27.09.2024, 15:18 ✶
Śmiesznie, że tak naturalnie im to przyszło. Skakali sobie do gardeł przez dużo dłuższy czas. Wydawałoby się, że nic tego nie zmieni a tym bardziej nie tak szybko. Tymczasem stali razem planując śniadanie i dyskutując o stopniach zaparzenia kawy. W dodatku byli całkiem rozmowni jak na to, że Ambroise nie przywykł do tego, żeby rano się do kogokolwiek odzywać. To powinna być cicha przestrzeń. Tymczasem może nie mówił bardzo dużo, ale niewątpliwie jej słuchał i w jakiś sposób odnosił się do usłyszanych słów. Czy to mimiką czy słownie.
- Brązowa kawa i kiełbaski z dużą ilością bekonu. Się robi - usłużnie kiwnął głową. Całkiem kulturalnie jak na niego i na to, że była chyba pierwszą osobą spoza rodziny (w tym także przyjaciół, których uznawał za rodzinę), której coś gotował.
- Wolę nie dawać ci noża do ręki, kiedy stoję w zasięgu dźgnięcia - rzucił bez zastanowienia, ale zaraz poprawił się wyciągając przed siebie otwarte dłonie w geście obrony. - Stare nawyki. Nadal się uczymy, nie? - Dodał, żeby podkreślić, że po prostu musiał się przestawić na to, że mogą nie chcieć się pozabijać.
Szło im całkiem nieźle. Kupił jej bamboszki w smoki, robił śniadanie i kawę, oddał swoje łóżko. Przyzwoicie, co nie?
Nie próbował ukryć usatysfakcjonowanego uśmieszku, który wpłynął mu na usta. Mógłby być cholernie zadowolony ze zbicia Geraldine z tropu. Nieważne co mówiła. Istotna była jej fizyczna reakcja. Spąsowiała. Zmieszała się. Osiągnął swój cel, ale to nie było takie proste. Jednocześnie faktycznie czuł samozadowolenie, ale gdzieś tam przykrytę kilkoma innymi niekoniecznie pożądanymi myślami. Za to, jakby można to było ująć? Czy byłoby to przesadą, gdyby niechętnie nazywać je trochę nazbyt pożądliwymi? Nie były pożądane, były pożądliwe. Nieznaczna acz znacząca różnica. Mógłby to zignorować. Właściwie to stale to robił, ale przyglądając się kobiecie nie do końca wiedział, co dalej (tym razem otwarcie w związku z tym, że i tak odezwał się do niej bez pardonu coś sugerując).
- To nic takiego, nie - Nie pytał.
Raczej dawał jej do zrozumienia, że nie ma problemów z rozmową na tego typu tematy. Nie było potrzeby, żeby czuła się zmieszana. Skoro mieli próbować się przyjaźnić to równie dobrze mogli od razu poruszać takie kwestie. Komplikowałoby się dopiero wtedy, gdyby były między nimi jakieś niedopowiedziane zażyłości, które istniały poza jego głową. Może to też było próbą wybadania gruntu? Pokrętne. Jasne. Natomiast, jeżeli zdecydowałaby się pociągnąć temat mimo początkowego zmieszania to być może mogli trochę rozjaśnić niektóre sytuacje.
Na przykład to czy mogli rozmawiać o swoim podejściu do krótkofalowych przygód jak to zwykli robić przyjaciele. Czy jednak lepiej, żeby trzymali się innych, mniej intymnych tematów. Ale to już by coś sugerowało, nie? Mieli przestrzeń, żeby ruszyć się do przodu albo do tyłu - gdziekolwiek w kierunku wyjścia z szarej strefy.
Ambroise nigdy nie był typem człowieka, który bawił się w jakiekolwiek podchody. Zostawiał niejasności dla innych. Lubił wiedzieć na co może sobie pozwolić. Zarzucano mu bezczelność, przerost ego, przesadną pewność siebie. Tak jak już rozmawiali: nie raz, nie dwa słyszał niewybredne słowa odnośnie siebie i swoich nawyków. Czasami byłoby lepiej, gdyby nie machał ludziom przed nosem. Niekiedy powstrzymywał się i zamykał mordę. Potrafił być słuchaczem. Był niezłym powiernikiem sekretów. Natomiast nigdy wcześniej nie chciał jednocześnie rozjaśnić sytuacji i nie musieć tego robić. Miał mętlik w głowie i wrażenie, że cokolwiek by zrobili mogło się to skończyć źle.
Z jednej strony męczył się w obecnym układzie. Mówił o przyjaźni, bo tego od niego oczekiwano a nie, bo tego chciał.
Z drugiej strony mogli wszystko spierdolić. Najpewniej on mógł, jeśli mylił się w swoich przeczuciach. Już im nie ufał.
Z trzeciej strony mogli postawić wszystko na jedną kartę, która okazałaby się tą właściwą. Nie byłoby nieprawdopodobne, że nie trafiliby na Kochanków.
Z czwartej strony mogli jednocześnie wraz z Kochankami wyciągnąć Kostuchę i coś jeszcze innego, co całkowicie popsułoby im układ.
Z piątej strony to mogło być zajebiście dobre. Te siły mogły naprawdę ułatwić mu życie. Może je wręcz ułożyć.
Z szóstej?
Wybór między ja pierdolę, ją pierdolę a my się pierdolimy był niemal niemożliwy, gdy wszystkie karty wyglądają jednakowo a słowo pierdolę pozbawione jest szerszego przejrzystego kontekstu.
Znowu wybór ograniczał się do spasowania.
- Hm? - Uniósł brew, przyglądając się Geraldine, jakby nie do końca zrozumiał do czego piła.
W głowie dawno zapomniał o leżankach. Dodatkowo prawie zagapił się i oparzył rękę o zbyt rozgrzaną patelnię. Całe szczęście w odpowiedniej chwili cofnął palce i jak gdyby nigdy nic wyciągnął rękę po opakowanie bekonu, żeby włożyć go na patelnię z kiełbaskami. Średnio pilnował właściwej kolejności.
- Na pewno bez dodatków? - Upewnił się, żeby tylko coś powiedzieć.
- Brązowa kawa i kiełbaski z dużą ilością bekonu. Się robi - usłużnie kiwnął głową. Całkiem kulturalnie jak na niego i na to, że była chyba pierwszą osobą spoza rodziny (w tym także przyjaciół, których uznawał za rodzinę), której coś gotował.
- Wolę nie dawać ci noża do ręki, kiedy stoję w zasięgu dźgnięcia - rzucił bez zastanowienia, ale zaraz poprawił się wyciągając przed siebie otwarte dłonie w geście obrony. - Stare nawyki. Nadal się uczymy, nie? - Dodał, żeby podkreślić, że po prostu musiał się przestawić na to, że mogą nie chcieć się pozabijać.
Szło im całkiem nieźle. Kupił jej bamboszki w smoki, robił śniadanie i kawę, oddał swoje łóżko. Przyzwoicie, co nie?
Nie próbował ukryć usatysfakcjonowanego uśmieszku, który wpłynął mu na usta. Mógłby być cholernie zadowolony ze zbicia Geraldine z tropu. Nieważne co mówiła. Istotna była jej fizyczna reakcja. Spąsowiała. Zmieszała się. Osiągnął swój cel, ale to nie było takie proste. Jednocześnie faktycznie czuł samozadowolenie, ale gdzieś tam przykrytę kilkoma innymi niekoniecznie pożądanymi myślami. Za to, jakby można to było ująć? Czy byłoby to przesadą, gdyby niechętnie nazywać je trochę nazbyt pożądliwymi? Nie były pożądane, były pożądliwe. Nieznaczna acz znacząca różnica. Mógłby to zignorować. Właściwie to stale to robił, ale przyglądając się kobiecie nie do końca wiedział, co dalej (tym razem otwarcie w związku z tym, że i tak odezwał się do niej bez pardonu coś sugerując).
- To nic takiego, nie - Nie pytał.
Raczej dawał jej do zrozumienia, że nie ma problemów z rozmową na tego typu tematy. Nie było potrzeby, żeby czuła się zmieszana. Skoro mieli próbować się przyjaźnić to równie dobrze mogli od razu poruszać takie kwestie. Komplikowałoby się dopiero wtedy, gdyby były między nimi jakieś niedopowiedziane zażyłości, które istniały poza jego głową. Może to też było próbą wybadania gruntu? Pokrętne. Jasne. Natomiast, jeżeli zdecydowałaby się pociągnąć temat mimo początkowego zmieszania to być może mogli trochę rozjaśnić niektóre sytuacje.
Na przykład to czy mogli rozmawiać o swoim podejściu do krótkofalowych przygód jak to zwykli robić przyjaciele. Czy jednak lepiej, żeby trzymali się innych, mniej intymnych tematów. Ale to już by coś sugerowało, nie? Mieli przestrzeń, żeby ruszyć się do przodu albo do tyłu - gdziekolwiek w kierunku wyjścia z szarej strefy.
Ambroise nigdy nie był typem człowieka, który bawił się w jakiekolwiek podchody. Zostawiał niejasności dla innych. Lubił wiedzieć na co może sobie pozwolić. Zarzucano mu bezczelność, przerost ego, przesadną pewność siebie. Tak jak już rozmawiali: nie raz, nie dwa słyszał niewybredne słowa odnośnie siebie i swoich nawyków. Czasami byłoby lepiej, gdyby nie machał ludziom przed nosem. Niekiedy powstrzymywał się i zamykał mordę. Potrafił być słuchaczem. Był niezłym powiernikiem sekretów. Natomiast nigdy wcześniej nie chciał jednocześnie rozjaśnić sytuacji i nie musieć tego robić. Miał mętlik w głowie i wrażenie, że cokolwiek by zrobili mogło się to skończyć źle.
Z jednej strony męczył się w obecnym układzie. Mówił o przyjaźni, bo tego od niego oczekiwano a nie, bo tego chciał.
Z drugiej strony mogli wszystko spierdolić. Najpewniej on mógł, jeśli mylił się w swoich przeczuciach. Już im nie ufał.
Z trzeciej strony mogli postawić wszystko na jedną kartę, która okazałaby się tą właściwą. Nie byłoby nieprawdopodobne, że nie trafiliby na Kochanków.
Z czwartej strony mogli jednocześnie wraz z Kochankami wyciągnąć Kostuchę i coś jeszcze innego, co całkowicie popsułoby im układ.
Z piątej strony to mogło być zajebiście dobre. Te siły mogły naprawdę ułatwić mu życie. Może je wręcz ułożyć.
Z szóstej?
Wybór między ja pierdolę, ją pierdolę a my się pierdolimy był niemal niemożliwy, gdy wszystkie karty wyglądają jednakowo a słowo pierdolę pozbawione jest szerszego przejrzystego kontekstu.
Znowu wybór ograniczał się do spasowania.
- Hm? - Uniósł brew, przyglądając się Geraldine, jakby nie do końca zrozumiał do czego piła.
W głowie dawno zapomniał o leżankach. Dodatkowo prawie zagapił się i oparzył rękę o zbyt rozgrzaną patelnię. Całe szczęście w odpowiedniej chwili cofnął palce i jak gdyby nigdy nic wyciągnął rękę po opakowanie bekonu, żeby włożyć go na patelnię z kiełbaskami. Średnio pilnował właściwej kolejności.
- Na pewno bez dodatków? - Upewnił się, żeby tylko coś powiedzieć.