25.09.2024, 23:49 ✶
Mona po raz kolejny próbowała zanurzyć się w stercie dokumentów, które zalegały na jej biurku od kilku tygodni. Światło padające przez wąskie okno w części mieszkalnej ledwo docierało do stosu pergaminów, a pióro najwyraźniej nie chciało z nią współpracować, gdy tylko probowała zabrać się za wypełnianie formularza dotyczącego nowych mieszkańców rezerwatu. Westchnęła ciężko, przecierając dłonią zmęczone oczy. Nie znosiła papierkowej roboty.
Usłyszała znajomy szelest skrzydeł tuż obok siebie. Zębatek, jej nieustannie niesforny, miniaturowy towarzysz, przemknął przez powietrze i wylądował z gracją na samym środku jej pergaminów. Małe łuski smoczognika lśniły w blasku południa, a zębaty pyszczek skierował się prosto na nią. Po chwili ponownie podskoczył na łapach i wzbił się w powietrze, tym razem kierując się w stronę szafki z pojemnikami i innymi znajdującymi się tam pierdołami.
– Mogło być gorzej – mruknęła pod nosem, przysuwając sobie bliżej kubek z zimną już kawą. — Zawsze mogłam… – przerwała, gdy Zębatek wpadł na półkę, zrzucając kilka fiolek. Szklane buteleczki poleciały w dół, rozbijając się o podłogę, a zapach roztartych ziół natychmiast wypełnił pokój. Kobieta szybko odłożyła dokumenty i podeszła do małego psotnika, który znowu próbował dopaść smakołyki ukryte na górnej półce. Jego małe, skrzydlate ciało wciąż miało w sobie lekkość, ale od czasu, gdy spędził tydzień pod opieką jej ojca, przybrał na wadze. Jasne, ognik był maleńki w porównaniu z… No…. Jakimkolwiek smokiem, ale w ostatnich dniach wyglądał jak nieco bardziej okrągła wersja samego siebie.
– Nie mogę na ciebie patrzeć – westchnęła, podnosząc go z półki zanim zdążył przewrócić kolejną fiolkę. Spojrzała na jego lekko wypchany brzuszek i parsknęła. – Zaraz nie będziesz mógł latać, tylko toczyć, bo tak cię przytuczył…
Mały smoczognik zamrugał wielkimi oczami, jakby wcale nie rozumiał, o co tyle hałasu. Być może poprzez wiercenie się w jej ramionach chciał pokazać swój ogromny sprzeciw. A potem szczebiotanie ucichło. Łepek jaszczurki uniósł się gwałtownie, a skrzydła zadrżały. Mona zmarszczyła brwi. Nim zdążyła się zorientować cisza zamieniła się w wyraźne i zdecydowane pukanie do drzwi.
Papiery będą musiały poczekać.
Zębatek najwyraźniej zorientował się, że jego przeczucia się sprawdziły, bo wzbił się w powietrze z triumfalnym szczebiotem i zawirował nad jej głową — jego własna, osobista misja strażnika rezerwatu.
– No dobrze, wygrałeś – odparła z uśmiechem, podchodząc do drzwi.
Kiedy je otworzyła, nie spodziewała się gościa. Na progu stała Brenna Longbottom! Poczuła, jak wspomnienia ze szkolnych lat powracają. Brenna, z jej podejściem do życia, zawsze potrafiła sprawić, że Mona uśmiechała się szerzej, nawet w najbardziej ponure dni. Miała w sobie coś, co rozpraszało napięcie i pozwalało na chwilę zapomnieć o ciężarze codziennych obowiązków. Nie mogła również się oprzeć zmartwieniu, że mogło być jej zimno. W końcu walijskie powietrze potrafiło być zdradliwe, a smoki krążące nad głowami mogły tylko sprawić, że człowiek się zakręcił. W tej samej chwili kobieta uświadomiła sobie, że rzeczywiście umawiały się na tę wizytę w maju. Chociaż dni w ostatnich tygodniach zlewały się w jeden, a jej umysł zdążył zapomnieć o tej informacji.
– Brenno! – zawołała, nie mogąc ukryć radości. Szeroki uśmiech rozpromienił jej twarz. – Jak dobrze cię widzieć! Chodź, wejdź! Droga tutaj musiała być koszmarna, prawda? Wybacz mi te wszystkie papiery. Nie wystrasz się, on nie—
Zerknęła w kierunku swojej małej latającej jaszczurki, która jeszcze przed chwilą dumnie krążyła po pomieszczeniu. Uświadomiła sobie, że jej tam nie ma. Kurwa, pomyślała. Przeczucie kazało jej spojrzeć ponownie na Brennę. Zębatek, wyraźnie zadowolony z nowego towarzystwa, zbliżył się do drugiej kobiety i zakręcił wokół jej nóg. Gotowy, by ugryźć ją w kostkę.
Usłyszała znajomy szelest skrzydeł tuż obok siebie. Zębatek, jej nieustannie niesforny, miniaturowy towarzysz, przemknął przez powietrze i wylądował z gracją na samym środku jej pergaminów. Małe łuski smoczognika lśniły w blasku południa, a zębaty pyszczek skierował się prosto na nią. Po chwili ponownie podskoczył na łapach i wzbił się w powietrze, tym razem kierując się w stronę szafki z pojemnikami i innymi znajdującymi się tam pierdołami.
– Mogło być gorzej – mruknęła pod nosem, przysuwając sobie bliżej kubek z zimną już kawą. — Zawsze mogłam… – przerwała, gdy Zębatek wpadł na półkę, zrzucając kilka fiolek. Szklane buteleczki poleciały w dół, rozbijając się o podłogę, a zapach roztartych ziół natychmiast wypełnił pokój. Kobieta szybko odłożyła dokumenty i podeszła do małego psotnika, który znowu próbował dopaść smakołyki ukryte na górnej półce. Jego małe, skrzydlate ciało wciąż miało w sobie lekkość, ale od czasu, gdy spędził tydzień pod opieką jej ojca, przybrał na wadze. Jasne, ognik był maleńki w porównaniu z… No…. Jakimkolwiek smokiem, ale w ostatnich dniach wyglądał jak nieco bardziej okrągła wersja samego siebie.
– Nie mogę na ciebie patrzeć – westchnęła, podnosząc go z półki zanim zdążył przewrócić kolejną fiolkę. Spojrzała na jego lekko wypchany brzuszek i parsknęła. – Zaraz nie będziesz mógł latać, tylko toczyć, bo tak cię przytuczył…
Mały smoczognik zamrugał wielkimi oczami, jakby wcale nie rozumiał, o co tyle hałasu. Być może poprzez wiercenie się w jej ramionach chciał pokazać swój ogromny sprzeciw. A potem szczebiotanie ucichło. Łepek jaszczurki uniósł się gwałtownie, a skrzydła zadrżały. Mona zmarszczyła brwi. Nim zdążyła się zorientować cisza zamieniła się w wyraźne i zdecydowane pukanie do drzwi.
Papiery będą musiały poczekać.
Zębatek najwyraźniej zorientował się, że jego przeczucia się sprawdziły, bo wzbił się w powietrze z triumfalnym szczebiotem i zawirował nad jej głową — jego własna, osobista misja strażnika rezerwatu.
– No dobrze, wygrałeś – odparła z uśmiechem, podchodząc do drzwi.
Kiedy je otworzyła, nie spodziewała się gościa. Na progu stała Brenna Longbottom! Poczuła, jak wspomnienia ze szkolnych lat powracają. Brenna, z jej podejściem do życia, zawsze potrafiła sprawić, że Mona uśmiechała się szerzej, nawet w najbardziej ponure dni. Miała w sobie coś, co rozpraszało napięcie i pozwalało na chwilę zapomnieć o ciężarze codziennych obowiązków. Nie mogła również się oprzeć zmartwieniu, że mogło być jej zimno. W końcu walijskie powietrze potrafiło być zdradliwe, a smoki krążące nad głowami mogły tylko sprawić, że człowiek się zakręcił. W tej samej chwili kobieta uświadomiła sobie, że rzeczywiście umawiały się na tę wizytę w maju. Chociaż dni w ostatnich tygodniach zlewały się w jeden, a jej umysł zdążył zapomnieć o tej informacji.
– Brenno! – zawołała, nie mogąc ukryć radości. Szeroki uśmiech rozpromienił jej twarz. – Jak dobrze cię widzieć! Chodź, wejdź! Droga tutaj musiała być koszmarna, prawda? Wybacz mi te wszystkie papiery. Nie wystrasz się, on nie—
Zerknęła w kierunku swojej małej latającej jaszczurki, która jeszcze przed chwilą dumnie krążyła po pomieszczeniu. Uświadomiła sobie, że jej tam nie ma. Kurwa, pomyślała. Przeczucie kazało jej spojrzeć ponownie na Brennę. Zębatek, wyraźnie zadowolony z nowego towarzystwa, zbliżył się do drugiej kobiety i zakręcił wokół jej nóg. Gotowy, by ugryźć ją w kostkę.