Choć kochał rozpustę i zabawę prawię tak mocno jak kochał samego siebie, to nigdy nie zagalopował się w swoim wyuzdaniuz aż tak daleko. Nigdy nie musiał zanurzać się, aż tak głęboko pod brukiem w poszukiwaniu kolejnych uciech i nowych bodźców. Był na tyle zwyczajnym facecikiem, że klasyczny kawałek kobiecego tyłka i piersi w zupełności mu wystarczał. Taki duży chłopiec, co wciąż bawił się lalkami. A na burdelach, nie chwaląc się przesadnie, odrobinę się znał. Wiedział, że najlepsze są na Nokturnie, bo Pokątna i Horyzontalna były zbyt pruderyjne, by stać je było na lupanar z prawdziwego zdarzenia. Starsi eleganccy panowie od wieków zdradzali na boku swoje żony, a wciąż utrzymywali bigoteryjny klimat na ulicach magicznego Londynu, nad czym Louvain straszliwie ubolewał. Już panowie gentelmenowie mogli dać sobie spokój z tą farsą i po prostu zaakceptować fakt, że prostytucja to najpowszechniej powielany schemat biznesowy na każdym rynku usług w każdym miejscu na ziemi. Tak byłoby prościej dla każdego, dla nich, dla dziewcząt i chłopców, a nawet dla podatnika.
Chociaż gdyby nawet, to pewne usługi w tym zakresie wciąż balansowały na granicy moralności, nawet jeśli wylać na nie odrobinę liberalnej wolności. Bo martwe dziwki, w bardzo dużym uproszczeniu, nadal stały w pokracznej roszadzie z tym co było pociągające, czy nawet uwalniające z daleko, o wiele za daleko, przesuniętą granicą zrozumienia dla fetyszyzmu.
Sama wizytacja na podziemnych ścieżkach dla Lestranga była wciąż czymś nowym i niezbadanym, ale odwiedziny w Kościanym Zamtuzie to prawdziwa terra incognita. Był już spięty po spotkaniu ze staruchą z lasu, podążanie krok w krok za Rosie po cuchnących korytarzach podziemi wyłącznie podbijało stawkę. Musiał to jakoś odreagować. Tę bierną frustrację spowodowaną litrami goryczy jakie musiał przełknąć wbrew sobie, by utrzymać się należytym porządku i wybuchnąć słusznym gniewem. Może dzięki temu będzie łatwiej mu wyciągnąć z siebie energię którą zabrał ze sobą z limbo. Negatywne uczucia bardzo sprzyjały spaczeniu.
Choć starał się to ukrywać pod chłodną maską obojętności to dreszczyk emocji podekscytowania pobudzał go wystarczająco, by nie odczuwać zmęczenia po nieprzyjemnym spotkaniu z ciernistymi krzewami szeptuchy. Gdyby miał oceniać po tym pokoiku pewnie oceniłby go dość przeciętnie. W skrócie, burdel jak burdel. Nieco pretensjonalny i kiczowaty, ale taki był już urok takich miejsc. - Teraz już rozumiem... - rzucił niby od niechcenia. Siedząc na przeciwko Ambrosi, po drugiej stronie pokoju w bliźniaczym foteliku, w sztywnej pozie. Nie potrafił się całkowicie rozsiąść, czując jakieś podświadome, bierne obrzydzenie do każdej materii, mniej lub bardziej ożywionej pod sklepieniem tego przybytku. - Gdybym dorastał w takiej estetyce, uśmiech też nie pasowałby mi do twarzy.- dookreślił, rozkładając nieznacznie ręce na boki w drobnym geście. Uśmiechnął się płasko i tylko brwi zdradzały jego zadziorny temperament. Właściwie atmosfera tutaj była bardzo przytłaczająca, ciężka i gęsta niczym grobowe powietrze. - Żyjecie w czymś takim, a Ty narzekałaś na Las Wisielców... - dorzucił jeszcze na dokładkę. Tym razem brzmiał już poważniej, jakby w końcu wyraził swoją prawdziwą opinię. Zarzucając nogę na nogę, uklepał z powrotem na miejsce swoje ulizane, czarne włosy, jakby chciał nieco zrzucić z biernego napięcia. Siedzieli tak sobie, niczym w poczekali u lekarza, aż w końcu któraś z koleżanek zaszczyci ich swoją obecnością. Jeśli będzie chociaż w połowie tak martwa, jak martwa potrafiła być w środku Rosie, to powinna się nadać na to co planował.