25.09.2024, 15:02 ✶
- Łatwiej brzmi jakkolwiek zamiast nijak. Nie szukam fajerwerków i satysfakcji, tylko rozwiązania - zaprzeczył, nie podłapując tej lekkości w głosie Geraldine.
Może ujawniał pewną desperację tymi słowami, ale kto jak kto. Powinna spróbować go zrozumieć. On szukał jakiegokolwiek rozwiązania nie wiążącego się z ich wiecznym cierpieniem. Nie musiało być idealne. Po dniach bez jakiegokolwiek tropu czuł, że może się złapać wszystkiego. Nie widział nawet pułapki, w którą przy tym wpadał. Nie był pierwszym, który w obliczu trudności zwracał się w kierunku potencjalnie najszybszej i najłatwiejszej opcji, która wymagałaby tylko niewielkiego obkupienia jej ofiarą. Przecież już ją ponosił.
Jak ćma do ognia.
- A wciąż oczyszcza - odmruknął w zamyśleniu, spotykając się z nią spojrzeniem. - Ogień. Wciąż oczyszcza. Jest niebezpieczny, kiedy płonie, ale z popiołów zawsze wyrasta nowa, mocniejsza roślinność - jakkolwiek to brzmiało, naprawdę uważał, że ma rację.
Jasne. Nie planował zabrzmieć jak psychol. Zresztą w tonie jego głosu nie było fanatyzmu. Raczej specyficzna nostalgia, żeby nie powiedzieć smutek. Miał wrażenie, że ten pożar i tak prędzej czy później ich spali. Smażyli się w ogniu. Czy tego chcieli czy nie. Wolał, żeby to było za nimi. Jak mieli się odrodzić, skoro nie było popiołów tylko parzące jęzory ognia. Zamrugał i pokręcił głową, parskając rozbawiony na przeciągnięte pytanie.
- Jestem prostym człowiekiem. Mów co chcesz. Jestem prosty i przewidywalny, stąd lubię jak mi wszystko przychodzi łatwo - odrzekł gładko. To było wielkie uogólnienie, ale przecież próbowali żartować. - Poza tym nie zapominaj, co mówią o takich bogatych skurwysynach jak ja. My, czystokrwiści dupkowie nie umiemy czekać. Zawsze dostajemy co swoje. Jesteśmy szarańczą magicznego świata - skwitował szerszym uśmiechem i rozłożeniem rąk.
To było zdanie wielu czarodziejów innego pochodzenia. Normalnie mu przeczył. Złościł się, kiedy ktoś mu zarzucał takie przywileje. Nie przeczył, że miał fory w życiu, ale nie tak duże jak mu usiłowano wmawiać. Gardził ludźmi, którzy wygłaszali podobne bzdury. Szczególną niechęć żywił do innych czystokrwistych. Otwarcie promugolskich zbawców. Osób, które przepraszały za to, kim się urodziły.
Nie miał wpływu na to, że miał szczęście urodzić się szlachcicem w Wielkiej Brytanii. W najpotężniejszej grupie społecznej. Poza tym to nie było tak, że wszystko mu podano na złotej tacy. Mieli srebrne zastawy. No i musiał wszystko sam odziedziczyć. Wydumane oczekiwania przeprosin na klęczkach za czystą krew uważał za godne pogardy. Szczególnie, kiedy płynęły od osób równych mu pochodzeniem. Mugolaki i półkrwi czarodzieje spotykali się wyłącznie z politowanym spojrzeniem. To słabość jego własnych ludzi najbardziej brzydziła Greengrassa.
Może dlatego tak niechętnie patrzył na najnowsze społeczne zmiany. Wolał, żeby nikt nie wzbudzał w nim wymuszonych wyrzutów sumienia w imię nowoczesnych poglądów. Liczył, że te nie miały przyjąć się w przestrzeni społecznej. Wszyscy mogli razem funkcjonować, ale czarodzieje niezupełnie magicznego pochodzenia nigdy nie mieli być im równi. Powinni to rozumieć i z tym żyć. Był w stanie kłócić się o swoje poglądy. Nie miał żadnego problemu z wypowiadaniem ich na głos. Brał za nie pełną odpowiedzialność (i czasem lepę na mordę).
Wbił wzrok w Geraldine, unosząc brew na znak, że czeka na rozwinięcie tego, od czego zależą jej plany. Nic nie mógł poradzić na to, że mocniej zabiło mu serce.
Chciała stąd zaraz wyjść? Przyszła tu tylko na chwilę, żeby odbębnić powinność? Zaczęła się nudzić ich spotkaniami? Miała inne, ciekawsze plany? A może...?... ...nie, tego nie dopuszczał.
Spróbował nie wypuścić głośno powietrza przez zaciśnięte zęby ani nie okazać ulgi w inny sposób, kiedy do niego dotarło, że trochę zagalopował się w obawach. Nie rozumiał po co w ogóle dopuścił je do głowy. Oczywiście. Jego postawa świadczyła o wyluzowaniu. Nic na siłę. Chciała zostać to mogła. Nie to nie. Nie zależało mu na jej towarzystwie aż tak bardzo, żeby robić z tego wielką sprawę.
- Możesz zostać do której chcesz - odparł z wymuszoną, ale wyuczoną i ćwiczoną przyjemną dla ucha obojętnością. Złożył dłonie i wygiął palce, strzelając knykciami. - Jeśli będzie zbyt późno, odstąpię ci łóżko albo odprowadzę cię do domu. Oczywiście, o ile się zdecydujesz - nic na siłę, nieprawdaż?
Przeciągnął się na siedząco, wracając wzrokiem do książki. Równie dobrze mógłby ją trzymać do góry nogami. Nawet nie próbował rozumieć co czyta a książka wyjątkowo nie była po rumuńsku ani w grece.
- Rzucam ci wyzwanie? - Odbił sugestię, choć nie planował jej na nic wyzywać. - Tylko ostrzegam, że rumuński to bardzo paskudny język, ale jeśli chcesz. Nie zarzucaj mi, że cię nie ostrzegałem - z oczami nadal na tekście, uniósł kącik ust.
Lubił te wieczory. Polubił je bardziej i szybciej niż w ogóle sobie uświadomił. Czuł się przy niej równie swobodnie, co dziwacznie. Trochę nie na miejscu podczas bycia na miejscu.
- Ognista też ma kalorie, co nie? Robi się ją z jakichś zbóż czy czegoś, więc to niemal jak aromatyzowany chleb w płynie - zażartował, bo oczywiście - jako uzdrowiciel wiedział, że głosi dyrdymały godne alkoholika, którym wcale nie był. Jeśli chodziło o nałogi, tylko palenie było jego jednoznacznym.
Gwałtownie zaciągnął się mocno wypalonym papierosem, którego niedopałek w efekcie sparzył palce uzdrowiciela. Nie spojrzał w stronę Geraldine. Poza tym gestem nie dał po sobie poznać, że go zaskoczyła ani co o tym myślał. W każdych innych okolicznościach przyczepiłby się do tego jak go nazwała. Byłby uszczypliwy albo otwarcie by ją wyśmiał, żeby ją sprowadzić na ziemię. Nie dopuściłby do aż takiego spoufalania. Nie planował kierować tej ani żadnej innej relacji w stronę, która dopuszczałaby tak pieszczotliwe określenia.
Ale nie zainterweniował. Wzdrygnął się, kiedy żar dotarł do czubków palców i puścił niedopałek. Zaraz potem musiał przydusić go pierwszą z brzegu książką (świetny pomysł - nie ma co), bo papiery na biurku zaczęły się dymić.
Słońce bez powodu przyprawiało go o cięższy oddech. Czuł się jak łowna zwierzyna, której co prawda udało się uciec przed śmiercią, ale widziała pogrom w stadzie. Gdzieś tam pod spodem skryło się ciepło i czułość, której też nie rozumiał. Nie powinien reagować w ten sposób na tak powszechnie używane słowo. Niemniej było przeciwnie. Gdyby się nad tym zastanowił, najpewniej doszedłby do wniosku, że ostatnio codziennie słyszał to w kontekście pogody i za żadnym innym razem nie poczuł palenia w płucach. Dopiero, kiedy do padło z ust tej konkretnej kobiety.
Nie pomyślał o tym. Na swoją upierdliwą modłę męskiego mężczyzny nie odniósł się do tego, co przed chwilą padło. Nie chciał bardziej komplikować sytuacji między nimi. W gruncie rzeczy było nieźle. Nie chciał psuć tego, że zaczynali potrafić się porozumieć. Oboje nadal strzelali towarzyskie gafy i właśnie za to uznał jej przejęzyczenie. Potrafił być wyrozumiały, kiedy tak mu było wygodniej. Natomiast musiał przyznać, że:
- Nie, nie jest - wciągnął powietrze do płuc i powoli je wypuścił, odetchnął ciężko ze zmrużonymi, zmęczonymi oczami - w sumie nie dziwne z tym wszystkim. Gdybyśmy to uznali za normalność, mielibyśmy największe podstawy do niepokoju - zawyrokował.
To by znaczyło, że odpuszczają i zaczynają sobie ścielić posłanie w bagnie. A on nie chciał na stałe przeprowadzić się do miejsca, w którym nie czuł się komfortowo. Jednym z jego największych ukrytych lęków było właśnie to. Nie chciał odpuścić i oddać kontroli nad życiem. Równie mocno nie chciał być powoli gotowaną żabą, która zbyt późno zorientuje się, że nie ma dla niej ucieczki.
Znowu podniósł spojrzenie z nad książki. Jednym ruchem wrzucił ją do pobliskiego suchego kosza. Raz na jakiś czas opróżniał metalowy śmietnik, żeby zrobić miejsce na nowe ofiary. Poprzednie trafiały pod ścianę. Kiedyś je wyrzuci, ale to nie była odpowiednia pora. Służyły mu jako przypomnienie, ile już zrobili i jak blisko mogli być i nawet o tym nie wiedzieć. Wstał, żeby rozprostować kości, przeciągając się przy biurku z papierosem między zębami. Zaciągnął się powoli w kompletnym milczeniu zanim nie ruszył w kierunku niskiej szafy, z której ściągnął gruby koc. Bez słowa rozłożył go, żeby okryć kobietę na fotelu. Nie pytał o pozwolenie. Opatulił ją razem z książką na jej kolanach. Bez gadania, bo następnym, co zrobił było otwarcie drzwi balkonowych i wyjście na nieduży balkonik stykający się z dachem.
To nie było zbyt luksusowe miejsce. Nie wybrał tego mieszkania z uwagi na komfort. Poza walającymi się książkami sprawiającymi wrażenie, jakby w kawalerce było dużo rzeczy, tak naprawdę nie miał zbyt wiele innych przedmiotów. To miało być tymczasowe lokum. Nie dbał o to, żeby było nowe i piękne. W efekcie miało niewygodne skosy, o które czasami zapominał się i walił głową. Było dosyć jasne, ale wyłącznie z uwagi na to, że znajdowało się na poddaszu w wysokiej kamienicy. Poza tym mogło sprawiać wrażenie ciemnego i zagraconego nie jego niedopasowanymi, starymi meblami. Sepia - to był kolor momentalnie przychodzący na język na myśl o kolorze i atmosferze lokum.
Wychodząc na balkon uświadomił sobie, że musiało być później niż przewidywał. Stary zegar na ścianie w mieszkaniu przestał działać kilka dni temu. Londyn spowijał mrok. Zimowe śnieżne chmury wisiały nisko nad budynkami. Po chodnikach niemalże nikt nie chodził. Stojąc tam w słabym świetle docierającym z mieszkania. Wysoko nad lampami ulicznymi, które dawały charakterystyczne pomarańczowe światło i nie docierały nawet do połowy pięter kamienicy. Z żarzącym się papierosem. Czuł się jak ostatni człowiek na świecie a jednocześnie przez cały czas czuł wzrok kobiety na plecach i jej obecność. Ta ostatnia wyryła się głęboko w jego nowej rzeczywistości. Czy tego chcieli czy nie.
Może ujawniał pewną desperację tymi słowami, ale kto jak kto. Powinna spróbować go zrozumieć. On szukał jakiegokolwiek rozwiązania nie wiążącego się z ich wiecznym cierpieniem. Nie musiało być idealne. Po dniach bez jakiegokolwiek tropu czuł, że może się złapać wszystkiego. Nie widział nawet pułapki, w którą przy tym wpadał. Nie był pierwszym, który w obliczu trudności zwracał się w kierunku potencjalnie najszybszej i najłatwiejszej opcji, która wymagałaby tylko niewielkiego obkupienia jej ofiarą. Przecież już ją ponosił.
Jak ćma do ognia.
- A wciąż oczyszcza - odmruknął w zamyśleniu, spotykając się z nią spojrzeniem. - Ogień. Wciąż oczyszcza. Jest niebezpieczny, kiedy płonie, ale z popiołów zawsze wyrasta nowa, mocniejsza roślinność - jakkolwiek to brzmiało, naprawdę uważał, że ma rację.
Jasne. Nie planował zabrzmieć jak psychol. Zresztą w tonie jego głosu nie było fanatyzmu. Raczej specyficzna nostalgia, żeby nie powiedzieć smutek. Miał wrażenie, że ten pożar i tak prędzej czy później ich spali. Smażyli się w ogniu. Czy tego chcieli czy nie. Wolał, żeby to było za nimi. Jak mieli się odrodzić, skoro nie było popiołów tylko parzące jęzory ognia. Zamrugał i pokręcił głową, parskając rozbawiony na przeciągnięte pytanie.
- Jestem prostym człowiekiem. Mów co chcesz. Jestem prosty i przewidywalny, stąd lubię jak mi wszystko przychodzi łatwo - odrzekł gładko. To było wielkie uogólnienie, ale przecież próbowali żartować. - Poza tym nie zapominaj, co mówią o takich bogatych skurwysynach jak ja. My, czystokrwiści dupkowie nie umiemy czekać. Zawsze dostajemy co swoje. Jesteśmy szarańczą magicznego świata - skwitował szerszym uśmiechem i rozłożeniem rąk.
To było zdanie wielu czarodziejów innego pochodzenia. Normalnie mu przeczył. Złościł się, kiedy ktoś mu zarzucał takie przywileje. Nie przeczył, że miał fory w życiu, ale nie tak duże jak mu usiłowano wmawiać. Gardził ludźmi, którzy wygłaszali podobne bzdury. Szczególną niechęć żywił do innych czystokrwistych. Otwarcie promugolskich zbawców. Osób, które przepraszały za to, kim się urodziły.
Nie miał wpływu na to, że miał szczęście urodzić się szlachcicem w Wielkiej Brytanii. W najpotężniejszej grupie społecznej. Poza tym to nie było tak, że wszystko mu podano na złotej tacy. Mieli srebrne zastawy. No i musiał wszystko sam odziedziczyć. Wydumane oczekiwania przeprosin na klęczkach za czystą krew uważał za godne pogardy. Szczególnie, kiedy płynęły od osób równych mu pochodzeniem. Mugolaki i półkrwi czarodzieje spotykali się wyłącznie z politowanym spojrzeniem. To słabość jego własnych ludzi najbardziej brzydziła Greengrassa.
Może dlatego tak niechętnie patrzył na najnowsze społeczne zmiany. Wolał, żeby nikt nie wzbudzał w nim wymuszonych wyrzutów sumienia w imię nowoczesnych poglądów. Liczył, że te nie miały przyjąć się w przestrzeni społecznej. Wszyscy mogli razem funkcjonować, ale czarodzieje niezupełnie magicznego pochodzenia nigdy nie mieli być im równi. Powinni to rozumieć i z tym żyć. Był w stanie kłócić się o swoje poglądy. Nie miał żadnego problemu z wypowiadaniem ich na głos. Brał za nie pełną odpowiedzialność (i czasem lepę na mordę).
Wbił wzrok w Geraldine, unosząc brew na znak, że czeka na rozwinięcie tego, od czego zależą jej plany. Nic nie mógł poradzić na to, że mocniej zabiło mu serce.
Chciała stąd zaraz wyjść? Przyszła tu tylko na chwilę, żeby odbębnić powinność? Zaczęła się nudzić ich spotkaniami? Miała inne, ciekawsze plany? A może...?... ...nie, tego nie dopuszczał.
Spróbował nie wypuścić głośno powietrza przez zaciśnięte zęby ani nie okazać ulgi w inny sposób, kiedy do niego dotarło, że trochę zagalopował się w obawach. Nie rozumiał po co w ogóle dopuścił je do głowy. Oczywiście. Jego postawa świadczyła o wyluzowaniu. Nic na siłę. Chciała zostać to mogła. Nie to nie. Nie zależało mu na jej towarzystwie aż tak bardzo, żeby robić z tego wielką sprawę.
- Możesz zostać do której chcesz - odparł z wymuszoną, ale wyuczoną i ćwiczoną przyjemną dla ucha obojętnością. Złożył dłonie i wygiął palce, strzelając knykciami. - Jeśli będzie zbyt późno, odstąpię ci łóżko albo odprowadzę cię do domu. Oczywiście, o ile się zdecydujesz - nic na siłę, nieprawdaż?
Przeciągnął się na siedząco, wracając wzrokiem do książki. Równie dobrze mógłby ją trzymać do góry nogami. Nawet nie próbował rozumieć co czyta a książka wyjątkowo nie była po rumuńsku ani w grece.
- Rzucam ci wyzwanie? - Odbił sugestię, choć nie planował jej na nic wyzywać. - Tylko ostrzegam, że rumuński to bardzo paskudny język, ale jeśli chcesz. Nie zarzucaj mi, że cię nie ostrzegałem - z oczami nadal na tekście, uniósł kącik ust.
Lubił te wieczory. Polubił je bardziej i szybciej niż w ogóle sobie uświadomił. Czuł się przy niej równie swobodnie, co dziwacznie. Trochę nie na miejscu podczas bycia na miejscu.
- Ognista też ma kalorie, co nie? Robi się ją z jakichś zbóż czy czegoś, więc to niemal jak aromatyzowany chleb w płynie - zażartował, bo oczywiście - jako uzdrowiciel wiedział, że głosi dyrdymały godne alkoholika, którym wcale nie był. Jeśli chodziło o nałogi, tylko palenie było jego jednoznacznym.
Gwałtownie zaciągnął się mocno wypalonym papierosem, którego niedopałek w efekcie sparzył palce uzdrowiciela. Nie spojrzał w stronę Geraldine. Poza tym gestem nie dał po sobie poznać, że go zaskoczyła ani co o tym myślał. W każdych innych okolicznościach przyczepiłby się do tego jak go nazwała. Byłby uszczypliwy albo otwarcie by ją wyśmiał, żeby ją sprowadzić na ziemię. Nie dopuściłby do aż takiego spoufalania. Nie planował kierować tej ani żadnej innej relacji w stronę, która dopuszczałaby tak pieszczotliwe określenia.
Ale nie zainterweniował. Wzdrygnął się, kiedy żar dotarł do czubków palców i puścił niedopałek. Zaraz potem musiał przydusić go pierwszą z brzegu książką (świetny pomysł - nie ma co), bo papiery na biurku zaczęły się dymić.
Słońce bez powodu przyprawiało go o cięższy oddech. Czuł się jak łowna zwierzyna, której co prawda udało się uciec przed śmiercią, ale widziała pogrom w stadzie. Gdzieś tam pod spodem skryło się ciepło i czułość, której też nie rozumiał. Nie powinien reagować w ten sposób na tak powszechnie używane słowo. Niemniej było przeciwnie. Gdyby się nad tym zastanowił, najpewniej doszedłby do wniosku, że ostatnio codziennie słyszał to w kontekście pogody i za żadnym innym razem nie poczuł palenia w płucach. Dopiero, kiedy do padło z ust tej konkretnej kobiety.
Nie pomyślał o tym. Na swoją upierdliwą modłę męskiego mężczyzny nie odniósł się do tego, co przed chwilą padło. Nie chciał bardziej komplikować sytuacji między nimi. W gruncie rzeczy było nieźle. Nie chciał psuć tego, że zaczynali potrafić się porozumieć. Oboje nadal strzelali towarzyskie gafy i właśnie za to uznał jej przejęzyczenie. Potrafił być wyrozumiały, kiedy tak mu było wygodniej. Natomiast musiał przyznać, że:
- Nie, nie jest - wciągnął powietrze do płuc i powoli je wypuścił, odetchnął ciężko ze zmrużonymi, zmęczonymi oczami - w sumie nie dziwne z tym wszystkim. Gdybyśmy to uznali za normalność, mielibyśmy największe podstawy do niepokoju - zawyrokował.
To by znaczyło, że odpuszczają i zaczynają sobie ścielić posłanie w bagnie. A on nie chciał na stałe przeprowadzić się do miejsca, w którym nie czuł się komfortowo. Jednym z jego największych ukrytych lęków było właśnie to. Nie chciał odpuścić i oddać kontroli nad życiem. Równie mocno nie chciał być powoli gotowaną żabą, która zbyt późno zorientuje się, że nie ma dla niej ucieczki.
Znowu podniósł spojrzenie z nad książki. Jednym ruchem wrzucił ją do pobliskiego suchego kosza. Raz na jakiś czas opróżniał metalowy śmietnik, żeby zrobić miejsce na nowe ofiary. Poprzednie trafiały pod ścianę. Kiedyś je wyrzuci, ale to nie była odpowiednia pora. Służyły mu jako przypomnienie, ile już zrobili i jak blisko mogli być i nawet o tym nie wiedzieć. Wstał, żeby rozprostować kości, przeciągając się przy biurku z papierosem między zębami. Zaciągnął się powoli w kompletnym milczeniu zanim nie ruszył w kierunku niskiej szafy, z której ściągnął gruby koc. Bez słowa rozłożył go, żeby okryć kobietę na fotelu. Nie pytał o pozwolenie. Opatulił ją razem z książką na jej kolanach. Bez gadania, bo następnym, co zrobił było otwarcie drzwi balkonowych i wyjście na nieduży balkonik stykający się z dachem.
To nie było zbyt luksusowe miejsce. Nie wybrał tego mieszkania z uwagi na komfort. Poza walającymi się książkami sprawiającymi wrażenie, jakby w kawalerce było dużo rzeczy, tak naprawdę nie miał zbyt wiele innych przedmiotów. To miało być tymczasowe lokum. Nie dbał o to, żeby było nowe i piękne. W efekcie miało niewygodne skosy, o które czasami zapominał się i walił głową. Było dosyć jasne, ale wyłącznie z uwagi na to, że znajdowało się na poddaszu w wysokiej kamienicy. Poza tym mogło sprawiać wrażenie ciemnego i zagraconego nie jego niedopasowanymi, starymi meblami. Sepia - to był kolor momentalnie przychodzący na język na myśl o kolorze i atmosferze lokum.
Wychodząc na balkon uświadomił sobie, że musiało być później niż przewidywał. Stary zegar na ścianie w mieszkaniu przestał działać kilka dni temu. Londyn spowijał mrok. Zimowe śnieżne chmury wisiały nisko nad budynkami. Po chodnikach niemalże nikt nie chodził. Stojąc tam w słabym świetle docierającym z mieszkania. Wysoko nad lampami ulicznymi, które dawały charakterystyczne pomarańczowe światło i nie docierały nawet do połowy pięter kamienicy. Z żarzącym się papierosem. Czuł się jak ostatni człowiek na świecie a jednocześnie przez cały czas czuł wzrok kobiety na plecach i jej obecność. Ta ostatnia wyryła się głęboko w jego nowej rzeczywistości. Czy tego chcieli czy nie.