26.09.2024, 21:08 ✶
Wzruszył ramionami. Sądził, że to dosyć jasne i zrozumiałe. Nie był z takiej rodziny, w której załatwiało się trudności małżeńskie przy pomocy pięści. Może miał rodzeństwo, ale na tyle młodsze, że też nie bili się na serio. Wyłącznie ograniczali się do okazjonalnych kuksańców i przyjacielskich szturchnięć. Co innego Mulciberowie. Oni bywali szurnięci, ale w gruncie rzeczy już ją poinformował o tym elemencie swojego charakteru. Był niemal całkowicie szczery odnośnie tej strony, którą też w sobie miał. Mimo to było w nim zdecydowanie więcej z Greengrassa.
- Zapewniam cię, moja droga, że jestem mocny nie tylko w gębie. Choć nie wiem czy chciałbyś się o tym przekonać - skwitował z uniesionym kącikiem ust.
Znów pił do kilku rzeczy na raz. Nie mógł nic poradzić, że podobało mu się w jakim kierunku szła ich rozmowa. Czerpał taką malutką satysfakcję z niejasności i niedopowiedzeń. Tylko nie wiedział czy swoją. To psuło mu znaczną część zabawy. Zresztą tak jak to, że cokolwiek mówili nie mieli posunąć się dalej. Za słowami nie miały iść zdrożne czyny. Miał taką pewność, bo tak wyglądały niemal całe dwa ostatnie tygodnie. Zawsze zatrzymywali się gdzieś na linii. Niewidocznej, ale zrozumiałej.
- Upłynie dużo wody zanim zgodzę się to powtórzyć i potwierdzić lub podważyć - miał na myśli pójście z nią do lasu a także strzelanie do czegokolwiek. Oczywiście.
Jasne. Trochę żartował. Nie zakładał, że szybko będą mieć taką okazję. Obecnie większość czasu zajmowały im próby dojścia do sedna sytuacji sprzed dwóch tygodni. To raczej nie był idealny czas na branie kolejnych zleceń. Natomiast Ambroise nie żartował, kiedy podejrzliwie patrzył na zdolności strzeleckie Geraldine. Nie chciał jej umniejszać, ale do tej pory pokazała mu się jako ryzykantka pakująca się w kłopoty.
Raz kogoś otruła. Raz sama niemal zginęła. Raz go prawie zastrzeliła. Nie naliczył ani jednej okazji, gdzie mógłby z podziwem zagwizdać na pokaz umiejętności kobiety.
- Może odstraszam a może nie - przypomniał sobie z rozbawieniem, unosząc kąciki ust i rozkładając ręce. Okay. Tu go miała. Korzystała z jego własnej broni. - Touché - mógłby z nią dyskutować, ale nie czuł potrzeby. Byli kwita.
Ostatnio częściej niż rzadziej potrafił złożyć broń i oddać jej trochę zasłużonej chwały. Nie oznaczało to, że całkiem poddaje ich rozgrywki. Jedynie nie odczuwał już aż takiej potrzeby, by zawsze mieć ostatnie słowo. Jak na niego to było nie lada osiągnięcie. Może nawet swoiste poświęcenie dla dobra tej relacji, której nawet nie planował zanim się nie wywiązała. Zresztą zaraz znajdował się kolejny pretekst do podniesienia rzuconej rękawicy. Właśnie tak jak teraz.
- To zależy czy jesteś gotowa mi to wynagradzać co najmniej do końca życia - zasugerował, ponieważ tak w rzeczywistości nie planował wyciągać tego za każdym razem, kiedy będą dyskutować.
Wyłącznie od czasu do czasu. Uważał to za swoją nową kartę przetargową. Jeśli mógł przy jej pomocy ugrać coś cokolwiek, to nie mógł odtrącać takiego daru. W końcu Geraldine sama wyładowała mu go w ręce. Nawet, jeśli nigdy nie było najmniejszych wątpliwości, że nie zrobiła tego celowo. Została wykorzystana przez niematerialne siły tak samo jak on. To, że nie rozmawiali o tym zbyt dużo nie znaczyło, że nie domyślał się jak ciężko jej również było. Nie musieli sobie mówić pewnych rzeczy.
To było całkiem wygodne. Problem pojawiał się, kiedy Ambroise dochodził do tego, że w niektórych przypadkach zdecydowanie powinni nie korzystać z prawa milczenia i jednak otworzyć usta do siebie. Byłoby im znacznie łatwiej, gdyby rozróżniali te dwie sytuacje.
Jeszcze łatwiej, gdyby w pierwszej chwili zebrali się na wypowiedzenie niewypowiedzianego. Zanim zdążą się zatracić w swoich myślach i obawach. Na gorąco może mieliby większe szanse powiedzieć sobie wszystko, co mogłoby skierować ich losy na inny tor. Niestety Ambroise nie był najbardziej skłonnym do uzewnętrznień czarodziejem a sytuacja taka jak ta była dla niego kompletną nowością. Nie do zaprzeczenia. Nie tylko pierwszy raz w życiu go coś opętało, ale również pierwszy raz w życiu coś go opętało. Uczucia, których nie odczuł wcześniej i nie był na nie przygotowany w żadnym wypadku.
- Grunt, że my się odczytujemy - skwitował bez przejęcia, spodziewał się tego, że jego dotychczasowe wysiłki nie będą dla niej przydatne. - Poza tym to ułatwia zachowanie tajemnicy lekarskiej - dopowiedział, choć raczej nie z tego powodu przykładali wagę do stylu pisania.
Miało być szybko. Przede wszystkim miał wiedzieć, co sam pisze i nie tracić zbędnie czasu. W Mungu nie bywało zbyt wiele wolnych chwil, żeby mógł zastanawiać się nad tym, w jaki sposób kaligrafować szlaczki. Starał się głównie (chyba jedynie) w przypadku adresowania kopert I pisania listów. Wtedy mu zależało, żeby zostać rozczytanym. Te notatki robił dla siebie, bo nie podejrzewał, że temat przejdzie w dłonie Geraldine.
- Mogę ci coś rozszyfrować, jeśli chcesz, ale to nie będzie zbyt przydatne - stwierdził.
Nie mieli czasu, żeby czytał jej swoje translacje i istotne dla niego podsumowania jak bajki na dobranoc. Może dopiąłby swego. Uśpił by ją tym, bo już widział ziewanie, ale chyba powinien zająć się inną częścią pracy.
- Zapewniam cię, moja droga, że jestem mocny nie tylko w gębie. Choć nie wiem czy chciałbyś się o tym przekonać - skwitował z uniesionym kącikiem ust.
Znów pił do kilku rzeczy na raz. Nie mógł nic poradzić, że podobało mu się w jakim kierunku szła ich rozmowa. Czerpał taką malutką satysfakcję z niejasności i niedopowiedzeń. Tylko nie wiedział czy swoją. To psuło mu znaczną część zabawy. Zresztą tak jak to, że cokolwiek mówili nie mieli posunąć się dalej. Za słowami nie miały iść zdrożne czyny. Miał taką pewność, bo tak wyglądały niemal całe dwa ostatnie tygodnie. Zawsze zatrzymywali się gdzieś na linii. Niewidocznej, ale zrozumiałej.
- Upłynie dużo wody zanim zgodzę się to powtórzyć i potwierdzić lub podważyć - miał na myśli pójście z nią do lasu a także strzelanie do czegokolwiek. Oczywiście.
Jasne. Trochę żartował. Nie zakładał, że szybko będą mieć taką okazję. Obecnie większość czasu zajmowały im próby dojścia do sedna sytuacji sprzed dwóch tygodni. To raczej nie był idealny czas na branie kolejnych zleceń. Natomiast Ambroise nie żartował, kiedy podejrzliwie patrzył na zdolności strzeleckie Geraldine. Nie chciał jej umniejszać, ale do tej pory pokazała mu się jako ryzykantka pakująca się w kłopoty.
Raz kogoś otruła. Raz sama niemal zginęła. Raz go prawie zastrzeliła. Nie naliczył ani jednej okazji, gdzie mógłby z podziwem zagwizdać na pokaz umiejętności kobiety.
- Może odstraszam a może nie - przypomniał sobie z rozbawieniem, unosząc kąciki ust i rozkładając ręce. Okay. Tu go miała. Korzystała z jego własnej broni. - Touché - mógłby z nią dyskutować, ale nie czuł potrzeby. Byli kwita.
Ostatnio częściej niż rzadziej potrafił złożyć broń i oddać jej trochę zasłużonej chwały. Nie oznaczało to, że całkiem poddaje ich rozgrywki. Jedynie nie odczuwał już aż takiej potrzeby, by zawsze mieć ostatnie słowo. Jak na niego to było nie lada osiągnięcie. Może nawet swoiste poświęcenie dla dobra tej relacji, której nawet nie planował zanim się nie wywiązała. Zresztą zaraz znajdował się kolejny pretekst do podniesienia rzuconej rękawicy. Właśnie tak jak teraz.
- To zależy czy jesteś gotowa mi to wynagradzać co najmniej do końca życia - zasugerował, ponieważ tak w rzeczywistości nie planował wyciągać tego za każdym razem, kiedy będą dyskutować.
Wyłącznie od czasu do czasu. Uważał to za swoją nową kartę przetargową. Jeśli mógł przy jej pomocy ugrać coś cokolwiek, to nie mógł odtrącać takiego daru. W końcu Geraldine sama wyładowała mu go w ręce. Nawet, jeśli nigdy nie było najmniejszych wątpliwości, że nie zrobiła tego celowo. Została wykorzystana przez niematerialne siły tak samo jak on. To, że nie rozmawiali o tym zbyt dużo nie znaczyło, że nie domyślał się jak ciężko jej również było. Nie musieli sobie mówić pewnych rzeczy.
To było całkiem wygodne. Problem pojawiał się, kiedy Ambroise dochodził do tego, że w niektórych przypadkach zdecydowanie powinni nie korzystać z prawa milczenia i jednak otworzyć usta do siebie. Byłoby im znacznie łatwiej, gdyby rozróżniali te dwie sytuacje.
Jeszcze łatwiej, gdyby w pierwszej chwili zebrali się na wypowiedzenie niewypowiedzianego. Zanim zdążą się zatracić w swoich myślach i obawach. Na gorąco może mieliby większe szanse powiedzieć sobie wszystko, co mogłoby skierować ich losy na inny tor. Niestety Ambroise nie był najbardziej skłonnym do uzewnętrznień czarodziejem a sytuacja taka jak ta była dla niego kompletną nowością. Nie do zaprzeczenia. Nie tylko pierwszy raz w życiu go coś opętało, ale również pierwszy raz w życiu coś go opętało. Uczucia, których nie odczuł wcześniej i nie był na nie przygotowany w żadnym wypadku.
- Grunt, że my się odczytujemy - skwitował bez przejęcia, spodziewał się tego, że jego dotychczasowe wysiłki nie będą dla niej przydatne. - Poza tym to ułatwia zachowanie tajemnicy lekarskiej - dopowiedział, choć raczej nie z tego powodu przykładali wagę do stylu pisania.
Miało być szybko. Przede wszystkim miał wiedzieć, co sam pisze i nie tracić zbędnie czasu. W Mungu nie bywało zbyt wiele wolnych chwil, żeby mógł zastanawiać się nad tym, w jaki sposób kaligrafować szlaczki. Starał się głównie (chyba jedynie) w przypadku adresowania kopert I pisania listów. Wtedy mu zależało, żeby zostać rozczytanym. Te notatki robił dla siebie, bo nie podejrzewał, że temat przejdzie w dłonie Geraldine.
- Mogę ci coś rozszyfrować, jeśli chcesz, ale to nie będzie zbyt przydatne - stwierdził.
Nie mieli czasu, żeby czytał jej swoje translacje i istotne dla niego podsumowania jak bajki na dobranoc. Może dopiąłby swego. Uśpił by ją tym, bo już widział ziewanie, ale chyba powinien zająć się inną częścią pracy.