27.09.2024, 17:31 ✶
- Tak, tak. Jesteś niebezpieczna. Jasne - trochę drwił z tej postawy niewzruszonej łowczej gotowej do każdego rodzaju ataku.
W tym zmiany dźgnięcia na rzucanie nożami. Teatralnie odsunął od niej ostrze, kiedy skończył nakrawać kiełbaski. Ostrożności nigdy zbyt wiele, nawet jeśli Ambroise nie był zbyt ostrożny.
- Przeskoczyliśmy klasę czy dwie. Zważywszy na to, że zaczynaliśmy bez klasy to chyba jest nieźle - przyznał również z wymuszoną radością i uśmiechem, który nie angażował oczu.
Oczy miał poważne, żeby nie powiedzieć zamyślone i chmurne.
Dopiero ta mała okazyjka do zbicia Geraldine z tropu wywołała u niego prawdziwsze rozbawienie. Niestety nie potrwało zbyt długo. Miał wrażenie, że w ich przypadku "nic nie może przecież wiecznie trwać" sprawdziłoby się jako maksyma.
- Zgadza się - tym razem już nie spojrzał Geraldine w oczy, zamiast tego wzruszył ramionami. - Zresztą niedługo będziemy mogli widywać się w innych okolicznościach a do tego czasu leżanka będzie całkiem wygodna - zapewnił z niesmakiem w ustach, bo nie planował sugerować, że nie chce ciągnąć ich wieczorów.
Wręcz przeciwnie. Pasowało mu to wspólne milczenie i nienachalna obecność kobiety w mieszkaniu, które bez niej robiło się jakby bardziej puste i chłodniejsze. Nie tylko z uwagi na to, że nad głową mieli tylko lekko ocieplony dach i zimą bywał tu wypizdówek. Latem zapewne piekarnik - uroki takich budynków. Miał bardziej na myśli niematerialną nieobecność, której na ten moment jeszcze nie próbował wypełniać. Myśl o tym, że nie muszą umawiać się na konkretny termin a ona i tak przyjdzie była wystarczająca. Prócz tego chyba nie chciał musieć pospiesznie wyganiać kogoś z kawalerki albo dopuszczać do niezręcznych spotkań na klatce schodowej.
Z jakiegoś powodu zależało mu na tym, żeby nie wyjść na człowieka, który bawił się innymi ludźmi. Za ich zgodą i pełną świadomością, oczywiście, ale nie chciał zostać wzięty za niereformowalnego babiarza. Nawet, jeśli już jej kiedyś powiedział, że nim był to nigdy nie dostała fizycznego dowodu na to. Wydawało mu się, że to trochę niwelowało tamte komentarze. To było pokrętne, bo jednocześnie czuł, że zaczyna dusić się w tej świadomej postawie, którą przyjął. Sam się ograniczył, ale powód ku temu nie miał sensu. Czy przyjaciele nie powinni się bezwzględnie akceptować? Z ich wcześniejszych interakcji i zaczepek wynikało, że żadne z nich nie było święte. Tymczasem zachowywali się jak wstydliwe uczniaki a on dodatkowo czuł ścisk w gardle na myśl czy może ją potrzymać za rękę. Absurd gonił absurd.
Zgadza się. Nie słuchał jej od minuty. Może dwóch. Jeśli miał być szczery to możliwe, że dłużej. Nie potrafiłby powtórzyć niczego, co mówiła. Nie wiedział czy w ogóle się odzywała. Wzruszył ramionami (ostatnio robił to niemal jak ćwiczenia kręgosłupa).
- Nie słuchałem - przyznał.
Nie próbował zapewniać Geraldine, że było inaczej. Tym razem mogłaby to błyskawicznie zweryfikować. Jedno pytanie by wystarczyło, żeby postawić go pod ścianą. Równie dobrze mógł być szczery i mieć kontrolę nad sytuacją. Przynajmniej pozorną, bo ostatnio żadnej nie miał.
- Wyśmienicie. Wyjmiesz jakąś zastawę? Ja przypilnuję patelni i zrobię kawę - przesunął się, żeby pokazać jej niską szafkę pod blatem, w której mogła znaleźć jakieś talerze i szufladę na sztućce obok.
Trochę chciał zwiększyć dystans między nimi. Faktyczny fizyczny, ale mentalny może też? Czuł się dziwnie z tym, że byli sobie blisko dalecy.
W tym zmiany dźgnięcia na rzucanie nożami. Teatralnie odsunął od niej ostrze, kiedy skończył nakrawać kiełbaski. Ostrożności nigdy zbyt wiele, nawet jeśli Ambroise nie był zbyt ostrożny.
- Przeskoczyliśmy klasę czy dwie. Zważywszy na to, że zaczynaliśmy bez klasy to chyba jest nieźle - przyznał również z wymuszoną radością i uśmiechem, który nie angażował oczu.
Oczy miał poważne, żeby nie powiedzieć zamyślone i chmurne.
Dopiero ta mała okazyjka do zbicia Geraldine z tropu wywołała u niego prawdziwsze rozbawienie. Niestety nie potrwało zbyt długo. Miał wrażenie, że w ich przypadku "nic nie może przecież wiecznie trwać" sprawdziłoby się jako maksyma.
- Zgadza się - tym razem już nie spojrzał Geraldine w oczy, zamiast tego wzruszył ramionami. - Zresztą niedługo będziemy mogli widywać się w innych okolicznościach a do tego czasu leżanka będzie całkiem wygodna - zapewnił z niesmakiem w ustach, bo nie planował sugerować, że nie chce ciągnąć ich wieczorów.
Wręcz przeciwnie. Pasowało mu to wspólne milczenie i nienachalna obecność kobiety w mieszkaniu, które bez niej robiło się jakby bardziej puste i chłodniejsze. Nie tylko z uwagi na to, że nad głową mieli tylko lekko ocieplony dach i zimą bywał tu wypizdówek. Latem zapewne piekarnik - uroki takich budynków. Miał bardziej na myśli niematerialną nieobecność, której na ten moment jeszcze nie próbował wypełniać. Myśl o tym, że nie muszą umawiać się na konkretny termin a ona i tak przyjdzie była wystarczająca. Prócz tego chyba nie chciał musieć pospiesznie wyganiać kogoś z kawalerki albo dopuszczać do niezręcznych spotkań na klatce schodowej.
Z jakiegoś powodu zależało mu na tym, żeby nie wyjść na człowieka, który bawił się innymi ludźmi. Za ich zgodą i pełną świadomością, oczywiście, ale nie chciał zostać wzięty za niereformowalnego babiarza. Nawet, jeśli już jej kiedyś powiedział, że nim był to nigdy nie dostała fizycznego dowodu na to. Wydawało mu się, że to trochę niwelowało tamte komentarze. To było pokrętne, bo jednocześnie czuł, że zaczyna dusić się w tej świadomej postawie, którą przyjął. Sam się ograniczył, ale powód ku temu nie miał sensu. Czy przyjaciele nie powinni się bezwzględnie akceptować? Z ich wcześniejszych interakcji i zaczepek wynikało, że żadne z nich nie było święte. Tymczasem zachowywali się jak wstydliwe uczniaki a on dodatkowo czuł ścisk w gardle na myśl czy może ją potrzymać za rękę. Absurd gonił absurd.
Zgadza się. Nie słuchał jej od minuty. Może dwóch. Jeśli miał być szczery to możliwe, że dłużej. Nie potrafiłby powtórzyć niczego, co mówiła. Nie wiedział czy w ogóle się odzywała. Wzruszył ramionami (ostatnio robił to niemal jak ćwiczenia kręgosłupa).
- Nie słuchałem - przyznał.
Nie próbował zapewniać Geraldine, że było inaczej. Tym razem mogłaby to błyskawicznie zweryfikować. Jedno pytanie by wystarczyło, żeby postawić go pod ścianą. Równie dobrze mógł być szczery i mieć kontrolę nad sytuacją. Przynajmniej pozorną, bo ostatnio żadnej nie miał.
- Wyśmienicie. Wyjmiesz jakąś zastawę? Ja przypilnuję patelni i zrobię kawę - przesunął się, żeby pokazać jej niską szafkę pod blatem, w której mogła znaleźć jakieś talerze i szufladę na sztućce obok.
Trochę chciał zwiększyć dystans między nimi. Faktyczny fizyczny, ale mentalny może też? Czuł się dziwnie z tym, że byli sobie blisko dalecy.