26.09.2024, 12:50 ✶
Wina za to, kim się stał, leżała jedynie po stronie losu. Nie było kogo nią obarczyć: ani Millie, ani Aurory, ani jego samego. Wepchnięto go na tę drogę i nikt nie miał mocy go z niej wywieść, prócz śmierci. Tej samej śmierci, którą próbował sprowadzić na widmo z sąsiedniego pokoju kilka lat wcześniej, lecz nie podołał. Musiała nadejść sama.
Może i byli porzuconymi dziećmi bez przewodnika, lecz mogli iść do przodu. Nie musieli widzieć celu, wystarczyło brnąć dalej, codziennie wstawać i modlić się, że kształt nadziei pojawi się w końcu na wyjałowionej ścieżce. Rozpaczliwie uchwyceni przekonania, że ich jedynym zadaniem jest przetrwać, wyciągający swój los spomiędzy kart, ciągnięci nićmi fatum przez czas.
Wtulił się w nią, pozwolił swoim ubraniom i ciału nasiąkać nią. Zatonąć, zapaść się w mokrą podłogę, zostać w tym domu z nią w ramionach na zawsze, słuchać razem każdej nocy wycia widm. Poddać się temu kusiło słodką obietnicą odpoczynku.
A jednak przetrwają i tę noc, a o świcie wyjdą w poranne mgły, szukać wśród nich po omacku drogi. Nocne łzy mieszające się na twarzy z czarną wodą spłyną w trawy pod ich stopami, poślą przeszywający dreszcz wzdłuż kręgosłupa i przypomną, że nie mogą stać w miejscu, że trzeba iść dalej, gdziekolwiek, przed siebie, potykać się, czołgać, upadać. Dalej.
Przyciągnął ją mocniej do siebie; tak mocno, aby stłumić drżenie. Głaskał śliskie od wody włosy.
— Kocham cię. — I była w tym miłość lat spędzonych w Hogwarcie; tęsknota wszystkich rozłąk i powrotów; zaufanie, którego nigdy nie przyszło do głowy podważyć; bliskość, która złączyła ich na podłodze w kłębek rozpaczy drżący jednym rytmem.
Nie było tam jednak pocałunku z Czarnego Wesela.
Nie chciał jej go odbierać. Gotów był skłamać, aby dać jej wszelką miłość, jakiej pragnęła. Pokochać ją tym pocałunkiem, który wtedy podzielili; wręczyć jej pełnię. Ale nie było tego w nim: brakowało tego jednego jedynego elementu, sfabrykowanie go zaś zanieczyściłoby to uczucie i zgniło między nimi. Jeśli miała powstać rana, powinna być czysta.
— Kocham cię, nie ma siostry ani przyjaciółki, której serce byłoby mi bliższe.
Może i byli porzuconymi dziećmi bez przewodnika, lecz mogli iść do przodu. Nie musieli widzieć celu, wystarczyło brnąć dalej, codziennie wstawać i modlić się, że kształt nadziei pojawi się w końcu na wyjałowionej ścieżce. Rozpaczliwie uchwyceni przekonania, że ich jedynym zadaniem jest przetrwać, wyciągający swój los spomiędzy kart, ciągnięci nićmi fatum przez czas.
Wtulił się w nią, pozwolił swoim ubraniom i ciału nasiąkać nią. Zatonąć, zapaść się w mokrą podłogę, zostać w tym domu z nią w ramionach na zawsze, słuchać razem każdej nocy wycia widm. Poddać się temu kusiło słodką obietnicą odpoczynku.
A jednak przetrwają i tę noc, a o świcie wyjdą w poranne mgły, szukać wśród nich po omacku drogi. Nocne łzy mieszające się na twarzy z czarną wodą spłyną w trawy pod ich stopami, poślą przeszywający dreszcz wzdłuż kręgosłupa i przypomną, że nie mogą stać w miejscu, że trzeba iść dalej, gdziekolwiek, przed siebie, potykać się, czołgać, upadać. Dalej.
Przyciągnął ją mocniej do siebie; tak mocno, aby stłumić drżenie. Głaskał śliskie od wody włosy.
— Kocham cię. — I była w tym miłość lat spędzonych w Hogwarcie; tęsknota wszystkich rozłąk i powrotów; zaufanie, którego nigdy nie przyszło do głowy podważyć; bliskość, która złączyła ich na podłodze w kłębek rozpaczy drżący jednym rytmem.
Nie było tam jednak pocałunku z Czarnego Wesela.
Nie chciał jej go odbierać. Gotów był skłamać, aby dać jej wszelką miłość, jakiej pragnęła. Pokochać ją tym pocałunkiem, który wtedy podzielili; wręczyć jej pełnię. Ale nie było tego w nim: brakowało tego jednego jedynego elementu, sfabrykowanie go zaś zanieczyściłoby to uczucie i zgniło między nimi. Jeśli miała powstać rana, powinna być czysta.
— Kocham cię, nie ma siostry ani przyjaciółki, której serce byłoby mi bliższe.
źródło?
objawiono mi to we śnie
objawiono mi to we śnie