26.09.2024, 21:40 ✶
Patrzył na siostrę jakby właśnie odkrył, że rozmawia z kosmitą. Choć znając jego charakter najpewniej byłby dużo bardziej podekscytowany na taką możliwość niż na to, co docierało do niego z ust Rosie. Mówiła, mówiła, mówiła. Jej wargi się poruszały a jemu opadały ręce.
- Nie wierzę - sarknął, a w jego ustach wybrzmiała pogarda, nad którą Ambroise nie umiał zapanować. Tak właściwie to chyba nie planował nad nią panować. - Pierdolisz, Roo, nie wierzę, że tak łatwo ci przychodzi wygadywać takie absurdy - spiął się i choć instynktownie nie nazwał ją już oschłą Roselyn to ani myślał patyczkować się w tym, co miał do powiedzenia.
Nie dało się tego przekazać w inny sposób. No. Nie, jeśli się było nim. Nie należał do najlepszych negocjatorów. Nie potrafił robić dobrej miny do złej gry, kiedy nie chodziło o niego samego i jego popierdolone interesy. W tym wypadku nie próbował być łagodny dla siostry, bo najpewniej nie zdołałby dobrać odpowiednich słów, których przerywnikami nie byłoby ja jebię i ja pierdolę w różnych wariantach.
Jak miał dać Rosie do zrozumienia, że to nie było żadne wyjście z sytuacji?
Na dodatek zaczęła spoufalać się z rodziną fałszywego (dla Ambroisa jak najbardziej rzeczywistego, bo opis sytuacji był jeden do jednego zaręczynami, nie żadną farsą) narzeczonego! Widział uśmiech na jej twarzy. Widział błysk w oczach. Widział coś, czego nie chciał widzieć. Miał ochotę ją złapać za ramiona i zacząć potrząsać jej szczupłym ciałem.
- Roselyn - tak, znowu pojawiła się ta jebana, brzmiąca jak jego ojciec Roselyn, ale poprawił się niemal od razu, kiedy to powiedział - Roo, to Borgin. Borgin - położył taki nacisk na podkreślenie tego słowa, że równie dobrze mogłoby zabrzmieć jak bogin.
Myśl o tym, że jego ukochana siostrzyczka mogłaby mieć coś wspólnego z jakimś Borginem, nawet tylko na niby i na chwilę mogłaby swobodnie nasycić mu jakiegoś bogina. Nigdy żadnego nie spotkał, więc nie wiedział, jaką przyjmował u niego formę, ale tak - to nadawało się na bogina.
Borgin Anthony Bogin, kurwa jego jebana mać, tak, Philippa zasłużyła sobie na udział w inwektywach. Była naprawdę chujową matką.
Próbował być spokojniejszy i dostrzec to, co mogło przekonywać siostrę do rozważania tego planu. Starał się być wobec niej wyrozumiały, ale to po prostu nie mieściło się w jego granicach pojmowania. To on powinien być tu tym bardziej skorym do ładowania się w kłopoty. Zawsze sądził, że Roselyn zdoła się bardziej ogarnąć, bo jest kobietą. Wcześniej dojrzewała i takie tam.
Może byli do siebie przerażająco podobni z charakteru i nie powinien być specjalnie zszokowany, że popełniała swoje absurdalne błędy. W jej wieku daleko mu było do bycia świętym. Mimo to uważał, że jeśli on weźmie na siebie próby ochrony jej przed pewnymi rzeczami to ominie ją wiele gówna, przez które on przeszedł. Nie docenił genów Greengrassów. Tak. To nie były geny Mulciberów ani Rowle'ów. Najczystsze zakichane greengrassowanie. Musieli się sami sparzyć, wszystko sami wypróbować, bo a nuż, widelec nagle Ziemia zaczęła się kręcić w drugą stronę i czarne było zielone.
- Naobiecuje ci wszystko, byleby tylko przykryć swój błąd. Wmanipuluje cię w umysłowe gierki. Wywróci ci wszystko do góry nogami. A wiesz, czemu? Bo. To. Borgin - jak miał jej przemówić do rozsądku, żeby nie wierzyła w zapewnienia o braniu winy na siebie ani inne bujdy?
Nie chciał, żeby ją skrzywdzono. Był wściekły, zły, ale w tej chwili przemawiała przez niego desperacja, bo nie mógł jej zobaczyć ładującej się w to samo bagno co on przed laty. Roselyn była twarda. Miała sobie poradzić, ale czemu... ...czemu?... ...nie mogła skorzystać z jego wsparcia. Jeżeli tak bardzo ciążyło jej kółko adoratorów mógł znaleźć jakiegoś miłego uzdrowiciela bądź nawet stażystę (stażystę! nie lubił stażystów, ale stażystę!), który byłby skłonny trochę podawać.
Jasne, te zaręczyny może były przypadkowe. Wierzył, że była z nim w większości szczerą. Znał ją i wiedział, że wiele przeinaczyła, trochę mu niedopowiedziała, nieco wygładziła brzegi zarysu sytuacji. Mimo to jej wierzył, ale na Merlina! Nie musiała zostawać z Borginem, bo tak było złudnie wygodniej!
Jednym dużym haustem wypił kawę po irlandzku, zostawiając tylko połowę w kubku. Nim ich rozmowa dobiegnie końca pewnie zamówi jeszcze przynajmniej ze trzy.
- Nie wierzę - sarknął, a w jego ustach wybrzmiała pogarda, nad którą Ambroise nie umiał zapanować. Tak właściwie to chyba nie planował nad nią panować. - Pierdolisz, Roo, nie wierzę, że tak łatwo ci przychodzi wygadywać takie absurdy - spiął się i choć instynktownie nie nazwał ją już oschłą Roselyn to ani myślał patyczkować się w tym, co miał do powiedzenia.
Nie dało się tego przekazać w inny sposób. No. Nie, jeśli się było nim. Nie należał do najlepszych negocjatorów. Nie potrafił robić dobrej miny do złej gry, kiedy nie chodziło o niego samego i jego popierdolone interesy. W tym wypadku nie próbował być łagodny dla siostry, bo najpewniej nie zdołałby dobrać odpowiednich słów, których przerywnikami nie byłoby ja jebię i ja pierdolę w różnych wariantach.
Jak miał dać Rosie do zrozumienia, że to nie było żadne wyjście z sytuacji?
Na dodatek zaczęła spoufalać się z rodziną fałszywego (dla Ambroisa jak najbardziej rzeczywistego, bo opis sytuacji był jeden do jednego zaręczynami, nie żadną farsą) narzeczonego! Widział uśmiech na jej twarzy. Widział błysk w oczach. Widział coś, czego nie chciał widzieć. Miał ochotę ją złapać za ramiona i zacząć potrząsać jej szczupłym ciałem.
- Roselyn - tak, znowu pojawiła się ta jebana, brzmiąca jak jego ojciec Roselyn, ale poprawił się niemal od razu, kiedy to powiedział - Roo, to Borgin. Borgin - położył taki nacisk na podkreślenie tego słowa, że równie dobrze mogłoby zabrzmieć jak bogin.
Myśl o tym, że jego ukochana siostrzyczka mogłaby mieć coś wspólnego z jakimś Borginem, nawet tylko na niby i na chwilę mogłaby swobodnie nasycić mu jakiegoś bogina. Nigdy żadnego nie spotkał, więc nie wiedział, jaką przyjmował u niego formę, ale tak - to nadawało się na bogina.
Borgin Anthony Bogin, kurwa jego jebana mać, tak, Philippa zasłużyła sobie na udział w inwektywach. Była naprawdę chujową matką.
Próbował być spokojniejszy i dostrzec to, co mogło przekonywać siostrę do rozważania tego planu. Starał się być wobec niej wyrozumiały, ale to po prostu nie mieściło się w jego granicach pojmowania. To on powinien być tu tym bardziej skorym do ładowania się w kłopoty. Zawsze sądził, że Roselyn zdoła się bardziej ogarnąć, bo jest kobietą. Wcześniej dojrzewała i takie tam.
Może byli do siebie przerażająco podobni z charakteru i nie powinien być specjalnie zszokowany, że popełniała swoje absurdalne błędy. W jej wieku daleko mu było do bycia świętym. Mimo to uważał, że jeśli on weźmie na siebie próby ochrony jej przed pewnymi rzeczami to ominie ją wiele gówna, przez które on przeszedł. Nie docenił genów Greengrassów. Tak. To nie były geny Mulciberów ani Rowle'ów. Najczystsze zakichane greengrassowanie. Musieli się sami sparzyć, wszystko sami wypróbować, bo a nuż, widelec nagle Ziemia zaczęła się kręcić w drugą stronę i czarne było zielone.
- Naobiecuje ci wszystko, byleby tylko przykryć swój błąd. Wmanipuluje cię w umysłowe gierki. Wywróci ci wszystko do góry nogami. A wiesz, czemu? Bo. To. Borgin - jak miał jej przemówić do rozsądku, żeby nie wierzyła w zapewnienia o braniu winy na siebie ani inne bujdy?
Nie chciał, żeby ją skrzywdzono. Był wściekły, zły, ale w tej chwili przemawiała przez niego desperacja, bo nie mógł jej zobaczyć ładującej się w to samo bagno co on przed laty. Roselyn była twarda. Miała sobie poradzić, ale czemu... ...czemu?... ...nie mogła skorzystać z jego wsparcia. Jeżeli tak bardzo ciążyło jej kółko adoratorów mógł znaleźć jakiegoś miłego uzdrowiciela bądź nawet stażystę (stażystę! nie lubił stażystów, ale stażystę!), który byłby skłonny trochę podawać.
Jasne, te zaręczyny może były przypadkowe. Wierzył, że była z nim w większości szczerą. Znał ją i wiedział, że wiele przeinaczyła, trochę mu niedopowiedziała, nieco wygładziła brzegi zarysu sytuacji. Mimo to jej wierzył, ale na Merlina! Nie musiała zostawać z Borginem, bo tak było złudnie wygodniej!
Jednym dużym haustem wypił kawę po irlandzku, zostawiając tylko połowę w kubku. Nim ich rozmowa dobiegnie końca pewnie zamówi jeszcze przynajmniej ze trzy.