27.09.2024, 09:43 ✶
Nie wiedział ile spał ani kiedy odpłynął. Nie miał świadomości bycia obserwowanym. Przynajmniej przez jakiś czas. Również mu nieznany. Jak na kogoś nie przywykłego do czyjegoś towarzystwa, Ambroise również czuł się zaskakująco bezpiecznie. Chyba przespał całkiem długo, choć w marnej pozycji.
- Wygrałem - wymamrotał półsennie, nadal praktycznie śpiąco i bez otwierania oczu.
Jeszcze nie zaczął się przeciągać. Nie poprawił niezbyt wygodnej pozycji ciała. Nie ułożył się tak, żeby nie mieć teraz problemów z drętwiącym bólem i zastałymi członkami. Pozycja do spania w półsiadzie na podłodze nie była najlepsza, żeby się wyspać. No cóż.
Jeśli chodziło o to, czemu w ogóle otworzył usta i chrapliwie się odezwał (ni to mamrotem ni to szeptem, ni to pomrukiem; czymś pośrednim) to w którymś momencie wyłapał zmianę w oddechu Geraldine. To było dziwne, bo wszystkie włoski na ciele stanęły mu dęba, ale nie czuł się nerwowo. Jego czujność nie wynikała z ostrzeżeń przed niebezpieczeństwem wysyłanych przez ciało.
Przeciwnie, chodziło o coś po drugiej stronie bieguna. Bezwiednie rejestrował i reagował na zmianę, która powinna być ledwo słyszalna a nie był łowcą tak jak Geraldine. A to niewątpliwie był instynkt łowcy. Słyszał niewyraźną, ale konkretną zmianę w natężeniu oddechu kobiety. Wcześniej przez całą noc oddychała znacznie spokojniej i głębiej. Momentami ze świstem, ale był w tym komfort. Była rozluźniona. Teraz ten oddech przebijający się przez dźwięki budzącego się Londynu był bardziej płytki i wstrzymywany. Nie chciała go budzić. Starała się być cicho a paradoksalnie to wywołało u niego ten alert.
Przez nieszczelności w drewnianych oknach dochodził pierwszy gwar Pokątnej. To były już znajome dźwięki. Promienie wschodzącego słońca przyjemnie mu muskały twarz, choć ciało miał raczej półzimne. Opieranie się o szklane drzwi (nawet z poduszką pod głową) nie było zbyt rozsądne o tej porze roku. Trochę skostniał, musiał się rozruszać.
Książka już nie leżała mu na kolanach. Puścił ją z rąk na ziemię. Upadła pod dziwnym kątem i zagięła się w połowie. To było pierwsze, co zobaczyć przez na wpół rozchylone powieki. Ziewnął, przetarł je ręką i wydał z siebie nieskładny mamrot. Potrzebował chwili, żeby się poruszyć a gdy się przeciągnął na jego twarzy pojawił się niekomfortowy grymas. Całe szczęście miał swoje zapasy. Wystarczyło wstać i powłóczyć nogami w kierunku mikroskopijnego aneksu kuchennego.
Na ten moment ani razu nie spojrzał na swojego gościa. Wpierw otworzył skrzypiące drzwiczki szafki i markotnie wyjął stamtąd jedną z dziesięciu identycznych buteleczek eliksiru, który bez słowa wlał do czajnika i podpalił różdżką kuchenkę. Tak, kuchenkę. Cudowny wynalazek półmagicznego Londynu, bo przez ścianę Ambroise niemal mógł przebić się do Dziurawego Kotła i na mugolską Charing Cross Road. Lokalizacja miała swoje zalety. Z uwagi na konieczność, niektóre poranne czynności mógł dzięki temu zrobić z ułatwieniem. Nie musiał kontrolować stopnia działania zaklęcia podgrzewającego ani ognia w kociołku w kominku (tak, mimo małej powierzchni był tu śmieszny miniaturowy kominek). Czajnik robił to za niego.
- Potrzebujesz ręcznik? Coś innego? - Spytał charakterystycznie zaspanym głosem kogoś, kto nie przywykł do takich porannych rozmów.
Czajnik zagwizdał niemal błyskawicznie a Ambroise zdjął go z ognia, przelewając obrzydliwie zielonofioletową "herbatkę" do kubka i pociągając duży łyk. Dopiero wtedy skierował głowę w stronę łóżka i pozwolił sobie na markotny uśmiech. Trochę zmieszany, choć starał się pokazywać wyluzowanie. Taki poranek był dla niego nowością. Miał nadzieję, że upłynie im pod znakiem ciszy i wyrozumiałości dla wzajemnych porannych dziwactw.
On na przykład miał swoje obrzydliwe eliksiry i maści. Średnio chciał tłumaczyć się z tej konieczności. Niezbyt pamiętał, że poprzedniego wieczoru co nieco do tego nawiązał.
- Przepraszam. To kompletny brak kultury - poprawił się z błyskiem w oku, pociągnął kolejny łyk parującej substancji. - Dzień dobry, Geraldine. Potrzebujesz ręcznik? Coś więcej? Masz ochotę na śniadanie? Mniemam, że jest trochę wcześnie, ale to nie powinno nam przeszkadzać. Buty masz obok łóżka na podłodze - uprzedził, po czym dodał ze zmarszczeniem brwi. - Kapcie... ...powinny być dobre... ...obok butów.
Tak. Kupił jej kapcie. Sam nie skojarzył, kiedy dokładnie. Bambosze w wyszywane smoki, chyba we właściwym rozmiarze. To było dziwne, ale tego nie kwestionował i ona też nie powinna.
- Wygrałem - wymamrotał półsennie, nadal praktycznie śpiąco i bez otwierania oczu.
Jeszcze nie zaczął się przeciągać. Nie poprawił niezbyt wygodnej pozycji ciała. Nie ułożył się tak, żeby nie mieć teraz problemów z drętwiącym bólem i zastałymi członkami. Pozycja do spania w półsiadzie na podłodze nie była najlepsza, żeby się wyspać. No cóż.
Jeśli chodziło o to, czemu w ogóle otworzył usta i chrapliwie się odezwał (ni to mamrotem ni to szeptem, ni to pomrukiem; czymś pośrednim) to w którymś momencie wyłapał zmianę w oddechu Geraldine. To było dziwne, bo wszystkie włoski na ciele stanęły mu dęba, ale nie czuł się nerwowo. Jego czujność nie wynikała z ostrzeżeń przed niebezpieczeństwem wysyłanych przez ciało.
Przeciwnie, chodziło o coś po drugiej stronie bieguna. Bezwiednie rejestrował i reagował na zmianę, która powinna być ledwo słyszalna a nie był łowcą tak jak Geraldine. A to niewątpliwie był instynkt łowcy. Słyszał niewyraźną, ale konkretną zmianę w natężeniu oddechu kobiety. Wcześniej przez całą noc oddychała znacznie spokojniej i głębiej. Momentami ze świstem, ale był w tym komfort. Była rozluźniona. Teraz ten oddech przebijający się przez dźwięki budzącego się Londynu był bardziej płytki i wstrzymywany. Nie chciała go budzić. Starała się być cicho a paradoksalnie to wywołało u niego ten alert.
Przez nieszczelności w drewnianych oknach dochodził pierwszy gwar Pokątnej. To były już znajome dźwięki. Promienie wschodzącego słońca przyjemnie mu muskały twarz, choć ciało miał raczej półzimne. Opieranie się o szklane drzwi (nawet z poduszką pod głową) nie było zbyt rozsądne o tej porze roku. Trochę skostniał, musiał się rozruszać.
Książka już nie leżała mu na kolanach. Puścił ją z rąk na ziemię. Upadła pod dziwnym kątem i zagięła się w połowie. To było pierwsze, co zobaczyć przez na wpół rozchylone powieki. Ziewnął, przetarł je ręką i wydał z siebie nieskładny mamrot. Potrzebował chwili, żeby się poruszyć a gdy się przeciągnął na jego twarzy pojawił się niekomfortowy grymas. Całe szczęście miał swoje zapasy. Wystarczyło wstać i powłóczyć nogami w kierunku mikroskopijnego aneksu kuchennego.
Na ten moment ani razu nie spojrzał na swojego gościa. Wpierw otworzył skrzypiące drzwiczki szafki i markotnie wyjął stamtąd jedną z dziesięciu identycznych buteleczek eliksiru, który bez słowa wlał do czajnika i podpalił różdżką kuchenkę. Tak, kuchenkę. Cudowny wynalazek półmagicznego Londynu, bo przez ścianę Ambroise niemal mógł przebić się do Dziurawego Kotła i na mugolską Charing Cross Road. Lokalizacja miała swoje zalety. Z uwagi na konieczność, niektóre poranne czynności mógł dzięki temu zrobić z ułatwieniem. Nie musiał kontrolować stopnia działania zaklęcia podgrzewającego ani ognia w kociołku w kominku (tak, mimo małej powierzchni był tu śmieszny miniaturowy kominek). Czajnik robił to za niego.
- Potrzebujesz ręcznik? Coś innego? - Spytał charakterystycznie zaspanym głosem kogoś, kto nie przywykł do takich porannych rozmów.
Czajnik zagwizdał niemal błyskawicznie a Ambroise zdjął go z ognia, przelewając obrzydliwie zielonofioletową "herbatkę" do kubka i pociągając duży łyk. Dopiero wtedy skierował głowę w stronę łóżka i pozwolił sobie na markotny uśmiech. Trochę zmieszany, choć starał się pokazywać wyluzowanie. Taki poranek był dla niego nowością. Miał nadzieję, że upłynie im pod znakiem ciszy i wyrozumiałości dla wzajemnych porannych dziwactw.
On na przykład miał swoje obrzydliwe eliksiry i maści. Średnio chciał tłumaczyć się z tej konieczności. Niezbyt pamiętał, że poprzedniego wieczoru co nieco do tego nawiązał.
- Przepraszam. To kompletny brak kultury - poprawił się z błyskiem w oku, pociągnął kolejny łyk parującej substancji. - Dzień dobry, Geraldine. Potrzebujesz ręcznik? Coś więcej? Masz ochotę na śniadanie? Mniemam, że jest trochę wcześnie, ale to nie powinno nam przeszkadzać. Buty masz obok łóżka na podłodze - uprzedził, po czym dodał ze zmarszczeniem brwi. - Kapcie... ...powinny być dobre... ...obok butów.
Tak. Kupił jej kapcie. Sam nie skojarzył, kiedy dokładnie. Bambosze w wyszywane smoki, chyba we właściwym rozmiarze. To było dziwne, ale tego nie kwestionował i ona też nie powinna.