26.09.2024, 18:55 ✶
- Może nie powinienem ci tego mówić, żebyś nie czuła się zbyt pewnie, ale nie podnoszę ręki na kobiety. Masz tę przewagę - zapewnił zgodnie z faktycznym stanem rzeczy.
Macocha wytargałaby go za uszy, gdyby spróbował zrobić coś takiego. Wpoiła mu jasne, niepodważalne zasady. Jedne z nielicznych, które respektował - warto dodać. Nie korzystał z przewagi fizycznej, jaką mógłby mieć w konfrontacji z płcią przeciwną.
Nie wątpił, że gdyby musiał walczyć z Geraldine byliby na podobnym poziomie. Ona była zwinna i giętka jak łowczyni. On mimo choroby miał siłę tura leśnego, bo starał się dbać o sprawność fizyczną. Dużo to od niego wymagało, ale mógł się pochwalić większą wytrzymałością od niejednego całkowicie zdrowego człowieka (głównie przez to jak był uparty).
Nie miał trudności ze słownymi potyczkami. Oboje udowodnili w przeszłości, że nie mają z tym najmniejszego problemu. Był w stanie być tak samo okrutny w stosunku do kobiety, mężczyzny czy dziecka. Nie często wybierał prawdziwą paskudność. Zazwyczaj ograniczał się do inwektyw i pyskówek.
Fizycznie? Nie planował o tym myśleć (a najprawdopodobniej to doprowadziło do dalszych wypowiedzianych dwuznaczności) ale dałby jej co najwyżej klapsa w pośladek w sypialni. Nie był takim brutalem. Ostrzegał ją przed swoim trudnym charakterem. Nie przed pięściami, bo tych używał na równych sobie. Jeśli miałby jej wylać mleko na głowę niczym dzieciuch w Hogwarcie to raczej prosto z butelki, ale nie z butelką.
Tak czy siak teraz grała mu na emocjach bardziej niż by to dopuszczał, ale to on zaczął tę grę. Nie był do końca pewien jak powinien postępować. Tak właściwie to jeszcze nigdy nie czuł, że porusza się po grząskim gruncie albo karty na jego ręce są tak słabe, że jedyną opcją był blef.
- Wiesz, co mówią - zasugerował z czarującym uśmiechem. Blef po raz pierwszy. Mówili, ale to nie było zupełną prawdą. - Rozmawialiśmy o tym kiedyś - mógłby na tym zakończyć, żeby sama przypomniała sobie sytuację i znalazła odpowiedź. - Profesjonalnie zaciągam do łóżka - no przecież był uzdrowicielem.
Parsknął cicho, wzruszył ramionami. Akceptował to, że znowu trochę przesadził, ale powietrze było ciężkie od dymu i podtekstów.
- Jasne. Tak. Tylko pamiętaj, że do tej pory nie widziałem, żebyś celnie strzelała - uprzedził ją.
Jak dotąd było raczej odwrotnie do tego, co mówiła. Nie trafiła do celu. No, chyba że celem była jego noga. A to ustalili za nieprawdę.
- Testujesz mnie, Łowcza? - Potrzebował się upewnić, bo jej słowa brzmiały mocno jak zaczepka.
Jeżeli rzucała mu rękawicę to jak najbardziej mógł ją podnieść. Już sobie wzajemnie udowodnili i to parokrotnie, że nie mieli najmniejszych obiekcji wobec bycia swoimi najbardziej irytującymi, czepliwymi rozmówcami. Gdyby Ambroise się nad tym zastanowił to najpewniej doszedłby do wniosku, że nikt nie dawał mu aż takiego lustra. Być może miał młodszą siostrę, która była jego małym charakterologicznym klonem. Nie wyszli z tej samej matki, ale podobieństwo było niepodważalne.
Natomiast nigdy wcześniej nie spotkał kogoś, kto poruszałby w nim te konkretne struny i dawał mu jego własne odbicie w taki sposób, że Ambroise tracił grunt pod nogami. Zbijała go z tropu. Teraz niemal z tym nie walczył, ale to nie było w jego stylu. Gdyby miał pełną władzę nad swoimi reakcjami i odczuciami najpewniej znów by się żarli.
Cichutki głosik w głowie, który odezwał się ponownie podczas ich wspólnego pobytu na balkonie wspominał też o tej drugiej możliwości. A skoro dawała mu lustro to czyż to nie byłoby najbardziej narcystyczną rzeczą, jaką mogliby zrobić?
- Nawet mogę ci powiedzieć, którą - oczywiście pił do postrzału.
Jeśliby miał powiedzieć, skąd brała się część jego dolegliwości to stamtąd. Nie mówił Geraldine o fantomowym bólu. Nie chciał, żeby próbowała to też analizować. Był niemal przekonany, że dolegliwość zniknie jak tylko uda im się zdjąć z siebie tę przeklętą klątwę.
Tak. Zgadza się. Nadal twierdził, że to klątwa. O ile łatwiej było tak uważać to tylko on wiedział. Przecież nie siedział w głowie Geraldine. Czasami chciałby poznać jej myśli. Być może byłoby im wtedy łatwiej. Mógłby czuć się przy niej swobodniej (a może nie?) być może bardziej jak on. Mniej jak swój upiór.
Kiedy nachodziły go podstępne myśli, zwykł poświęcać krótką chwilę na to, że być może takie porozumienie przyniosłoby im upragnioną ulgę. Gdyby wiedział, o czym myślała mógłby wiedzieć, jak powinien się zachowywać. Co mógł zrobić. Do czego mógłby się posunąć. Czego tak naprawdę od niego chciała.
Czy miał być jej tymczasowym towarzyszem niedoli, współpracownikiem od czasu do czasu, kompanem w zleceniach, znajomym, przyjacielem? Czy może chodziło o coś, co wystarczyłoby rozwiązać jednym gestem zanim odeszła z balkonu? Czuł na sobie jej spojrzenie. Paliło go, ale może to sobie wyobrażał. Nadinterpretacja nie była mu obca.
Dlatego milczał, bo nie wiedział, co powinien robić. W takim przypadku wybierał nie robienie niczego, bo to nic nie mogło zepsuć. Nie zaoferował jej knuta za myśli. Nie zażartował, że chciałby je poznać.
Wrócił do pomieszczenia, żeby zadać Geraldine neutralne pytanie. Oczekiwał takiej odpowiedzi, toteż pokiwał głową.
Bez słowa wyciągnął rękę w kierunku jednej ze stert książek. Cała była poświęcona właśnie temu: nowemu zajęciu Geraldine. Ambroise nie musiał wiele myśleć o tym, co jej przynieść na pierwszy ogień. Bez namysłu wybrał trzy różne książki i plik odręcznie sporządzonych notatek, po czym wyprostował się.
- Ostrzegałem - przypomniał, kładąc i przesuwając książki po stoliku między biurkiem a krzesłem.
Przy okazji zrzucił na podłogę wszystko, co tam wcześniej leżało. Nie przejmował się takimi durnotami. Miejsce tamtych śmieci i tak było na ziemi, może w koszu, ale go znowu zapełnił.
- Nie wiem czy notatki ci się przydadzą - uściślił odnośnie najbardziej chaotycznego pliku kartek zapisanych zamaszystym pismem.
Nie trudno było po nim zidentyfikować piszącego jako lekarza. Ponadto miewał problemy z drętwiejącymi palcami i choć przyjmował swoje eliksiry to w niektórych miejscach pismo Ambroisa było jeszcze trudniejsze do odczytania. Nie mówił jej o tym. Nie zwykł opowiadać o swoich dolegliwościach, bo nie był ofiarą ani nie potrzebował litości.
Mimo to prawdopodobnie łatwiej miało pójść zrobienie własnych świeżych notatek na podstawie jednej księgi i dwóch słowników. W razie czego już widziała, skąd je wziął. Miał tam tego więcej. Zupełnie, jakby obrobił bibliotekę narodową. Całe szczęście nie musiał się do tego posunąć.
Macocha wytargałaby go za uszy, gdyby spróbował zrobić coś takiego. Wpoiła mu jasne, niepodważalne zasady. Jedne z nielicznych, które respektował - warto dodać. Nie korzystał z przewagi fizycznej, jaką mógłby mieć w konfrontacji z płcią przeciwną.
Nie wątpił, że gdyby musiał walczyć z Geraldine byliby na podobnym poziomie. Ona była zwinna i giętka jak łowczyni. On mimo choroby miał siłę tura leśnego, bo starał się dbać o sprawność fizyczną. Dużo to od niego wymagało, ale mógł się pochwalić większą wytrzymałością od niejednego całkowicie zdrowego człowieka (głównie przez to jak był uparty).
Nie miał trudności ze słownymi potyczkami. Oboje udowodnili w przeszłości, że nie mają z tym najmniejszego problemu. Był w stanie być tak samo okrutny w stosunku do kobiety, mężczyzny czy dziecka. Nie często wybierał prawdziwą paskudność. Zazwyczaj ograniczał się do inwektyw i pyskówek.
Fizycznie? Nie planował o tym myśleć (a najprawdopodobniej to doprowadziło do dalszych wypowiedzianych dwuznaczności) ale dałby jej co najwyżej klapsa w pośladek w sypialni. Nie był takim brutalem. Ostrzegał ją przed swoim trudnym charakterem. Nie przed pięściami, bo tych używał na równych sobie. Jeśli miałby jej wylać mleko na głowę niczym dzieciuch w Hogwarcie to raczej prosto z butelki, ale nie z butelką.
Tak czy siak teraz grała mu na emocjach bardziej niż by to dopuszczał, ale to on zaczął tę grę. Nie był do końca pewien jak powinien postępować. Tak właściwie to jeszcze nigdy nie czuł, że porusza się po grząskim gruncie albo karty na jego ręce są tak słabe, że jedyną opcją był blef.
- Wiesz, co mówią - zasugerował z czarującym uśmiechem. Blef po raz pierwszy. Mówili, ale to nie było zupełną prawdą. - Rozmawialiśmy o tym kiedyś - mógłby na tym zakończyć, żeby sama przypomniała sobie sytuację i znalazła odpowiedź. - Profesjonalnie zaciągam do łóżka - no przecież był uzdrowicielem.
Parsknął cicho, wzruszył ramionami. Akceptował to, że znowu trochę przesadził, ale powietrze było ciężkie od dymu i podtekstów.
- Jasne. Tak. Tylko pamiętaj, że do tej pory nie widziałem, żebyś celnie strzelała - uprzedził ją.
Jak dotąd było raczej odwrotnie do tego, co mówiła. Nie trafiła do celu. No, chyba że celem była jego noga. A to ustalili za nieprawdę.
- Testujesz mnie, Łowcza? - Potrzebował się upewnić, bo jej słowa brzmiały mocno jak zaczepka.
Jeżeli rzucała mu rękawicę to jak najbardziej mógł ją podnieść. Już sobie wzajemnie udowodnili i to parokrotnie, że nie mieli najmniejszych obiekcji wobec bycia swoimi najbardziej irytującymi, czepliwymi rozmówcami. Gdyby Ambroise się nad tym zastanowił to najpewniej doszedłby do wniosku, że nikt nie dawał mu aż takiego lustra. Być może miał młodszą siostrę, która była jego małym charakterologicznym klonem. Nie wyszli z tej samej matki, ale podobieństwo było niepodważalne.
Natomiast nigdy wcześniej nie spotkał kogoś, kto poruszałby w nim te konkretne struny i dawał mu jego własne odbicie w taki sposób, że Ambroise tracił grunt pod nogami. Zbijała go z tropu. Teraz niemal z tym nie walczył, ale to nie było w jego stylu. Gdyby miał pełną władzę nad swoimi reakcjami i odczuciami najpewniej znów by się żarli.
Cichutki głosik w głowie, który odezwał się ponownie podczas ich wspólnego pobytu na balkonie wspominał też o tej drugiej możliwości. A skoro dawała mu lustro to czyż to nie byłoby najbardziej narcystyczną rzeczą, jaką mogliby zrobić?
- Nawet mogę ci powiedzieć, którą - oczywiście pił do postrzału.
Jeśliby miał powiedzieć, skąd brała się część jego dolegliwości to stamtąd. Nie mówił Geraldine o fantomowym bólu. Nie chciał, żeby próbowała to też analizować. Był niemal przekonany, że dolegliwość zniknie jak tylko uda im się zdjąć z siebie tę przeklętą klątwę.
Tak. Zgadza się. Nadal twierdził, że to klątwa. O ile łatwiej było tak uważać to tylko on wiedział. Przecież nie siedział w głowie Geraldine. Czasami chciałby poznać jej myśli. Być może byłoby im wtedy łatwiej. Mógłby czuć się przy niej swobodniej (a może nie?) być może bardziej jak on. Mniej jak swój upiór.
Kiedy nachodziły go podstępne myśli, zwykł poświęcać krótką chwilę na to, że być może takie porozumienie przyniosłoby im upragnioną ulgę. Gdyby wiedział, o czym myślała mógłby wiedzieć, jak powinien się zachowywać. Co mógł zrobić. Do czego mógłby się posunąć. Czego tak naprawdę od niego chciała.
Czy miał być jej tymczasowym towarzyszem niedoli, współpracownikiem od czasu do czasu, kompanem w zleceniach, znajomym, przyjacielem? Czy może chodziło o coś, co wystarczyłoby rozwiązać jednym gestem zanim odeszła z balkonu? Czuł na sobie jej spojrzenie. Paliło go, ale może to sobie wyobrażał. Nadinterpretacja nie była mu obca.
Dlatego milczał, bo nie wiedział, co powinien robić. W takim przypadku wybierał nie robienie niczego, bo to nic nie mogło zepsuć. Nie zaoferował jej knuta za myśli. Nie zażartował, że chciałby je poznać.
Wrócił do pomieszczenia, żeby zadać Geraldine neutralne pytanie. Oczekiwał takiej odpowiedzi, toteż pokiwał głową.
Bez słowa wyciągnął rękę w kierunku jednej ze stert książek. Cała była poświęcona właśnie temu: nowemu zajęciu Geraldine. Ambroise nie musiał wiele myśleć o tym, co jej przynieść na pierwszy ogień. Bez namysłu wybrał trzy różne książki i plik odręcznie sporządzonych notatek, po czym wyprostował się.
- Ostrzegałem - przypomniał, kładąc i przesuwając książki po stoliku między biurkiem a krzesłem.
Przy okazji zrzucił na podłogę wszystko, co tam wcześniej leżało. Nie przejmował się takimi durnotami. Miejsce tamtych śmieci i tak było na ziemi, może w koszu, ale go znowu zapełnił.
- Nie wiem czy notatki ci się przydadzą - uściślił odnośnie najbardziej chaotycznego pliku kartek zapisanych zamaszystym pismem.
Nie trudno było po nim zidentyfikować piszącego jako lekarza. Ponadto miewał problemy z drętwiejącymi palcami i choć przyjmował swoje eliksiry to w niektórych miejscach pismo Ambroisa było jeszcze trudniejsze do odczytania. Nie mówił jej o tym. Nie zwykł opowiadać o swoich dolegliwościach, bo nie był ofiarą ani nie potrzebował litości.
Mimo to prawdopodobnie łatwiej miało pójść zrobienie własnych świeżych notatek na podstawie jednej księgi i dwóch słowników. W razie czego już widziała, skąd je wziął. Miał tam tego więcej. Zupełnie, jakby obrobił bibliotekę narodową. Całe szczęście nie musiał się do tego posunąć.