26.09.2024, 11:13 ✶
Skinął głową. Właśnie tak. Znowu trafiła w punkt.
- Musimy czym prędzej znaleźć magiczne drzwi do zegara i wrócić - zasugerował, jakby mówili o fascynującej przygodzie dla dzieci.
O takiej bajce dla małych czarodziejów i czarownic, w której ta kraina absurdu była szeroka i rozłożysta, ale dało się wyjść. Musieli znaleźć portal, ale nie ten, przez który się dostali. Najbardziej naturalne wydawały się drzwi do szafy albo drzwiczki w zegarze. Zazwyczaj tak było. Jeśli nie główne wejście, to najpewniej jakaś komoda lub zegar. A Ambroise w żadnym razie nie planował wracać do tamtej posiadłości.
Czasami mu się śniła. Wtedy czuł, że nie zamknęli tamtego rozdział i powinni wrócić. Czuł zapach kurzu i stęchlizny. Budził się na książkach przy biurku, gwałtownie podrywał się do góry i walił głową o niski skos. Stąd przyczepił tam płaską poduszkę na zaklęcie przylepca. Nie był szczęśliwy z tego, że w dodatku jego mniej powszechne książki wręcz mu sugerowały powrót. Jedyne co przydatnego w nich odnalazł (w kontekście ich problemu, bo były tam również inne pozycje) nawiązywało do odwiedzin przeklętego miejsca. Na tym się nie kończyło. Mówiło o znacznie mniej przyjemnych, paskudnych czynnościach. Nie bez powodu szukał dalej. Nie chciał tego proponować Geraldine. Samemu zbierał się w sobie, żeby spróbować zmierzyć się z myślą o powrocie do pałacyku. Z drugiej strony samotna wyprawa mogła się nie powieść. Powinni być tam razem. W składzie, w którym tam byli, kiedy doszło do wszystkiego.
A nie chciał jej mówić, że może powinni poszukać głębiej w tym kierunku. Nie chciał plamić palców kobiety. Nie znał jej podejścia do mrocznych sztuk, ale mało kto to traktował pobłażliwie. Nawet najbardziej wyluzowani ludzie zaczynali bardzo źle reagować, kiedy ktoś sugerował im użycie takich metod. Paradoksalnie część czarodziejów z Nokturnu też była wyłącznie mendami i brutalami bez zapędów do korzystania z czarnomagicznej wiedzy. Tam grało się pozorami. Było niewiele osób, które rzeczywiście mogły coś powiedzieć. I to nie dlatego, że reszta tak dobrze się kryła. Dowiedział się tego stosunkowo niedawno, kiedy potrzebował zdobyć kilka woluminów.
Dostał zakamuflowane ostrzeżenia. Odebrał wszystko w taki sposób, aby obie strony nie nawiązały fizycznej interakcji, ale dostał przestrogi. Uważał, że wszystkie pamięta i szanuje, i nie zrobi nic ponad to, czego potrzebował. Najlepiej w ogóle się do tego nie posunie, ale to było jego łatwe (tak) wyjście awaryjne w razie, gdyby nic nie znaleźli. W księgach na pewno coś się kryło. Jeszcze do tego nie dotarł, poznał mało treści, bo była obrzydliwa i odstręczająca. Miał do tego wrócić w świetle dnia, kiedy odprowadzi Geraldine do domu.
- Odnoszę wrażenie, że mówię ci o moich ciemnych stronach a ty sądzisz, że rozmawiamy o tym, że umiem się posunąć do wylania komuś kartonu mleka na głowę. O takiej dupkozie też rozmawiamy, ale ją pewnie poznasz - jeśli zostaniesz, tego innego stopnia bycia dupkiem nie chciał jej już pokazywać.
Z dwojga złego wybierał przekomarzanki. Mogli sobie od czasu do czasu skoczyć do gardeł. Mimo że już tego nie robili, Ambroise dobrze pamiętał jak było wcześniej. Nie chciał kompletnie wracać do tamtego stanu rzeczy. Odpowiadało mu to, że próbowali na nowo. W pewnym momencie podążyli w złą stronę, choć mieli bardzo dobre podstawy. Usiłował traktować zmiany jak szansę na nowy początek.
Byłoby łatwiej, gdyby mógł powiedzieć, że robili wszystko dobrowolnie w zgodzie ze sobą, ale czasami mówił sobie, że darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby. Próbował cofnąć skutki mentalnego miszmaszu a nie to, co zaczęło między nimi być.
- Zobaczymy jak szybko wymiękniesz - celowo ją podpuszczał poprzez sugestię, że nie dopuszczał możliwości, że to on uśnie pierwszy. - Nie mów hop. Jest dobrze, ale od jutra będzie upierdliwie. Nie mów, że cię przed tym nie ostrzegałem - uprzedził.
Znowu świadomie uciekał od głębszych tematów. Nie dopuszczał do przemyśleń, które mogłyby popsuć ten wieczór. Chciał, żeby jeszcze przez chwilę mieli złudzenie spokoju w samym środku cyklonu. Co jak co. Ambroise był pewien, że burza zaraz znowu zaatakuje. To była ta cisza przed nią. Poznał to już wcześniej w swoim życiu.
- Raczej nie licz, że to się stanie niedługo -a najpewniej wcale, bo jeśli o niego chodziło to pewnych wspomnień i spostrzeżeń wolał nie wywlekać na wierzch.
Jak już sobie ustalił: zaczynał robić się lepszy w chowaniu się w swojej skorupie. Nigdy nie był przesadnie skłonny do zwierzeń, ale wiele dało się z niego wyczytać. Miał krótki lont, potrafił szybko wybuchnąć i wyrzucić z siebie pokłady żrącego jadu. Jego twarz nie była jak otwarta księga, ale oczy często mówiły więcej niż Ambroise chciał.
- Zawsze musisz dotknąć ognia, żeby upewnić się, że jest gorący? - Spytał z przekorą, unosząc kącik ust, ale nie zapominał o tym, o czym mówili.
Ostrzegał ją przed zbyt pokomplikowaną zażyłością dla ich wspólnego dobra, ale bardziej dla niej.
Ponadto teraz musiał uczyć się operować reakcjami, których nigdy wcześniej nie okazywało jego ciało. Mierzył się z ukryciem myśli i emocji dotykających innej sfery - płaszczyzny różnej od tej zazwyczaj.
- Nigdy nie jest za późno - zaprzeczył, ale bez zdecydowania, wręcz jakby bez przekonania.
A przecież to było domeną ludzi. Odchodzili w różnych momentach. Zazwyczaj nie potrzebowali wiele, żeby zdecydować się zniknąć z życia niewygodnej osoby. Byli zwierzętami stadnymi, lecz nie mieli problemu, żeby to stado zmienić. Ci w życiu Ambroisa wymieniali się falowo. Jasne. Miał przyjaciół i współpracowników a także swoją rodzinę, o którą dbał i dla której zrobiłby wszystko. Bez wahania. Natomiast doświadczył także zniknięć ludzi ze swojego otoczenia. Czasami z uprzedzeniem a czasami bez. Bywało, że znał powód. Jeszcze częściej go nie znał, bo prawdopodobnie powinien się domyślić.
Nie chciał, żeby Geraldine była kolejną taką osobą. Podświadomie wolał ją uprzedzić, że nie łatwo być jego przyjacielem. Wolał nie myśleć o żadnym innym kontekście, nawet jeśli to się nasuwało samoistnie. Gdyby śmiał ostrzegać ją przed byciem czymś więcej musiałby dopuszczać do siebie znajomą prawdę. Jeżeli przyjaciół potrafił utrzymać w życiu to wszystkie jego związki spierdolił. Nie było tego wiele. Większość relacji kończyła się na romansie. Miał swoje standardy. To nie tak, że znalazł chuja na śmietniku, ale łatwo mu przychodziło być czarującym tylko na chwilę. Jeśli znałby mugolski świat baśni, pewnie mógłby być bardziej pojebaną wersją Kopciuszka. Bez szczęśliwego zakończenia. Za to z iluzją trwającą jedną noc. Nic więcej ponadto.
Nic dziwnego, że nie chciał tego dla tej kruchej znajomości. Mógł jej zaoferować przyjaźń i postarać się, żeby nie była to relacja smutna i pełna niedopowiedzeń. Czuł, że tych jest zbyt wiele. Musieli znaleźć wyjście z sytuacji. Może wtedy będą w stanie ograniczyć podszepty. Nie wiedzieć czemu, ale chciał się postarać tego nie spieprzyć. Mógł udowodnić im obojgu, że są w stanie być przyjaciółmi, jeżeli Geraldine chciała spróbować. To było niełatwe, ale nie niemożliwe.
W przeciwieństwie do tego, co atmosfera mu nasuwała na myśl (naprawdę mocno powstrzymał się przed cięższym oddechem, świdrował dachy wzrokiem i w którymś momencie spiął ciało) koleżeństwo i współpraca były najlepszymi opcjami. Musiały być wystarczające, jeśli nie przyjmowała ostrzeżenia.
- Musimy czym prędzej znaleźć magiczne drzwi do zegara i wrócić - zasugerował, jakby mówili o fascynującej przygodzie dla dzieci.
O takiej bajce dla małych czarodziejów i czarownic, w której ta kraina absurdu była szeroka i rozłożysta, ale dało się wyjść. Musieli znaleźć portal, ale nie ten, przez który się dostali. Najbardziej naturalne wydawały się drzwi do szafy albo drzwiczki w zegarze. Zazwyczaj tak było. Jeśli nie główne wejście, to najpewniej jakaś komoda lub zegar. A Ambroise w żadnym razie nie planował wracać do tamtej posiadłości.
Czasami mu się śniła. Wtedy czuł, że nie zamknęli tamtego rozdział i powinni wrócić. Czuł zapach kurzu i stęchlizny. Budził się na książkach przy biurku, gwałtownie podrywał się do góry i walił głową o niski skos. Stąd przyczepił tam płaską poduszkę na zaklęcie przylepca. Nie był szczęśliwy z tego, że w dodatku jego mniej powszechne książki wręcz mu sugerowały powrót. Jedyne co przydatnego w nich odnalazł (w kontekście ich problemu, bo były tam również inne pozycje) nawiązywało do odwiedzin przeklętego miejsca. Na tym się nie kończyło. Mówiło o znacznie mniej przyjemnych, paskudnych czynnościach. Nie bez powodu szukał dalej. Nie chciał tego proponować Geraldine. Samemu zbierał się w sobie, żeby spróbować zmierzyć się z myślą o powrocie do pałacyku. Z drugiej strony samotna wyprawa mogła się nie powieść. Powinni być tam razem. W składzie, w którym tam byli, kiedy doszło do wszystkiego.
A nie chciał jej mówić, że może powinni poszukać głębiej w tym kierunku. Nie chciał plamić palców kobiety. Nie znał jej podejścia do mrocznych sztuk, ale mało kto to traktował pobłażliwie. Nawet najbardziej wyluzowani ludzie zaczynali bardzo źle reagować, kiedy ktoś sugerował im użycie takich metod. Paradoksalnie część czarodziejów z Nokturnu też była wyłącznie mendami i brutalami bez zapędów do korzystania z czarnomagicznej wiedzy. Tam grało się pozorami. Było niewiele osób, które rzeczywiście mogły coś powiedzieć. I to nie dlatego, że reszta tak dobrze się kryła. Dowiedział się tego stosunkowo niedawno, kiedy potrzebował zdobyć kilka woluminów.
Dostał zakamuflowane ostrzeżenia. Odebrał wszystko w taki sposób, aby obie strony nie nawiązały fizycznej interakcji, ale dostał przestrogi. Uważał, że wszystkie pamięta i szanuje, i nie zrobi nic ponad to, czego potrzebował. Najlepiej w ogóle się do tego nie posunie, ale to było jego łatwe (tak) wyjście awaryjne w razie, gdyby nic nie znaleźli. W księgach na pewno coś się kryło. Jeszcze do tego nie dotarł, poznał mało treści, bo była obrzydliwa i odstręczająca. Miał do tego wrócić w świetle dnia, kiedy odprowadzi Geraldine do domu.
- Odnoszę wrażenie, że mówię ci o moich ciemnych stronach a ty sądzisz, że rozmawiamy o tym, że umiem się posunąć do wylania komuś kartonu mleka na głowę. O takiej dupkozie też rozmawiamy, ale ją pewnie poznasz - jeśli zostaniesz, tego innego stopnia bycia dupkiem nie chciał jej już pokazywać.
Z dwojga złego wybierał przekomarzanki. Mogli sobie od czasu do czasu skoczyć do gardeł. Mimo że już tego nie robili, Ambroise dobrze pamiętał jak było wcześniej. Nie chciał kompletnie wracać do tamtego stanu rzeczy. Odpowiadało mu to, że próbowali na nowo. W pewnym momencie podążyli w złą stronę, choć mieli bardzo dobre podstawy. Usiłował traktować zmiany jak szansę na nowy początek.
Byłoby łatwiej, gdyby mógł powiedzieć, że robili wszystko dobrowolnie w zgodzie ze sobą, ale czasami mówił sobie, że darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby. Próbował cofnąć skutki mentalnego miszmaszu a nie to, co zaczęło między nimi być.
- Zobaczymy jak szybko wymiękniesz - celowo ją podpuszczał poprzez sugestię, że nie dopuszczał możliwości, że to on uśnie pierwszy. - Nie mów hop. Jest dobrze, ale od jutra będzie upierdliwie. Nie mów, że cię przed tym nie ostrzegałem - uprzedził.
Znowu świadomie uciekał od głębszych tematów. Nie dopuszczał do przemyśleń, które mogłyby popsuć ten wieczór. Chciał, żeby jeszcze przez chwilę mieli złudzenie spokoju w samym środku cyklonu. Co jak co. Ambroise był pewien, że burza zaraz znowu zaatakuje. To była ta cisza przed nią. Poznał to już wcześniej w swoim życiu.
- Raczej nie licz, że to się stanie niedługo -a najpewniej wcale, bo jeśli o niego chodziło to pewnych wspomnień i spostrzeżeń wolał nie wywlekać na wierzch.
Jak już sobie ustalił: zaczynał robić się lepszy w chowaniu się w swojej skorupie. Nigdy nie był przesadnie skłonny do zwierzeń, ale wiele dało się z niego wyczytać. Miał krótki lont, potrafił szybko wybuchnąć i wyrzucić z siebie pokłady żrącego jadu. Jego twarz nie była jak otwarta księga, ale oczy często mówiły więcej niż Ambroise chciał.
- Zawsze musisz dotknąć ognia, żeby upewnić się, że jest gorący? - Spytał z przekorą, unosząc kącik ust, ale nie zapominał o tym, o czym mówili.
Ostrzegał ją przed zbyt pokomplikowaną zażyłością dla ich wspólnego dobra, ale bardziej dla niej.
Ponadto teraz musiał uczyć się operować reakcjami, których nigdy wcześniej nie okazywało jego ciało. Mierzył się z ukryciem myśli i emocji dotykających innej sfery - płaszczyzny różnej od tej zazwyczaj.
- Nigdy nie jest za późno - zaprzeczył, ale bez zdecydowania, wręcz jakby bez przekonania.
A przecież to było domeną ludzi. Odchodzili w różnych momentach. Zazwyczaj nie potrzebowali wiele, żeby zdecydować się zniknąć z życia niewygodnej osoby. Byli zwierzętami stadnymi, lecz nie mieli problemu, żeby to stado zmienić. Ci w życiu Ambroisa wymieniali się falowo. Jasne. Miał przyjaciół i współpracowników a także swoją rodzinę, o którą dbał i dla której zrobiłby wszystko. Bez wahania. Natomiast doświadczył także zniknięć ludzi ze swojego otoczenia. Czasami z uprzedzeniem a czasami bez. Bywało, że znał powód. Jeszcze częściej go nie znał, bo prawdopodobnie powinien się domyślić.
Nie chciał, żeby Geraldine była kolejną taką osobą. Podświadomie wolał ją uprzedzić, że nie łatwo być jego przyjacielem. Wolał nie myśleć o żadnym innym kontekście, nawet jeśli to się nasuwało samoistnie. Gdyby śmiał ostrzegać ją przed byciem czymś więcej musiałby dopuszczać do siebie znajomą prawdę. Jeżeli przyjaciół potrafił utrzymać w życiu to wszystkie jego związki spierdolił. Nie było tego wiele. Większość relacji kończyła się na romansie. Miał swoje standardy. To nie tak, że znalazł chuja na śmietniku, ale łatwo mu przychodziło być czarującym tylko na chwilę. Jeśli znałby mugolski świat baśni, pewnie mógłby być bardziej pojebaną wersją Kopciuszka. Bez szczęśliwego zakończenia. Za to z iluzją trwającą jedną noc. Nic więcej ponadto.
Nic dziwnego, że nie chciał tego dla tej kruchej znajomości. Mógł jej zaoferować przyjaźń i postarać się, żeby nie była to relacja smutna i pełna niedopowiedzeń. Czuł, że tych jest zbyt wiele. Musieli znaleźć wyjście z sytuacji. Może wtedy będą w stanie ograniczyć podszepty. Nie wiedzieć czemu, ale chciał się postarać tego nie spieprzyć. Mógł udowodnić im obojgu, że są w stanie być przyjaciółmi, jeżeli Geraldine chciała spróbować. To było niełatwe, ale nie niemożliwe.
W przeciwieństwie do tego, co atmosfera mu nasuwała na myśl (naprawdę mocno powstrzymał się przed cięższym oddechem, świdrował dachy wzrokiem i w którymś momencie spiął ciało) koleżeństwo i współpraca były najlepszymi opcjami. Musiały być wystarczające, jeśli nie przyjmowała ostrzeżenia.