26.09.2024, 19:26 ✶
Tym razem już jej nie przerywał. Nie był przystępny. Nie wyciągnął ręki, żeby ją pocieszyć. Nie poklepał siostry po ramieniu ani nie obdarzył jej uśmiechem, który rozluźniłby napiętą atmosferę. Ambroise w tym momencie w dupie miał to, że zachowuje się jak ostatni dupek. Potrzebował usłyszeć od niej historię, więc siedział i słuchał. Z uniesionymi brwiami I szczękościskiem, ale bez swoich uwag.
Roo się wpierdoliła, ale była dorosłą dziewczynką. Kobietą. Oczekiwał od niej konkretów. Tylko tak mógł spróbować ją zrozumieć. Nigdy nie obiecywał, że podejdzie do tego luźno i przyjemnie.
- Jak zamierzasz to rozwiązać? - Spytał twardo, ciężko i biorąc głęboki wdech.
Nie zauważył, kiedy podano im zamówione napoje. Nie zaczął także obiecywać, że zaraz wpadną razem na najlepsze możliwe rozwiązanie. Miał być przy niej. Wiedziała to, ale potrzebował usłyszeć z jej ust to, w jaki sposób ona planowała to rozwiązać. Bowiem on widział kilka możliwości. Nie podobało mu się, że drżała w jego obecności, była nerwowa ani czuła potrzebę bronienia się przed atakiem. Jasne. Sam to wywołał, ale miał ku temu swoje powody. Musiał dać jej odczuć powagę sytuacji. Próbował być w tym stanowczy.
- Wiesz, że to poważne oskarżenia - uprzedził ją zaciskając wargi w wąską kreskę. - Jeśli czujesz, że to mógł nie być wyłącznie alkohol to należy to sprawdzić - co prawda jeszcze nie wiedział, w jaki sposób, ale jako uzdrowiciel z konkretnego oddziału brał takie sprawy na poważnie.
Poza tym to nie był byle podtruty pacjent. To była jego siostra, której słów uważnie słuchał i brał pod uwagę wszystko, co mu mówiła. Miał ugruntowany stosunek do pojęcia rodziny. Wszystkich, których do niej zaliczał był w stanie osłaniać własną piersią, nawet jeśli niebezpieczeństwo było wynikiem ich durnego postępowania. To działało szczególnie w przypadku Rosie. Niemal nikogo innego nie obdarzał tak wyraźną troską, choć nie miał w zwyczaju o tym mówić.
To dlatego był na nią zły. Nie przez to, że go zawiodła. Nie przez to, że zrobiła coś tak absurdalnego. Nawet nie przez to, że obawiała się z nim rozmawiać i próbowała go ugłaskać listownie zanim się spotkają (swoją drogą całkiem słusznie). Najbardziej drażniło go to, że zadawała się z ludźmi, których uważał w najlepszym przypadku za złe towarzystwo.
Tak. Był hipokrytą. Sam robił dużo gorsze rzeczy w gronie dużo gorszych ludzi. Leczył mendy społeczne. Pomagał bandytom. Kupował rośliny na czarnym rynku. Prowadził nielegalne interesy i hodowle. Poznał kręte ścieżki Nokturnu i podziemi. Merlin był mu świadkiem, że kogoś zabił. Z litości, żeby przynieść umierającemu ulgę, ale tak - był mordercą. Jednokrotnym, choć liczne burdy kilka razy uczyniły z niego kandydata do wbicia kolejnego poziomu. Miał swoje sekrety i tajemnice, którymi nie dzielił się nawet z kimś, kto był dla niego najważniejszy.
W tym momencie nie miał nikogo bliższego. Dlatego był tak wściekły. Znał Borginów, choć z tym konkretnym nie miał wcześniej związku. Ledwo potrafił powiązać twarz z nazwiskiem. Natomiast nie żartował, kiedy pochopnie, jadowicie poinformował ją, że miał wcześniej bliskie kontakty z tamtą rodziną.
Kiedyś dawno temu i niemal w zupełnie innym życiu był blisko z kobietą, której matka była Borginówną. Chcąc nie chcąc widział część tamtych genów. Z jego niedoszłą wybranką (niemalże panią Greengrass, choć tylko on o tym wiedział) łączyło go dużo gówna. Jeszcze więcej bólu. Odkąd to ukrócił, bo próbował być tą Większą Osobą w jego duszy ziała pustka. Wypełniał ją kobietami, z którymi nie planował układać przyszłości. Nawet Roo to przecież zauważała.
Nie chciał dla niej czegoś podobnego. Zrządzenie losu lub nie. Ambroise nie chciał, żeby miała cokolwiek wspólnego z tamtymi ludźmi. Z którejkolwiek odnogi pochodzili i jakiekolwiek były ich historie. Greengrassów i Borginów łączyły już jedne nieudane zaręczyny. Może Rosie nie była tego świadoma, ale Ambroise próbował ją ustrzec przed błędami. Kochał tę małą łajzę. Nie miała cierpieć przez żadnego Borgina.
Roo się wpierdoliła, ale była dorosłą dziewczynką. Kobietą. Oczekiwał od niej konkretów. Tylko tak mógł spróbować ją zrozumieć. Nigdy nie obiecywał, że podejdzie do tego luźno i przyjemnie.
- Jak zamierzasz to rozwiązać? - Spytał twardo, ciężko i biorąc głęboki wdech.
Nie zauważył, kiedy podano im zamówione napoje. Nie zaczął także obiecywać, że zaraz wpadną razem na najlepsze możliwe rozwiązanie. Miał być przy niej. Wiedziała to, ale potrzebował usłyszeć z jej ust to, w jaki sposób ona planowała to rozwiązać. Bowiem on widział kilka możliwości. Nie podobało mu się, że drżała w jego obecności, była nerwowa ani czuła potrzebę bronienia się przed atakiem. Jasne. Sam to wywołał, ale miał ku temu swoje powody. Musiał dać jej odczuć powagę sytuacji. Próbował być w tym stanowczy.
- Wiesz, że to poważne oskarżenia - uprzedził ją zaciskając wargi w wąską kreskę. - Jeśli czujesz, że to mógł nie być wyłącznie alkohol to należy to sprawdzić - co prawda jeszcze nie wiedział, w jaki sposób, ale jako uzdrowiciel z konkretnego oddziału brał takie sprawy na poważnie.
Poza tym to nie był byle podtruty pacjent. To była jego siostra, której słów uważnie słuchał i brał pod uwagę wszystko, co mu mówiła. Miał ugruntowany stosunek do pojęcia rodziny. Wszystkich, których do niej zaliczał był w stanie osłaniać własną piersią, nawet jeśli niebezpieczeństwo było wynikiem ich durnego postępowania. To działało szczególnie w przypadku Rosie. Niemal nikogo innego nie obdarzał tak wyraźną troską, choć nie miał w zwyczaju o tym mówić.
To dlatego był na nią zły. Nie przez to, że go zawiodła. Nie przez to, że zrobiła coś tak absurdalnego. Nawet nie przez to, że obawiała się z nim rozmawiać i próbowała go ugłaskać listownie zanim się spotkają (swoją drogą całkiem słusznie). Najbardziej drażniło go to, że zadawała się z ludźmi, których uważał w najlepszym przypadku za złe towarzystwo.
Tak. Był hipokrytą. Sam robił dużo gorsze rzeczy w gronie dużo gorszych ludzi. Leczył mendy społeczne. Pomagał bandytom. Kupował rośliny na czarnym rynku. Prowadził nielegalne interesy i hodowle. Poznał kręte ścieżki Nokturnu i podziemi. Merlin był mu świadkiem, że kogoś zabił. Z litości, żeby przynieść umierającemu ulgę, ale tak - był mordercą. Jednokrotnym, choć liczne burdy kilka razy uczyniły z niego kandydata do wbicia kolejnego poziomu. Miał swoje sekrety i tajemnice, którymi nie dzielił się nawet z kimś, kto był dla niego najważniejszy.
W tym momencie nie miał nikogo bliższego. Dlatego był tak wściekły. Znał Borginów, choć z tym konkretnym nie miał wcześniej związku. Ledwo potrafił powiązać twarz z nazwiskiem. Natomiast nie żartował, kiedy pochopnie, jadowicie poinformował ją, że miał wcześniej bliskie kontakty z tamtą rodziną.
Kiedyś dawno temu i niemal w zupełnie innym życiu był blisko z kobietą, której matka była Borginówną. Chcąc nie chcąc widział część tamtych genów. Z jego niedoszłą wybranką (niemalże panią Greengrass, choć tylko on o tym wiedział) łączyło go dużo gówna. Jeszcze więcej bólu. Odkąd to ukrócił, bo próbował być tą Większą Osobą w jego duszy ziała pustka. Wypełniał ją kobietami, z którymi nie planował układać przyszłości. Nawet Roo to przecież zauważała.
Nie chciał dla niej czegoś podobnego. Zrządzenie losu lub nie. Ambroise nie chciał, żeby miała cokolwiek wspólnego z tamtymi ludźmi. Z którejkolwiek odnogi pochodzili i jakiekolwiek były ich historie. Greengrassów i Borginów łączyły już jedne nieudane zaręczyny. Może Rosie nie była tego świadoma, ale Ambroise próbował ją ustrzec przed błędami. Kochał tę małą łajzę. Nie miała cierpieć przez żadnego Borgina.