26.09.2024, 22:23 ✶
Uśmiechnął się pod nosem. Nie klasyfikował tego, co miała na myśli przez swoje chcenie. Coś w nim pragnęło sądzić, że zna odpowiedź.
- Moim największym atutem jest nieprzewidywalność - zapewnił ją bez pardonu.
Powinna to już wiedzieć. On zakładał to samo w stosunku do niej. Oboje byli nieprzewidywalni. Teraz jeszcze bardziej niż wcześniej. Choć to raczej nie było zaletą. Nie dla niego, bo nie planował nad swoimi reakcjami. Chciał być nieprzewidywalny. Owszem. Ale nie dla siebie. Dla innych ludzi.
- Jestem starszy, chory, poza tym mężczyźni żyją krócej. Nie próbuj się ze mną licytować, kto przeżyje krócej - stwierdził, przy czym nawet nie zwrócił uwagi na to, że w jednym zdaniu przyznał się Geraldine do dwóch istotnych rzeczy.
Po pierwsze: tego, że w przeciwieństwie do niej był świadomy dzielącej ich różnicy wieku (zakładał, że ona tego nie wiedziała, bo nigdy nie rozmawiali o takich rzeczach a on dowiedział się z papierów).
Po drugie: jeden z nielicznych razów w życiu tak banalnie prosto mu przyszło wypowiedzenie na głos tego, że nie był okazem zdrowia. Jasne. Dawno pogodził się ze swoim losem. Medycyna na ten moment była w stanie mu pomóc, ale nie zniwelować i odwrócić skutki choroby. Miał swoje maści i eliksiry. Pilnował tego, żeby dbać o sylwetkę i kondycję fizyczną, ale nie mógł walczyć z takim wrogiem. Mimo to zazwyczaj nie przechwalał się wszem i wobec. Tak właściwie to się zagalopował i nawet nie dostrzegł sensu swych słów, bo najpewniej by tego nie powiedział.
Nie wziął się za wyjaśnienia, bo umknęło mu to, że odsłonił przed nią tą część prywatności. Trochę już wypił a wieczór był stosunkowo późny. Poza tym myśli Ambroisa kręciły się wokół innych problemów aniżeli obdzierania się z faktów, które kiedyś sprawiły mu niemożliwy do opisania ból a teraz były głównie związane z dyskomfortem i zniszczonymi marzeniami. W gruncie rzeczy nie mógł narzekać. Robił drugą w kolejności rzecz, którą od zawsze lubił. Leczył ludzi, rozpoznawał zatrucia roślinne, mieszał eliksiry. Spełniał się zawodowo.
Tak mocno, że zaniedbywał inne aspekty życia. Nikt nie naciskał go do pilnowania pozostałych przestrzeni. Może dlatego kiedyś prawdopodobnie miał obudzić się samotny i pozbawiony innego celu w życiu niż praca. Być może to stąd zaczynał nieświadomie fascynować się tajemnymi siłami, ale tego nie dostrzegał. Prawdopodobnie z uwagi na to nie widział się w roli głowy rodziny, męża czy ojca. Nie umiał znaleźć równowagi w relacjach uczuciowych. Albo ktoś był jego przyjacielem, albo wrogiem. Pozostali byli mu neutralni, czyli nieznaczący. Jego romanse trwały jedną noc. Miłostki były krótkie. Nie zwracał uwagi na potrzebę emocjonalnej bliskości, bo od tego miał ludzi, którzy go rozumieli. Rodzinę i przyjaciół. Związki wymagały za dużo zachodu. Były nazbyt skomplikowane.
Doświadczał tych wniosków nawet teraz, choć nigdy nie zrobili czegoś, co mogłoby ich pchnąć ku sobie. Zachowywali odpowiedni dystans. Milczeli odnośnie swoich odczuć. Łapał się na tym, że chciał zburzyć ten ich pozbawiony sensu spokój, bo tylko tak mogliby przekonać się, co ta druga strona tak naprawdę myśli. Wydawało mu się, że nie był do końca sam ze swoimi odruchami. Zdarzało się, że niemal łapał ją na tym, co on sam robił coraz częściej, ale nigdy nie złapali się na tym oboje. Mogło mu się wydawać. Wybierał twierdzenie, że to coś w nim za bardzo usiłowało układać mu życie. Kobieta taka jak Geraldine nie była dla człowieka takiego jak on.
Nie chodziło nawet o to, że by się nie dogadali. W głębi duszy uważał, że mogliby się dotrzeć, jeśliby oboje tego pragnęli. Mieliby pokomplikowane, chaotyczne życie, ale nie mogliby nie być spełnieni. Nie próbował tego dowodzić z uwagi na kilka spraw. Nie tylko na to, że nie wierzył w jasność swych osadów. To było też dużo bardziej skomplikowane i odnosiło się głęboko do tego, co już ustalił. We własnej głowie nie widział swojej daleko idącej przyszłości. Nie chciał zobowiązań, bo jak miałby komuś wyjaśnić, że ich życie nie będzie jak z historii zamieszczonej w egzemplarzu Czarownicy. Nijak. No właśnie.
Zamykał mordę. Żył tu i teraz. W kawalerskiej norze, w której nie musiał dbać o to czy psuje komuś dekor. Jego książki miały swoje miejsce choćby pośrodku podłogi.
- Co ciekawe: nikt nas tego nie uczy. To naturalny talent - zapewnił wyrwany z chwili zamyślenia, jakie go ogarnęło na widok tego, co zrobił z woluminami.
Mimo to ich nie podniósł. Mogły tam leżeć. Dookoła i tak był syf. Może nie brud, ale w środku nocy należało korzystać z różdżki, żeby manewrować między przeszkodami stale zmieniającymi miejsce.
- Istnieje. Niektórzy tacy jak ja podchodzą do niej bardziej restrykcyjnie niż inni. Tego możesz być pewna - odpowiedział poważnie, siadając na krześle, bo skoro nie mógł jej pomóc z notatkami to planował zająć się swoimi poszukiwaniami.
Wcześniej chciał podkreślić tą jedną informację. Cokolwiek by się działo jej sekrety były u niego bezpieczne. Nawet jeśli nagle znowu przestaną być sobie bliscy.
- Zatem do dzieła - skwitował, otwierając nowy tom i próbując wczytać się w treść.
- Moim największym atutem jest nieprzewidywalność - zapewnił ją bez pardonu.
Powinna to już wiedzieć. On zakładał to samo w stosunku do niej. Oboje byli nieprzewidywalni. Teraz jeszcze bardziej niż wcześniej. Choć to raczej nie było zaletą. Nie dla niego, bo nie planował nad swoimi reakcjami. Chciał być nieprzewidywalny. Owszem. Ale nie dla siebie. Dla innych ludzi.
- Jestem starszy, chory, poza tym mężczyźni żyją krócej. Nie próbuj się ze mną licytować, kto przeżyje krócej - stwierdził, przy czym nawet nie zwrócił uwagi na to, że w jednym zdaniu przyznał się Geraldine do dwóch istotnych rzeczy.
Po pierwsze: tego, że w przeciwieństwie do niej był świadomy dzielącej ich różnicy wieku (zakładał, że ona tego nie wiedziała, bo nigdy nie rozmawiali o takich rzeczach a on dowiedział się z papierów).
Po drugie: jeden z nielicznych razów w życiu tak banalnie prosto mu przyszło wypowiedzenie na głos tego, że nie był okazem zdrowia. Jasne. Dawno pogodził się ze swoim losem. Medycyna na ten moment była w stanie mu pomóc, ale nie zniwelować i odwrócić skutki choroby. Miał swoje maści i eliksiry. Pilnował tego, żeby dbać o sylwetkę i kondycję fizyczną, ale nie mógł walczyć z takim wrogiem. Mimo to zazwyczaj nie przechwalał się wszem i wobec. Tak właściwie to się zagalopował i nawet nie dostrzegł sensu swych słów, bo najpewniej by tego nie powiedział.
Nie wziął się za wyjaśnienia, bo umknęło mu to, że odsłonił przed nią tą część prywatności. Trochę już wypił a wieczór był stosunkowo późny. Poza tym myśli Ambroisa kręciły się wokół innych problemów aniżeli obdzierania się z faktów, które kiedyś sprawiły mu niemożliwy do opisania ból a teraz były głównie związane z dyskomfortem i zniszczonymi marzeniami. W gruncie rzeczy nie mógł narzekać. Robił drugą w kolejności rzecz, którą od zawsze lubił. Leczył ludzi, rozpoznawał zatrucia roślinne, mieszał eliksiry. Spełniał się zawodowo.
Tak mocno, że zaniedbywał inne aspekty życia. Nikt nie naciskał go do pilnowania pozostałych przestrzeni. Może dlatego kiedyś prawdopodobnie miał obudzić się samotny i pozbawiony innego celu w życiu niż praca. Być może to stąd zaczynał nieświadomie fascynować się tajemnymi siłami, ale tego nie dostrzegał. Prawdopodobnie z uwagi na to nie widział się w roli głowy rodziny, męża czy ojca. Nie umiał znaleźć równowagi w relacjach uczuciowych. Albo ktoś był jego przyjacielem, albo wrogiem. Pozostali byli mu neutralni, czyli nieznaczący. Jego romanse trwały jedną noc. Miłostki były krótkie. Nie zwracał uwagi na potrzebę emocjonalnej bliskości, bo od tego miał ludzi, którzy go rozumieli. Rodzinę i przyjaciół. Związki wymagały za dużo zachodu. Były nazbyt skomplikowane.
Doświadczał tych wniosków nawet teraz, choć nigdy nie zrobili czegoś, co mogłoby ich pchnąć ku sobie. Zachowywali odpowiedni dystans. Milczeli odnośnie swoich odczuć. Łapał się na tym, że chciał zburzyć ten ich pozbawiony sensu spokój, bo tylko tak mogliby przekonać się, co ta druga strona tak naprawdę myśli. Wydawało mu się, że nie był do końca sam ze swoimi odruchami. Zdarzało się, że niemal łapał ją na tym, co on sam robił coraz częściej, ale nigdy nie złapali się na tym oboje. Mogło mu się wydawać. Wybierał twierdzenie, że to coś w nim za bardzo usiłowało układać mu życie. Kobieta taka jak Geraldine nie była dla człowieka takiego jak on.
Nie chodziło nawet o to, że by się nie dogadali. W głębi duszy uważał, że mogliby się dotrzeć, jeśliby oboje tego pragnęli. Mieliby pokomplikowane, chaotyczne życie, ale nie mogliby nie być spełnieni. Nie próbował tego dowodzić z uwagi na kilka spraw. Nie tylko na to, że nie wierzył w jasność swych osadów. To było też dużo bardziej skomplikowane i odnosiło się głęboko do tego, co już ustalił. We własnej głowie nie widział swojej daleko idącej przyszłości. Nie chciał zobowiązań, bo jak miałby komuś wyjaśnić, że ich życie nie będzie jak z historii zamieszczonej w egzemplarzu Czarownicy. Nijak. No właśnie.
Zamykał mordę. Żył tu i teraz. W kawalerskiej norze, w której nie musiał dbać o to czy psuje komuś dekor. Jego książki miały swoje miejsce choćby pośrodku podłogi.
- Co ciekawe: nikt nas tego nie uczy. To naturalny talent - zapewnił wyrwany z chwili zamyślenia, jakie go ogarnęło na widok tego, co zrobił z woluminami.
Mimo to ich nie podniósł. Mogły tam leżeć. Dookoła i tak był syf. Może nie brud, ale w środku nocy należało korzystać z różdżki, żeby manewrować między przeszkodami stale zmieniającymi miejsce.
- Istnieje. Niektórzy tacy jak ja podchodzą do niej bardziej restrykcyjnie niż inni. Tego możesz być pewna - odpowiedział poważnie, siadając na krześle, bo skoro nie mógł jej pomóc z notatkami to planował zająć się swoimi poszukiwaniami.
Wcześniej chciał podkreślić tą jedną informację. Cokolwiek by się działo jej sekrety były u niego bezpieczne. Nawet jeśli nagle znowu przestaną być sobie bliscy.
- Zatem do dzieła - skwitował, otwierając nowy tom i próbując wczytać się w treść.