26.09.2024, 01:14 ✶
Nie szykował się na wojnę, kiedy tu do niej przychodził. Mimo to zachowywał się, jakby mógł kogoś odstrzelić jednym szybkim ruchem różdżki. Bezmyślne trzask! puff! i kontynuowałby drogę do stolika. Tym bardziej z satysfakcją im podobniejszy do konkretnego człowieka byłby ten nieszczęśnik. Aczkolwiek jemu najchętniej porachowałby kości.
Co do siostry? Z siostrą rozgrywał mentalny mecz, w którym najpewniej nie mieli wyłonić zwycięzcy, ale to było nieistotne. Mogła wyglądać na nieprzygotowaną, ale znał ją. Wiedział, że w ich konfrontacji mogła mieć równie krótki lont. Nie raz i nie dwa był dumny z tego jak sobie radziła. Teraz odczuwał gniew.
- Mniej więcej - skwitował po nieznacznym, trwającym niespełna może sekundę zastanowieniu.
Nie uśmiechnął się. Mrużył oczy. Tak właściwie to nawet na nią nie patrzył. Skupiał wzrok na okularach przeciwsłonecznych leżących na stole i swoim własnym odbiciu w szkłach. Starał się nie zionąć ani ogniem, ani chłodem. W gruncie rzeczy przyszedł tu dla Rosie. Nie po to, aby wylewać na nią swą gorycz tylko, żeby wysłuchać tego, co miała do powiedzenia.
Naprawdę chciał ją chronić. Próbował być łącznikiem między nią a ojcem czy jej matką. Skoro obawiała się wrócić jak gdyby nigdy nic do domu, czuł się w obowiązku stanowić barierę między nią a Starszymi. Jeśli ktoś miał już strzelać to w niego - w posłańca. To było nie do podważenia. Taki był naturalny stan rzeczy. Ambroise tego nie kwestionował ani nie analizował. W tej roli po prostu się odnajdywał, jakby był z nią już urodzony. Poniekąd nie było to kłamstwem. Różnica wieku wyłącznie to ugruntowywała.
- Nie wiem, czego ode mnie oczekujesz, Roselyn - starał się zapanować nad warkotliwym tonem, ale twarde Roselyn świadczyło samo za siebie. Praktycznie nigdy nie używał jej pełnego imienia w ten sposób, to było raczej zarezerwowane dla Staruszka i to w fatalnym humorze. Ewentualnie dla jej Starszej.
Ambroise nie próbował przyjąć roli żadnego z rodziców ani tym bardziej nie planował dalej na nią najeżdżać. Przynajmniej nie tak od razu. Wcześniejszy wyrzut na parę chwil dał ujście jego irytacji. Bądź co bądź wcale nie chciał kończyć ich rozmowy w ten sposób. Jedynie nie umiał się zachować. To było coś, do czego się przed sobą przyznawał. Przed Roo nie zamierzał. Nie było mu w smak przepraszać. Przynajmniej jeszcze nie teraz.
Na jej kolejne słowa niemal parsknął rozgoryczonym śmiechem. Nie ma co. Wszystko właśnie się wyjaśniło. Zaczęło się od pierścionka. No, kurwa wyjątkowe zrządzenie losu.
- Zaręczyny na ogół zaczynają się od pierścionka - stwierdził sucho, jakby dodawał coś w rodzaju: powiedz mi mniej oczywistą oczywistość, jeśli chcesz mieć moją uwagę.
Oczywiście i tak ją miała. Nie zapominał celu ich spotkania, które gładko przechodziło od konfrontacji do rozmowy i z powrotem w konfrontację. Dla kogoś z zewnątrz musieli brzmieć i wyglądać naprawdę nieprzystępnie. Obsługująca ich kelnerka była dowodem na to, że nie emanowali rozluźnieniem. Kobieta nie była w oku cyklonu, ale wyraźnie chciała jak najszybciej umknąć od stolika.
- Irish coffee - Ambroise również nie zaszczycił jej spojrzeniem.
Gładko zapomniał o uprzejmości takiej jak proszę. Ponadto nie cackał się tak bardzo z zamówieniem. Był po dyżurze. Nie planował pracować, więc kawa po irlandzku była słusznym wyborem. Oparł się łokciami o stół, wbijając surowe spojrzenie w Rose. Oczekiwał jakiejś kontynuacji, jakakolwiek by nie była. Czuł, że dopiero zaczynali lot bez trzymanki.
Co do siostry? Z siostrą rozgrywał mentalny mecz, w którym najpewniej nie mieli wyłonić zwycięzcy, ale to było nieistotne. Mogła wyglądać na nieprzygotowaną, ale znał ją. Wiedział, że w ich konfrontacji mogła mieć równie krótki lont. Nie raz i nie dwa był dumny z tego jak sobie radziła. Teraz odczuwał gniew.
- Mniej więcej - skwitował po nieznacznym, trwającym niespełna może sekundę zastanowieniu.
Nie uśmiechnął się. Mrużył oczy. Tak właściwie to nawet na nią nie patrzył. Skupiał wzrok na okularach przeciwsłonecznych leżących na stole i swoim własnym odbiciu w szkłach. Starał się nie zionąć ani ogniem, ani chłodem. W gruncie rzeczy przyszedł tu dla Rosie. Nie po to, aby wylewać na nią swą gorycz tylko, żeby wysłuchać tego, co miała do powiedzenia.
Naprawdę chciał ją chronić. Próbował być łącznikiem między nią a ojcem czy jej matką. Skoro obawiała się wrócić jak gdyby nigdy nic do domu, czuł się w obowiązku stanowić barierę między nią a Starszymi. Jeśli ktoś miał już strzelać to w niego - w posłańca. To było nie do podważenia. Taki był naturalny stan rzeczy. Ambroise tego nie kwestionował ani nie analizował. W tej roli po prostu się odnajdywał, jakby był z nią już urodzony. Poniekąd nie było to kłamstwem. Różnica wieku wyłącznie to ugruntowywała.
- Nie wiem, czego ode mnie oczekujesz, Roselyn - starał się zapanować nad warkotliwym tonem, ale twarde Roselyn świadczyło samo za siebie. Praktycznie nigdy nie używał jej pełnego imienia w ten sposób, to było raczej zarezerwowane dla Staruszka i to w fatalnym humorze. Ewentualnie dla jej Starszej.
Ambroise nie próbował przyjąć roli żadnego z rodziców ani tym bardziej nie planował dalej na nią najeżdżać. Przynajmniej nie tak od razu. Wcześniejszy wyrzut na parę chwil dał ujście jego irytacji. Bądź co bądź wcale nie chciał kończyć ich rozmowy w ten sposób. Jedynie nie umiał się zachować. To było coś, do czego się przed sobą przyznawał. Przed Roo nie zamierzał. Nie było mu w smak przepraszać. Przynajmniej jeszcze nie teraz.
Na jej kolejne słowa niemal parsknął rozgoryczonym śmiechem. Nie ma co. Wszystko właśnie się wyjaśniło. Zaczęło się od pierścionka. No, kurwa wyjątkowe zrządzenie losu.
- Zaręczyny na ogół zaczynają się od pierścionka - stwierdził sucho, jakby dodawał coś w rodzaju: powiedz mi mniej oczywistą oczywistość, jeśli chcesz mieć moją uwagę.
Oczywiście i tak ją miała. Nie zapominał celu ich spotkania, które gładko przechodziło od konfrontacji do rozmowy i z powrotem w konfrontację. Dla kogoś z zewnątrz musieli brzmieć i wyglądać naprawdę nieprzystępnie. Obsługująca ich kelnerka była dowodem na to, że nie emanowali rozluźnieniem. Kobieta nie była w oku cyklonu, ale wyraźnie chciała jak najszybciej umknąć od stolika.
- Irish coffee - Ambroise również nie zaszczycił jej spojrzeniem.
Gładko zapomniał o uprzejmości takiej jak proszę. Ponadto nie cackał się tak bardzo z zamówieniem. Był po dyżurze. Nie planował pracować, więc kawa po irlandzku była słusznym wyborem. Oparł się łokciami o stół, wbijając surowe spojrzenie w Rose. Oczekiwał jakiejś kontynuacji, jakakolwiek by nie była. Czuł, że dopiero zaczynali lot bez trzymanki.