26.09.2024, 15:07 ✶
- To chyba wyjątek potwierdzający regułę - zasugerował.
To musiało być właśnie to. Ambroise wiedział, że w tym wypadku nie istnieje żadna inna opcja. To jedno musieli zrobić, żeby nie oszaleć. Należało naprostować to, co zepsuło się wtedy w pałacyku. Nie było innej możliwości. Potrzebował stanąć na własnych nogach bez wątpliwości, że należały do niego. Zakładał, że Geraldine również.
- Jasne, że nie - odparł miękko - gładko i z wyluzowanym rozbawieniem, po czym wzruszył ramionami. - Natomiast uważam, że chętnie mogłabyś coś takiego zobaczyć. Rozbawiłbym cię. Nie mam co do tego wątpliwości - skwitował.
Tak, był pewny, że podobny akt z jego strony wywołałby choćby słaby uśmiech na ustach Geraldine. Nie przypisywał sobie zbyt wiele, ale nie mogła mu odebrać rozrywki w postaci pomyślenia o podobnym scenariuszu. Zrobiłby na niej jakieś wrażenie. Pewnie niewielkie, ale by zrobił.
Mógł się tym zadowolić. Raczej nie miał zbyt wielu innych możliwości. Jak na ten moment oczywiście. Miał nadzieję, że kiedyś będą mieli okazję wypróbować to w realnym życiu. Nie jego prawdziwy mrok i brutalizm. Nie to. Miał na myśli to, czy mógłby jej czymś naprawdę zaimponować. Coś jak z dziewczynami w Hogwarcie. Może nawet równie głupio. Ale właśnie z nią. Kiedy już nie będą pogubieni i będzie wiedzieć, że przemawiają przez niego wyłącznie jego odczucia.
- Z zabrania cię do łóżka? - Uniósł brew świadomy wydźwięku słów. Dobór słów był celowy. Może nie powinien, ale za późno. Był jak najbardziej celowy. - Och, będę mieć satysfakcję z tego, że tam wylądujesz. Najpewniej sam cię tam przeniosę zanim zegar wybije drugą - śmiało założył, kiwnął głową w kierunku wspomnianego rzeźbionego drewnianego zegara, który ewidentnie był zatrzymany. - Szczególnie, że nie działa - zaczepnie parsknął pod nosem.
W gruncie rzeczy mógłby prowadzić z nią tę rozmowę przez cały wieczór. Ten ton mu odpowiadał. Niepotrzebnie dali się ponieść nostalgii, bo jeszcze kolejne kilka wypowiedzi wprawiło go wpierw w znacznie lepszy humor. Później to trochę spaprał.
- Jeszcze chwilę temu mówiłaś coś innego - niemalże wszedł jej w słowo a na dowód wyprostował nogę w stronę Geraldine.
Rana się zagoiła, nie była widoczna pod ubraniem, ale sugestia była jasna. Ponadto nie omieszkał otworzyć ust i wypowiedzieć na głos to, co jej właśnie insynuował.
- Postrzeliłaś mnie chwilę po tym, jak stwierdziłaś, że jestem upierdliwy, najgorszy - znów prychnął śmiechem.
Było w tym trochę goryczy, ale chyba poradzili sobie z wyrzutami sumienia po wypadku. Inne emocje szybko je przykryły.
- Jeśli to twoje przejawy cierpliwości to nie bądź dla mnie dłużej cierpliwa - zasugerował.
Nie chciał jej dopiec. To było jasne. To był element próby kontrolowania sytuacji między nimi. Zbyt łatwo byłoby mu pozwolić sobie na gesty i słowa, które nie byłyby w jego charakterze. Wystarczyło, że nie pilnował się przez chwilę i czuł jak zaczyna oddawać kontrolę komuś - czemuś innemu.
Nie mógł powiedzieć, że to nie chciało dobrze. Paradoksalnie jego niezamierzone odruchy nie były ani trochę toksyczne. Ta niepożądana siła w nim robiła coś niepojętego. Była bardziej delikatna i przyjazna od Greengrassa. Chciała lepiej dla niego i jego otoczenia. Ta pierdolona siła wręcz próbowała układać mu życie. To nie było miłe myśleć, że pozostałości po opętaniu mogłyby lepiej rozgrywać jego życie niż Ambroise sam sobie.
Między innymi stąd wzięło się jego mniemanie, że nie był zbyt dobrym człowiekiem. Kiedy rozsądniej byłoby oddać lejce od powodu zwanego inaczej swoim ciałem, sytuacja stawała się absurdalna i żenująca. Kiedy opętanie było lepsze i zdrowsze od świadomości i decyzji podejmowanych przez siebie. Coś mocno nie grało. Jeżeli zamotany i zaginiony stał się dla Geraldine bliższy niż kiedykolwiek, nic dziwnego, że czuł się z tym naprawdę kijowo. Miał wrażenie, że zaczęła go lubić tylko dlatego, że nie był w pełni sobą.
To rozpierdalało mu mózg.
- Mnie o to nie pytaj - krótko pokręcił głową, odwrócił wzrok, żeby nie widziała jak kiepsko przyjmuje jakiejkolwiek nawiązania do iluzji. - Czasami zastanawiam się czy nadal tam nie jesteśmy - powiedział cicho, prawie jak bezgłośny pomruk.
Nie wiedział czy miała go usłyszeć. Najpewniej nie. Może to i dobrze, bo wcale nie chciał tego poruszać. Nie dopuszczał jej do swojej głowy. Krył się tam zbyt duży burdel. Wbrew temu, o czym mówili Ambroise nie był taki pewien, że chciałaby się z nim zadawać, gdyby wiedziała wszystko. Oczywiście. Zauważył, że w pewnym kwestiach byli siebie warci, ale wciąż siedziało mu w głowie to, o czym pomyślał. Wielokrotnie o tym myślał.
Nie lubiła go zanim nie zaczął mieć mentalnych problemów z określeniem, co było prawdziwe.
Jasne. Początki ich relacji sugerowały inaczej, ale nawet wtedy nie było między nimi tak dobrze. Miewali spiny. Przerzucali się docinkami. Teraz był dla niej zdecydowanie czulszy i łagodniejszy a ona chyba polubiła tę część jego charakteru. Czarowną, zabawną, żartującą, ciepłą. Obawiał się, że polubiła kłamstwo. A on tylko chciał wrócić do swojego prawdziwego Ja. Co, jeśli miał stracić tę iskrę, skoro od początku nie należała do niego? Nie potrafił udawać kogoś, kim nie był. To na dłuższą metę było niemożliwe.
Czuł się z tym obrzydliwie. Zwłaszcza, kiedy stali razem na balkonie i wystarczyłby jeden gest, żeby tak naprawdę jeszcze bardziej skomplikować (a może rozplątać? to było równie prawdopodobne?) sytuację między nimi. Jeszcze nigdy wcześniej to nie było tak na wyciągnięcie ręki.
Ambroise nic nie zrobił.
Nie drgnął jeszcze przez kilka minut po tym jak Geraldine wróciła do mieszkania. Wypalił jeszcze dwa papierosy, choć nie było potrzeby. Potem cofnął się do wnętrza, zamykając za sobą drzwi.
- Pokazać ci z czym chcesz się zmierzyć? - Spytał zaskoczony naturalnością brzmienia swojego głosu.
Mówił gładko. Jakby słyszał kogoś innego, ale te usta opuszczały jego usta.
To musiało być właśnie to. Ambroise wiedział, że w tym wypadku nie istnieje żadna inna opcja. To jedno musieli zrobić, żeby nie oszaleć. Należało naprostować to, co zepsuło się wtedy w pałacyku. Nie było innej możliwości. Potrzebował stanąć na własnych nogach bez wątpliwości, że należały do niego. Zakładał, że Geraldine również.
- Jasne, że nie - odparł miękko - gładko i z wyluzowanym rozbawieniem, po czym wzruszył ramionami. - Natomiast uważam, że chętnie mogłabyś coś takiego zobaczyć. Rozbawiłbym cię. Nie mam co do tego wątpliwości - skwitował.
Tak, był pewny, że podobny akt z jego strony wywołałby choćby słaby uśmiech na ustach Geraldine. Nie przypisywał sobie zbyt wiele, ale nie mogła mu odebrać rozrywki w postaci pomyślenia o podobnym scenariuszu. Zrobiłby na niej jakieś wrażenie. Pewnie niewielkie, ale by zrobił.
Mógł się tym zadowolić. Raczej nie miał zbyt wielu innych możliwości. Jak na ten moment oczywiście. Miał nadzieję, że kiedyś będą mieli okazję wypróbować to w realnym życiu. Nie jego prawdziwy mrok i brutalizm. Nie to. Miał na myśli to, czy mógłby jej czymś naprawdę zaimponować. Coś jak z dziewczynami w Hogwarcie. Może nawet równie głupio. Ale właśnie z nią. Kiedy już nie będą pogubieni i będzie wiedzieć, że przemawiają przez niego wyłącznie jego odczucia.
- Z zabrania cię do łóżka? - Uniósł brew świadomy wydźwięku słów. Dobór słów był celowy. Może nie powinien, ale za późno. Był jak najbardziej celowy. - Och, będę mieć satysfakcję z tego, że tam wylądujesz. Najpewniej sam cię tam przeniosę zanim zegar wybije drugą - śmiało założył, kiwnął głową w kierunku wspomnianego rzeźbionego drewnianego zegara, który ewidentnie był zatrzymany. - Szczególnie, że nie działa - zaczepnie parsknął pod nosem.
W gruncie rzeczy mógłby prowadzić z nią tę rozmowę przez cały wieczór. Ten ton mu odpowiadał. Niepotrzebnie dali się ponieść nostalgii, bo jeszcze kolejne kilka wypowiedzi wprawiło go wpierw w znacznie lepszy humor. Później to trochę spaprał.
- Jeszcze chwilę temu mówiłaś coś innego - niemalże wszedł jej w słowo a na dowód wyprostował nogę w stronę Geraldine.
Rana się zagoiła, nie była widoczna pod ubraniem, ale sugestia była jasna. Ponadto nie omieszkał otworzyć ust i wypowiedzieć na głos to, co jej właśnie insynuował.
- Postrzeliłaś mnie chwilę po tym, jak stwierdziłaś, że jestem upierdliwy, najgorszy - znów prychnął śmiechem.
Było w tym trochę goryczy, ale chyba poradzili sobie z wyrzutami sumienia po wypadku. Inne emocje szybko je przykryły.
- Jeśli to twoje przejawy cierpliwości to nie bądź dla mnie dłużej cierpliwa - zasugerował.
Nie chciał jej dopiec. To było jasne. To był element próby kontrolowania sytuacji między nimi. Zbyt łatwo byłoby mu pozwolić sobie na gesty i słowa, które nie byłyby w jego charakterze. Wystarczyło, że nie pilnował się przez chwilę i czuł jak zaczyna oddawać kontrolę komuś - czemuś innemu.
Nie mógł powiedzieć, że to nie chciało dobrze. Paradoksalnie jego niezamierzone odruchy nie były ani trochę toksyczne. Ta niepożądana siła w nim robiła coś niepojętego. Była bardziej delikatna i przyjazna od Greengrassa. Chciała lepiej dla niego i jego otoczenia. Ta pierdolona siła wręcz próbowała układać mu życie. To nie było miłe myśleć, że pozostałości po opętaniu mogłyby lepiej rozgrywać jego życie niż Ambroise sam sobie.
Między innymi stąd wzięło się jego mniemanie, że nie był zbyt dobrym człowiekiem. Kiedy rozsądniej byłoby oddać lejce od powodu zwanego inaczej swoim ciałem, sytuacja stawała się absurdalna i żenująca. Kiedy opętanie było lepsze i zdrowsze od świadomości i decyzji podejmowanych przez siebie. Coś mocno nie grało. Jeżeli zamotany i zaginiony stał się dla Geraldine bliższy niż kiedykolwiek, nic dziwnego, że czuł się z tym naprawdę kijowo. Miał wrażenie, że zaczęła go lubić tylko dlatego, że nie był w pełni sobą.
To rozpierdalało mu mózg.
- Mnie o to nie pytaj - krótko pokręcił głową, odwrócił wzrok, żeby nie widziała jak kiepsko przyjmuje jakiejkolwiek nawiązania do iluzji. - Czasami zastanawiam się czy nadal tam nie jesteśmy - powiedział cicho, prawie jak bezgłośny pomruk.
Nie wiedział czy miała go usłyszeć. Najpewniej nie. Może to i dobrze, bo wcale nie chciał tego poruszać. Nie dopuszczał jej do swojej głowy. Krył się tam zbyt duży burdel. Wbrew temu, o czym mówili Ambroise nie był taki pewien, że chciałaby się z nim zadawać, gdyby wiedziała wszystko. Oczywiście. Zauważył, że w pewnym kwestiach byli siebie warci, ale wciąż siedziało mu w głowie to, o czym pomyślał. Wielokrotnie o tym myślał.
Nie lubiła go zanim nie zaczął mieć mentalnych problemów z określeniem, co było prawdziwe.
Jasne. Początki ich relacji sugerowały inaczej, ale nawet wtedy nie było między nimi tak dobrze. Miewali spiny. Przerzucali się docinkami. Teraz był dla niej zdecydowanie czulszy i łagodniejszy a ona chyba polubiła tę część jego charakteru. Czarowną, zabawną, żartującą, ciepłą. Obawiał się, że polubiła kłamstwo. A on tylko chciał wrócić do swojego prawdziwego Ja. Co, jeśli miał stracić tę iskrę, skoro od początku nie należała do niego? Nie potrafił udawać kogoś, kim nie był. To na dłuższą metę było niemożliwe.
Czuł się z tym obrzydliwie. Zwłaszcza, kiedy stali razem na balkonie i wystarczyłby jeden gest, żeby tak naprawdę jeszcze bardziej skomplikować (a może rozplątać? to było równie prawdopodobne?) sytuację między nimi. Jeszcze nigdy wcześniej to nie było tak na wyciągnięcie ręki.
Ambroise nic nie zrobił.
Nie drgnął jeszcze przez kilka minut po tym jak Geraldine wróciła do mieszkania. Wypalił jeszcze dwa papierosy, choć nie było potrzeby. Potem cofnął się do wnętrza, zamykając za sobą drzwi.
- Pokazać ci z czym chcesz się zmierzyć? - Spytał zaskoczony naturalnością brzmienia swojego głosu.
Mówił gładko. Jakby słyszał kogoś innego, ale te usta opuszczały jego usta.