosił wrażenie, że tak i że ona również nie pali się do obdarcia się ze swojej intymności.
Byli jak białe myszki w labiryncie. Nie kręcili się na kołowrotku, ale nie umieli wyjść z pułapki. Współpracowali. Prawdopodobnie w niewłaściwy sposób, bo chcieli wyjść, ale nie chcieli widzieć wszystkiego co jest ponad murem. Ambroise świadomie wolał mieć klapki na oczach.