27.09.2024, 19:30 ✶
Zaskoczona Mona zamrugała, kiedy Brenna wręczyła jej paczkę. Przez chwilę popatrzyła na prezent, a potem na przyjaciółkę. Poczuła ciepło rozlewające się w piersi. Miło było wiedzieć, że ktoś o niej pamięta, bo pracowała w takim miejscu, gdzie odwiedziny były raczej rzadkością. Oczywiście, tutejsi przyjaciele i rodzina dbali, aby dzień jej urodzin nie przeszedł bez echa, ale to było co innego. Wizyta kogoś z czasów szkolnych… To wywoływało w niej falę nostalgii.
— Och, Brenno, naprawdę nie musiałaś – ścisnęła podarunek mocniej. — I nigdy bym cię nie uderzyła, nie tak się tak traktuje dobrą koleżankę, która przyjechała do mnie taki kawał, prawda?
Posłała jej uroczy uśmiech i z czułością spojrzała na zapachową świeczkę lawendową. Mały gest, a jednak znaczył tak wiele w tamtym momencie.
— Nieczęsto mamy tu gości – dodała po chwili, rozglądając się po pomieszczeniu, w którym panował pewien chaotyczny porządek. Pokój, w którym znajdowały się Mona i Brenna, było jednym z dwóch większych w części mieszkalnej rezerwatu, przeznaczonej dla opiekunów. W rogach stały regały pełne ksiąg i dokumentów związanych z opieką nad magicznymi stworzeniami. W kącie przy kominku, który zapewniał ciepło i łagodny blask w chłodniejsze dni, stały dwa wygodne, nieco sfatygowane fotele. Na jednym z nich zawsze można było znaleźć porzucone notatki. Na środku pokoju znajdował się prosty, dębowy stół, pełen papierów, map i raportów. Miejsce to służyło nie tylko jako przestrzeń do wypoczynku, ale także jako centrum dowodzenia codziennymi zadaniami. Było również parę innych mniejszych biurek. Klimacik był… na upartego.
— Herbaty tu nie brakuje, ale najpierw cię nakarmię. A może… obie rzeczy? Herbata na wynos? Zrobimy rundkę po rezerwacie, pokażę ci, co tu nowego. Mogę wziąć jakiś koc i talerzyki, jeśli masz ochotę, chyba że wolisz zjeść tutaj w środku? Bo spacer po wrzosowiskach brzmi jak idealny pomysł. Zwłaszcza, że ten stos papierów – wskazała na biurko zasypane dokumentami – nie daje mi spokoju. Przysłało je biuro. Jakbyśmy nie mieli tu nic innego do roboty. Chociaż to tutaj to pewnie nic z waszym administracyjnym koszmarem, co?
Mona w duchu dziękowała za to, że nigdy nie dotknęła biurokracji. Stłumiła westchnięcie, bo w jej oczach błysnęła iskra rozbawienia, kiedy jej wzrok przeniósł się na Zębatka. Wredna bestia krążyła po pokoju, ale wciąż bliżej Brenny. Podchodził do niej ostrożnie, z ciekawością badając buty. Szukał czegoś do podgryzienia. Uśmiechnęła się przepraszająco. – Przepraszam, Zębatek ma tendencję do gryzienia wszystkiego, co napotka, ale uwierz mi, robi to z sympatii. Nie oddaj tylko butów bez walki.
A potem Mona prychnęła na wzmiance o „usłudze jazdy na smokach”. Więc i w towarzystwie starej przyjaciółki pozwoliła sobie na tyradę.
– O tak, widziałam to – powiedziała, przewracając oczami. – Absolutna bzdura. Pewnie znowu próbują napisać coś sensacyjnego, bo ostatnie tygodnie były zbyt spokojne. Żadnych wybuchów, żadnych skandali, to wymyślają, że oferujemy przejażdżki na smokach. Chyba to jakiś pomysł kolejnego miliardera, który nie ma co zrobić z nadmiarem pieniędzy. Chcą zrobić z smoków atrakcje turystyczne, a potem co? Smocze taksówki? To nie są stworzenia, które po prostu dadzą się okiełznać dla kilku galeonów.
Przez chwilę popatrzyła się przez okno. A potem znów zaczęła od nowa:
— Dorosłe smoki? Nie ma mowy. Agresja u niektórych ras jest zbyt głęboko zakorzeniona, to instynkt. Ale smoki wychowane od wyklucia... Być może dałoby się z nimi pracować. Chociaż wiele miesięcy zajęło mi wychowanie tego, o tu, małego głodomora. Już nie wspominając o tym, że to nie smok, i ile trwało nauczenie go najprostszej komendy. Ale wracając do ciebie – Mona zmieniła temat, nalewając herbaty do kubków. – Co u ciebie? Jak ci idzie z tymi sprawami, którymi się zajmujesz? Coś ciekawego na horyzoncie? Nie wierzę, że nie masz żadnej fascynującej historii do opowiedzenia.
Podała naczynie z ciepłym naparem Brennie, postawiła cukierniczkę gdzieś na środek dębowego stołu z papierami. Jej stres z ostatnich dni powoli topniał w towarzystwie drugiej kobiety. Nawet Zębatek, który dumnie krążył po pomieszczeniu, wydawał się mniej kłopotliwy.
— Och, Brenno, naprawdę nie musiałaś – ścisnęła podarunek mocniej. — I nigdy bym cię nie uderzyła, nie tak się tak traktuje dobrą koleżankę, która przyjechała do mnie taki kawał, prawda?
Posłała jej uroczy uśmiech i z czułością spojrzała na zapachową świeczkę lawendową. Mały gest, a jednak znaczył tak wiele w tamtym momencie.
— Nieczęsto mamy tu gości – dodała po chwili, rozglądając się po pomieszczeniu, w którym panował pewien chaotyczny porządek. Pokój, w którym znajdowały się Mona i Brenna, było jednym z dwóch większych w części mieszkalnej rezerwatu, przeznaczonej dla opiekunów. W rogach stały regały pełne ksiąg i dokumentów związanych z opieką nad magicznymi stworzeniami. W kącie przy kominku, który zapewniał ciepło i łagodny blask w chłodniejsze dni, stały dwa wygodne, nieco sfatygowane fotele. Na jednym z nich zawsze można było znaleźć porzucone notatki. Na środku pokoju znajdował się prosty, dębowy stół, pełen papierów, map i raportów. Miejsce to służyło nie tylko jako przestrzeń do wypoczynku, ale także jako centrum dowodzenia codziennymi zadaniami. Było również parę innych mniejszych biurek. Klimacik był… na upartego.
— Herbaty tu nie brakuje, ale najpierw cię nakarmię. A może… obie rzeczy? Herbata na wynos? Zrobimy rundkę po rezerwacie, pokażę ci, co tu nowego. Mogę wziąć jakiś koc i talerzyki, jeśli masz ochotę, chyba że wolisz zjeść tutaj w środku? Bo spacer po wrzosowiskach brzmi jak idealny pomysł. Zwłaszcza, że ten stos papierów – wskazała na biurko zasypane dokumentami – nie daje mi spokoju. Przysłało je biuro. Jakbyśmy nie mieli tu nic innego do roboty. Chociaż to tutaj to pewnie nic z waszym administracyjnym koszmarem, co?
Mona w duchu dziękowała za to, że nigdy nie dotknęła biurokracji. Stłumiła westchnięcie, bo w jej oczach błysnęła iskra rozbawienia, kiedy jej wzrok przeniósł się na Zębatka. Wredna bestia krążyła po pokoju, ale wciąż bliżej Brenny. Podchodził do niej ostrożnie, z ciekawością badając buty. Szukał czegoś do podgryzienia. Uśmiechnęła się przepraszająco. – Przepraszam, Zębatek ma tendencję do gryzienia wszystkiego, co napotka, ale uwierz mi, robi to z sympatii. Nie oddaj tylko butów bez walki.
A potem Mona prychnęła na wzmiance o „usłudze jazdy na smokach”. Więc i w towarzystwie starej przyjaciółki pozwoliła sobie na tyradę.
– O tak, widziałam to – powiedziała, przewracając oczami. – Absolutna bzdura. Pewnie znowu próbują napisać coś sensacyjnego, bo ostatnie tygodnie były zbyt spokojne. Żadnych wybuchów, żadnych skandali, to wymyślają, że oferujemy przejażdżki na smokach. Chyba to jakiś pomysł kolejnego miliardera, który nie ma co zrobić z nadmiarem pieniędzy. Chcą zrobić z smoków atrakcje turystyczne, a potem co? Smocze taksówki? To nie są stworzenia, które po prostu dadzą się okiełznać dla kilku galeonów.
Przez chwilę popatrzyła się przez okno. A potem znów zaczęła od nowa:
— Dorosłe smoki? Nie ma mowy. Agresja u niektórych ras jest zbyt głęboko zakorzeniona, to instynkt. Ale smoki wychowane od wyklucia... Być może dałoby się z nimi pracować. Chociaż wiele miesięcy zajęło mi wychowanie tego, o tu, małego głodomora. Już nie wspominając o tym, że to nie smok, i ile trwało nauczenie go najprostszej komendy. Ale wracając do ciebie – Mona zmieniła temat, nalewając herbaty do kubków. – Co u ciebie? Jak ci idzie z tymi sprawami, którymi się zajmujesz? Coś ciekawego na horyzoncie? Nie wierzę, że nie masz żadnej fascynującej historii do opowiedzenia.
Podała naczynie z ciepłym naparem Brennie, postawiła cukierniczkę gdzieś na środek dębowego stołu z papierami. Jej stres z ostatnich dni powoli topniał w towarzystwie drugiej kobiety. Nawet Zębatek, który dumnie krążył po pomieszczeniu, wydawał się mniej kłopotliwy.