27.09.2024, 00:06 ✶
Momentami wahał się odnośnie tego co powinien sądzić o przebiegu ich rozmowy. Nie tylko tej teraz. Praktycznie każdej od dwóch tygodni, które spędzali w swoim towarzystwie z zadziwiającą intensywnością i zarazem łatwością. To, że tu z nim była przychodziło mu całkiem naturalnie. Nie miał zbyt wielu ludzi, których tak bardzo tolerowałby w swojej przestrzeni.
Jasne, nie umiał być przy niej całkiem rozluźniony, ale nie z tego powodu, który mógłby przyjść komuś na myśl, gdyby ta osoba oparła osąd na ich wcześniejszych zachowaniach. Tych sprzed niedawnych wydarzeń. O tamtym czasie można było wiele powiedzieć. Ambroise sprzed dwóch tygodni byłby spięty i gotowy do ataku. Spodziewałby się konieczności jeżenia się i doskakiwania Geraldine do gardła, żeby łapać ją za słówka. Byłby sztywny i oficjalny - to w najlepszym przypadku. Albo zabójczo cięty, co było bardziej prawdopodobne, zważywszy na to, że spotykali się w prywatnej przestrzeni.
Ten tutaj taki nie był. Usiłował starannie ważyć słowa oraz kontrolować odruchy. Starał się przewidywać swoje reakcje. Był spięty, choć usiłował wyglądać na rozluźnionego. Alkohol trochę mu w tym pomagał, ale nie zwykł wypijać go dużo na raz. Wtedy mógłby zadziałać wręcz przeciwnie - w drugą stronę, do końca wybijając Greengrassa z rytmu, który usiłował trzymać. Panował nad wypowiedziami, choć w mniejszym stopniu niż by sobie zdawał sprawę. Nie zarejestrował ani, że powiedział Geraldine zbyt wiele odnośnie stanu zdrowia (tak, zgadza się: wspomnienie o samej chorobie było zbyt dużym uzewnętrznieniem według jego standardów) ani że ona to zarejestrowała i poczuła się tym zaskoczona.
Starał się jak najmniej patrzeć jej w oczy. Jak najrzadziej nawiązywał kontakt wzrokowy, choć to nie znaczy, że na nią nie patrzył. Wracając zaś do istoty sprawy: był spięty, ale nie z uwagi na zagrożenie atakiem. Spinał się, bo usiłował nie zrobić nic głupiego, czego oboje by żałowali. Wszystko zaś wyłącznie przez to, że w pierwszym momencie nie umiał otworzyć gęby. Teraz też nie potrafił normalnie porozmawiać. Może to i lepiej, że nie był świadomy tego ile przez to tracił? Wolał wmawiać sobie, że źle interpretuje jakiekolwiek sygnały. Zdecydowanie wolał być niemy, głuchy i ślepy w ramach strefy komfortu. Choć to tak naprawdę wcale nie była strefa komfortu.
Nie z czymś obcym mieszającym mu w głowie.
- Rada Yaxleyów to zatwierdza? Wybitnie - odpowiedział z półuśmiechem - cieszę się, że mamy tu jasność.
Na swój sposób chciał jej powiedzieć twoje sekrety są u mnie bezpieczne. Gdyby tylko wypowiedział to na głos...
...najpewniej by się złamał. Siedząc nad książką, której nie czytał, czuł, że zaczyna się łamać. Może to była noc. Atmosfera. Trochę alkoholu. Zmęczenie. Sposób, w który rozmawiali. Czuł, że to nie do końca wystarczało. Czuł, że się łamie. Usilnie nie patrzył w tamtym kierunku, ale nie mógł skupić myśli na rozmywających mu się literach.
Bezwiednie rozchylił usta, żeby coś powiedzieć, bo cisza zaczęła robić się przytłaczająca. Natomiast wpierw spojrzał w kierunku kobiety. Przymknął oczy, wypuszczając powietrze przez zęby. Miał rację. Wygrał zakład a ponadto prawdopodobnie uniknął czegoś, co mogłoby źle się skończyć. Jak najciszej wstał z zajmowanego krzesła i powoli zbliżył się do fotela.
- Chodź - odezwał się, nie oczekując odpowiedzi, tylko angażując resztę sił, żeby zabrać ją z kocem z fotela. Uniósł Geraldine w zawiniątku, ostrożnie przenosząc ją te dwa kroki na wygodniejsze łóżko i upewniając się, że nic jej nie wadziło. Ani buty, ani paski czy inne zbędne elementy ubioru. Nie był upiorny, nie stał tam nad nią zbyt długo. Przetarł oczy wierzchem dłoni i wrócił do siebie na krzesło, a kiedy powieki zaczęły robić się za ciężkie przeniósł się z książką nie na fotel a na podłogę przy drzwiach balkonowych. Podłożył sobie poduszkę pod kark, oparł się o szybę i pogrążył się w lekturze w słabym świetle różdżki, bo przezornie pogasił świece. Nie był tu sam. Nie robił głupich rzeczy.
Odpłynął dopiero nad ranem, pogrążając się w nerwowym, urywanymi śnie nie do końca swoich wspomnień.
Jasne, nie umiał być przy niej całkiem rozluźniony, ale nie z tego powodu, który mógłby przyjść komuś na myśl, gdyby ta osoba oparła osąd na ich wcześniejszych zachowaniach. Tych sprzed niedawnych wydarzeń. O tamtym czasie można było wiele powiedzieć. Ambroise sprzed dwóch tygodni byłby spięty i gotowy do ataku. Spodziewałby się konieczności jeżenia się i doskakiwania Geraldine do gardła, żeby łapać ją za słówka. Byłby sztywny i oficjalny - to w najlepszym przypadku. Albo zabójczo cięty, co było bardziej prawdopodobne, zważywszy na to, że spotykali się w prywatnej przestrzeni.
Ten tutaj taki nie był. Usiłował starannie ważyć słowa oraz kontrolować odruchy. Starał się przewidywać swoje reakcje. Był spięty, choć usiłował wyglądać na rozluźnionego. Alkohol trochę mu w tym pomagał, ale nie zwykł wypijać go dużo na raz. Wtedy mógłby zadziałać wręcz przeciwnie - w drugą stronę, do końca wybijając Greengrassa z rytmu, który usiłował trzymać. Panował nad wypowiedziami, choć w mniejszym stopniu niż by sobie zdawał sprawę. Nie zarejestrował ani, że powiedział Geraldine zbyt wiele odnośnie stanu zdrowia (tak, zgadza się: wspomnienie o samej chorobie było zbyt dużym uzewnętrznieniem według jego standardów) ani że ona to zarejestrowała i poczuła się tym zaskoczona.
Starał się jak najmniej patrzeć jej w oczy. Jak najrzadziej nawiązywał kontakt wzrokowy, choć to nie znaczy, że na nią nie patrzył. Wracając zaś do istoty sprawy: był spięty, ale nie z uwagi na zagrożenie atakiem. Spinał się, bo usiłował nie zrobić nic głupiego, czego oboje by żałowali. Wszystko zaś wyłącznie przez to, że w pierwszym momencie nie umiał otworzyć gęby. Teraz też nie potrafił normalnie porozmawiać. Może to i lepiej, że nie był świadomy tego ile przez to tracił? Wolał wmawiać sobie, że źle interpretuje jakiekolwiek sygnały. Zdecydowanie wolał być niemy, głuchy i ślepy w ramach strefy komfortu. Choć to tak naprawdę wcale nie była strefa komfortu.
Nie z czymś obcym mieszającym mu w głowie.
- Rada Yaxleyów to zatwierdza? Wybitnie - odpowiedział z półuśmiechem - cieszę się, że mamy tu jasność.
Na swój sposób chciał jej powiedzieć twoje sekrety są u mnie bezpieczne. Gdyby tylko wypowiedział to na głos...
...najpewniej by się złamał. Siedząc nad książką, której nie czytał, czuł, że zaczyna się łamać. Może to była noc. Atmosfera. Trochę alkoholu. Zmęczenie. Sposób, w który rozmawiali. Czuł, że to nie do końca wystarczało. Czuł, że się łamie. Usilnie nie patrzył w tamtym kierunku, ale nie mógł skupić myśli na rozmywających mu się literach.
Bezwiednie rozchylił usta, żeby coś powiedzieć, bo cisza zaczęła robić się przytłaczająca. Natomiast wpierw spojrzał w kierunku kobiety. Przymknął oczy, wypuszczając powietrze przez zęby. Miał rację. Wygrał zakład a ponadto prawdopodobnie uniknął czegoś, co mogłoby źle się skończyć. Jak najciszej wstał z zajmowanego krzesła i powoli zbliżył się do fotela.
- Chodź - odezwał się, nie oczekując odpowiedzi, tylko angażując resztę sił, żeby zabrać ją z kocem z fotela. Uniósł Geraldine w zawiniątku, ostrożnie przenosząc ją te dwa kroki na wygodniejsze łóżko i upewniając się, że nic jej nie wadziło. Ani buty, ani paski czy inne zbędne elementy ubioru. Nie był upiorny, nie stał tam nad nią zbyt długo. Przetarł oczy wierzchem dłoni i wrócił do siebie na krzesło, a kiedy powieki zaczęły robić się za ciężkie przeniósł się z książką nie na fotel a na podłogę przy drzwiach balkonowych. Podłożył sobie poduszkę pod kark, oparł się o szybę i pogrążył się w lekturze w słabym świetle różdżki, bo przezornie pogasił świece. Nie był tu sam. Nie robił głupich rzeczy.
Odpłynął dopiero nad ranem, pogrążając się w nerwowym, urywanymi śnie nie do końca swoich wspomnień.