26.09.2024, 00:46 ✶
- Pakuj się, królewno, lecimy w krainę absurdu. Od siedmiu boleści po trzy po trzy - oznajmił bez mrugnięcia okiem.
Tak właściwie to już wyjechali. Od dwóch tygodni pałętali się od stogu siana po poszczególne snopki w poszukiwaniu igły, która była jednocześnie dziurką od klucza i kluczem do rozwiązania ich problemów. Nie musieli odbywać rzeczywistych wypraw. W umysłach byli dostatecznie pogubieni i nie mogli znaleźć właściwego kierunku. A wyprawa trwała. Może w najlepsze, raczej w najgorsze.
Mógłby pocieszyć się tym, że tkwili w tym razem, gdyby nie to, że wolałby nie wplątywać w to Geraldine. Jak zwykle w chwilach kryzysu wybierał rozsądek a ten podpowiadał mu, że lepiej byłoby działać w pojedynkę. Mógłby sam znaleźć rozwiązanie, które podałby jej na tacy. Jednocześnie wcale tego nie chciał. Kiedy wychodziła od niego z samotni, czuł, że mieszkanie właśnie tym się staje. Wtedy było naprawdę puste, mimo że on wciąż tam był.
Gubił się. Chciał jej powiedzieć pewne rzeczy. Potrzebował z nią porozmawiać. Następnie nie, nie mógł tego zrobić. Nie zamierzał dzielić się swoimi sekretami. Pożądał tego, żeby ich wysłuchała. Pożądał jej, ale trzymał ręce przy sobie. Nie wyciągnął ich po to, co nie należało do niego. Chyba po raz pierwszy, bo nie miewał z tym problemów.
Mówił poważnie. Zaraz obracał to w żart. Dawał się prowokować, sam prowokował. Oczekiwał reakcji, wzbraniał się przed reagowaniem. Był aktywny, ale nie reaktywny. Był sobą, ale nie czuł się jak on.
Jeszcze więcej ironii, znacznie więcej gorzkich żartów.
- Albo przeceniam siebie. Wzięłaś to pod uwagę? Tak właściwie jeden pies - znowu to zrobił.
Nie w jego charakterze było ciągłe drwienie z takich rzeczy. Zazwyczaj łatwo się irytował. Ich poprzednie konfrontacje łatwo na to wskazywały, dopóki coś się nie zmieniło. Była zdziwiona, że zarywał noce i dnie, żeby uzyskać odpowiedzi? Nie powinna. Ta utrata części siebie była dostateczną stratą, żeby zaczął się na tym fiksować.
- No dziękuję bardzo - sarknął z kpiną. - Nie każdy zawsze wygląda pięknie, Panienko - uderzył w nią zakamuflowanym komplementem, podczas gdy podnosił brwi i patrzył na nią prześmiewczo.
Głównie w stosunku do siebie. Oczywiście. A jakże.
- Jestem przytomny. Nadal walczymy o łóżko - dobór słów nie był celowy, ale niewątpliwie na chwilę sam się zbił z tropu. Zamrugał kilka razy, przetarł oczy ręką i pokręcił głową słysząc aprobatę wobec wspólnego spaceru nad ranem.
- Widzisz? Nie było tak źle - rozłożył ręce.
Mogli mieć całkiem miły poranny spacer. Wyobrażał sobie, że jasne światło poranka mogło przyjemnie im oświetlić ulice. Zresztą, nie musieli przejść zbyt wiele. To nie były nawet przecznice. Tę swoją tymczasową norę lubił również przez wzgląd na lokalizację. Byli niemalże sąsiadami, ale nie mieszkali tak blisko, żeby sobie przeszkadzać. Nie w zasięgu rzutu kamieniem, lecz dostatecznie w pobliżu. Przy odrobinie wysiłku umysłowego, mógł jej podrzucać ciężkie woluminy rumuńskich łamańców a jego nieduża sowa nie byłaby wyczerpana po podróży.
- Trzymam cię za słowo. Później możemy rozdzielić księgi - zaoferował. Należało kuć żelazo póki gorące. - Zabiorę ci je do twojego murowanego zamku - zapewnił.
Jeśli jego francuski wolał o pomstę do nieba to karykatura transylwańskiego akcentu, którego użył wręcz prosiła o dobicie. Błagała o litość a on bezlitośnie ją kaleczył.
Nawet w tym był średnim człowiekiem.
- Nie mówiłabyś tak -gdybyś wszystko wiedziała, w tym wypadku milczenie było srebrem.
Nie przesadzał, kiedy oceniał się surowo. Miał te same standardy wobec siebie, co wobec innych. Jeśli nie ostrzejsze. Zazwyczaj o tym nie mówił. Nie wiedział, czemu złamał swoją regułę i poruszał ten temat. Nie potrzebował zapewnień ani pocieszenia.
- W tym przypadku jest trochę inaczej, ale to zbyt skomplikowana historia w dodatku bez morału - uniósł ramiona na znak obojętności.
Mógłby zacząć opowiadać o tym, co miał przez to na myśli, ale nie sądził, żeby to była istotną historia. Na pewno nie taka, która mogłaby im pomóc w czymkolwiek. W gruncie rzeczy była przykra i ponurą, i działa się częściej niż by wypadało. Nie był tu wyjątkiem. Zresztą każda rodzina miewała swoje trupy w szafie. On dodatkowo miał jednego w lesie.
- Próbuję? Nie próbuję? Próbuję? Nie wiem. Postaw tarota albo co - wzruszył ramionami.
Nawet nie wiedział czy szanowała tę dziedzinę. To była kolejna rzecz do listy, którą mógłby stworzyć. Tysiące rzeczy, których nie wie o Geraldine Yaxley, choć od czasu wyprawy łapał się na tym, że sądzi inaczej. Wydawało mu się, że się znają. Znacznie bardziej niż w rzeczywistości, bo choc jakimś cudem znaleźli wspólny język to w ich relacji ziały luki. Kwestia czy chcieli i zamierzali je wypełniać. Czasami były sprawy, które nie powinny wypłynąć na światło dzienne i myśli, którym nie należało dać ujścia.
Atmosfera między nimi była krucha. Oddawała delikatność tej relacji. Równie dobrze mogli postawić wszystko na złej szali i znowu wrócić do stosunków sprzed kilku tygodni. Dwóch tak właściwie. Dwóch tygodni, które dla Greengrassa wydawały się niemalże latami.
Z drugiej strony ile mogli wytrwać, jeśli nie byli ze sobą całkiem szczerzy? Nie czuł się przy niej naturalnie. Wbrew temu, co czasami myślał. Budował swój wizerunek na żartach i starannym dobieraniu tych fragmentów ciemniejszej strony charakteru, które mógłby kontrolować pod kątem dokonywanych zniszczeń. Nie dawał Geraldine tego, czego mogłaby chcieć, żeby nie zobaczyła wszystkiego. To mogłoby się jej nie spodobać.
Umiał być czarujący w ten irytujący, ale mało szkodliwy sposób. Potrafił się odpowiednio zachować. Umiał dobierać słowa. Okazywanie troski wobec niej przyszło mu nawet w postaci koca, którym ją otulił a potem przytrzymał na jej ramionach, kiedy stanęli na balkonie. Był czystokrwistym dżentelmenem. Uzdrowicielem. Wykładowcą. Botanikiem szanowanym w środowisku. Bywał także gnidą. Posuwał się do rzeczy, o których nie chciał mówić. Wetknął palce tam, gdzie nie powinien, bo szukał łatwych rozwiązań. Był stałym kupcem na czarnym rynku. Opatrywał rany i skrywał sekrety wielu różnych mend. Przemycał magiczne rośliny. Tworzył szkodliwe substancje zgodnie z życzeniami. Był mordercą.
O tym ostatnim wiedziała.
- Naprawdę się zastanów czy chcesz być moim przyjacielem - przerwał ciszę, ale czuł potrzebę powiedzenia tego.
Próbował ją ostrzegać, przeczucie mu mówiło, że powinien. Te słowa były ciche, ale nie zduszone. Świadomie powiedział to w ten sposób, że dźwięki miasta prawie przykryły jego słowa. Był poważny. Tym razem nie żartował. Nie śmiał. Nie śmiał się również ruszyć, bo nie wiedział, co mógłby zrobić. Nie ufał sobie, bo w myślach wielokrotnie przełamywał nie tylko ciszę, ale także granicę dotyku. Mógłby ją objąć. Otuliłby ją kocem i staliby w półmroku patrząc na miasto. Zamiast tego otrząsnął się z wyobrażenia. Nie było jego.
Tak właściwie to już wyjechali. Od dwóch tygodni pałętali się od stogu siana po poszczególne snopki w poszukiwaniu igły, która była jednocześnie dziurką od klucza i kluczem do rozwiązania ich problemów. Nie musieli odbywać rzeczywistych wypraw. W umysłach byli dostatecznie pogubieni i nie mogli znaleźć właściwego kierunku. A wyprawa trwała. Może w najlepsze, raczej w najgorsze.
Mógłby pocieszyć się tym, że tkwili w tym razem, gdyby nie to, że wolałby nie wplątywać w to Geraldine. Jak zwykle w chwilach kryzysu wybierał rozsądek a ten podpowiadał mu, że lepiej byłoby działać w pojedynkę. Mógłby sam znaleźć rozwiązanie, które podałby jej na tacy. Jednocześnie wcale tego nie chciał. Kiedy wychodziła od niego z samotni, czuł, że mieszkanie właśnie tym się staje. Wtedy było naprawdę puste, mimo że on wciąż tam był.
Gubił się. Chciał jej powiedzieć pewne rzeczy. Potrzebował z nią porozmawiać. Następnie nie, nie mógł tego zrobić. Nie zamierzał dzielić się swoimi sekretami. Pożądał tego, żeby ich wysłuchała. Pożądał jej, ale trzymał ręce przy sobie. Nie wyciągnął ich po to, co nie należało do niego. Chyba po raz pierwszy, bo nie miewał z tym problemów.
Mówił poważnie. Zaraz obracał to w żart. Dawał się prowokować, sam prowokował. Oczekiwał reakcji, wzbraniał się przed reagowaniem. Był aktywny, ale nie reaktywny. Był sobą, ale nie czuł się jak on.
Jeszcze więcej ironii, znacznie więcej gorzkich żartów.
- Albo przeceniam siebie. Wzięłaś to pod uwagę? Tak właściwie jeden pies - znowu to zrobił.
Nie w jego charakterze było ciągłe drwienie z takich rzeczy. Zazwyczaj łatwo się irytował. Ich poprzednie konfrontacje łatwo na to wskazywały, dopóki coś się nie zmieniło. Była zdziwiona, że zarywał noce i dnie, żeby uzyskać odpowiedzi? Nie powinna. Ta utrata części siebie była dostateczną stratą, żeby zaczął się na tym fiksować.
- No dziękuję bardzo - sarknął z kpiną. - Nie każdy zawsze wygląda pięknie, Panienko - uderzył w nią zakamuflowanym komplementem, podczas gdy podnosił brwi i patrzył na nią prześmiewczo.
Głównie w stosunku do siebie. Oczywiście. A jakże.
- Jestem przytomny. Nadal walczymy o łóżko - dobór słów nie był celowy, ale niewątpliwie na chwilę sam się zbił z tropu. Zamrugał kilka razy, przetarł oczy ręką i pokręcił głową słysząc aprobatę wobec wspólnego spaceru nad ranem.
- Widzisz? Nie było tak źle - rozłożył ręce.
Mogli mieć całkiem miły poranny spacer. Wyobrażał sobie, że jasne światło poranka mogło przyjemnie im oświetlić ulice. Zresztą, nie musieli przejść zbyt wiele. To nie były nawet przecznice. Tę swoją tymczasową norę lubił również przez wzgląd na lokalizację. Byli niemalże sąsiadami, ale nie mieszkali tak blisko, żeby sobie przeszkadzać. Nie w zasięgu rzutu kamieniem, lecz dostatecznie w pobliżu. Przy odrobinie wysiłku umysłowego, mógł jej podrzucać ciężkie woluminy rumuńskich łamańców a jego nieduża sowa nie byłaby wyczerpana po podróży.
- Trzymam cię za słowo. Później możemy rozdzielić księgi - zaoferował. Należało kuć żelazo póki gorące. - Zabiorę ci je do twojego murowanego zamku - zapewnił.
Jeśli jego francuski wolał o pomstę do nieba to karykatura transylwańskiego akcentu, którego użył wręcz prosiła o dobicie. Błagała o litość a on bezlitośnie ją kaleczył.
Nawet w tym był średnim człowiekiem.
- Nie mówiłabyś tak -gdybyś wszystko wiedziała, w tym wypadku milczenie było srebrem.
Nie przesadzał, kiedy oceniał się surowo. Miał te same standardy wobec siebie, co wobec innych. Jeśli nie ostrzejsze. Zazwyczaj o tym nie mówił. Nie wiedział, czemu złamał swoją regułę i poruszał ten temat. Nie potrzebował zapewnień ani pocieszenia.
- W tym przypadku jest trochę inaczej, ale to zbyt skomplikowana historia w dodatku bez morału - uniósł ramiona na znak obojętności.
Mógłby zacząć opowiadać o tym, co miał przez to na myśli, ale nie sądził, żeby to była istotną historia. Na pewno nie taka, która mogłaby im pomóc w czymkolwiek. W gruncie rzeczy była przykra i ponurą, i działa się częściej niż by wypadało. Nie był tu wyjątkiem. Zresztą każda rodzina miewała swoje trupy w szafie. On dodatkowo miał jednego w lesie.
- Próbuję? Nie próbuję? Próbuję? Nie wiem. Postaw tarota albo co - wzruszył ramionami.
Nawet nie wiedział czy szanowała tę dziedzinę. To była kolejna rzecz do listy, którą mógłby stworzyć. Tysiące rzeczy, których nie wie o Geraldine Yaxley, choć od czasu wyprawy łapał się na tym, że sądzi inaczej. Wydawało mu się, że się znają. Znacznie bardziej niż w rzeczywistości, bo choc jakimś cudem znaleźli wspólny język to w ich relacji ziały luki. Kwestia czy chcieli i zamierzali je wypełniać. Czasami były sprawy, które nie powinny wypłynąć na światło dzienne i myśli, którym nie należało dać ujścia.
Atmosfera między nimi była krucha. Oddawała delikatność tej relacji. Równie dobrze mogli postawić wszystko na złej szali i znowu wrócić do stosunków sprzed kilku tygodni. Dwóch tak właściwie. Dwóch tygodni, które dla Greengrassa wydawały się niemalże latami.
Z drugiej strony ile mogli wytrwać, jeśli nie byli ze sobą całkiem szczerzy? Nie czuł się przy niej naturalnie. Wbrew temu, co czasami myślał. Budował swój wizerunek na żartach i starannym dobieraniu tych fragmentów ciemniejszej strony charakteru, które mógłby kontrolować pod kątem dokonywanych zniszczeń. Nie dawał Geraldine tego, czego mogłaby chcieć, żeby nie zobaczyła wszystkiego. To mogłoby się jej nie spodobać.
Umiał być czarujący w ten irytujący, ale mało szkodliwy sposób. Potrafił się odpowiednio zachować. Umiał dobierać słowa. Okazywanie troski wobec niej przyszło mu nawet w postaci koca, którym ją otulił a potem przytrzymał na jej ramionach, kiedy stanęli na balkonie. Był czystokrwistym dżentelmenem. Uzdrowicielem. Wykładowcą. Botanikiem szanowanym w środowisku. Bywał także gnidą. Posuwał się do rzeczy, o których nie chciał mówić. Wetknął palce tam, gdzie nie powinien, bo szukał łatwych rozwiązań. Był stałym kupcem na czarnym rynku. Opatrywał rany i skrywał sekrety wielu różnych mend. Przemycał magiczne rośliny. Tworzył szkodliwe substancje zgodnie z życzeniami. Był mordercą.
O tym ostatnim wiedziała.
- Naprawdę się zastanów czy chcesz być moim przyjacielem - przerwał ciszę, ale czuł potrzebę powiedzenia tego.
Próbował ją ostrzegać, przeczucie mu mówiło, że powinien. Te słowa były ciche, ale nie zduszone. Świadomie powiedział to w ten sposób, że dźwięki miasta prawie przykryły jego słowa. Był poważny. Tym razem nie żartował. Nie śmiał. Nie śmiał się również ruszyć, bo nie wiedział, co mógłby zrobić. Nie ufał sobie, bo w myślach wielokrotnie przełamywał nie tylko ciszę, ale także granicę dotyku. Mógłby ją objąć. Otuliłby ją kocem i staliby w półmroku patrząc na miasto. Zamiast tego otrząsnął się z wyobrażenia. Nie było jego.