27.09.2024, 20:22 ✶
- Mam nadzieję, że nie zajebiście dużo, bo nigdy nie byłem kujonem - odpowiedział z lekkim uśmiechem.
Jego wykonywany zawód trochę temu przeczył, ale to był fakt. W Hogwarcie prześlizgiwał się w ramach forów dawanych graczom Quidditcha. Często opuszczał zajęcia przez treningi. Był dobry wyłącznie w tym, co go interesowało. Reszta przedmiotów była mu nie po drodze. W tamtych czasach nie założyłby, że wyląduje jako uzdrowiciel w Mungu. Widział dla siebie zupełnie inną karierę. Cóż. To był jeden z pierwszych znaków, że los był przewrotny.
Ich obecne stosunki były kolejnym potwierdzeniem tego spostrzeżenia. Od potencjalnych przyjaciół po niechętnych współpracowników z zadatkami na wrogów po jak to nazywał - przyjaciół. Z cudzysłowem albo bez. Nie ustalili tego. Wątpił, że kiedykolwiek to ustalą.
- Później może?... - ...no, właśnie. Co później może?
Był artystą, że w ogóle cokolwiek dopuszczał, odzywając się i milknąc bez dalszych wyjaśnień. Machnął ręka na znak, że pierdolił farmazony i nie powinna go słuchać. Zacisnął wargi, pokręcił głową. Wrócił wzrokiem do patelni, której zawartość nagle wymagała częstego mieszania, choć nie było tam niczego co by tego potrzebowało. Wręcz powinien zostawić to mięcho w spokoju, żeby się dobrze wytapiało.
No, gratulacje. Mógł je sobie złożyć, bo sam nie wiedział, co mógłby sugerować czy proponować w miejsce tej jebanej leżanki.
- Staram się - odmruknął bez przekonania.
Mogło być ciężko to zauważyć, ale starał się. Nie robił tego specjalnie i nie decydował o tym, że nagle przestanie słuchać. Zazwyczaj skupiał się na tym co mu miała do przekazania. Im więcej czasu spędzali wspólnie w milczeniu tym chętniej zamykał mordę i starał się jej wysłuchać. Przychodziło mu to coraz łatwiej. Już nie wszędzie próbował wtrącać swoje trzy knuty. Zazwyczaj interesowało go to co Geraldine ma do przekazania.
Lubił barwę jej głosu, choć nikt by od niego nie wyciągnął takiego wyznania. Lubił także błysk i zacięcie w jej oczach, kiedy podejmowała rzucone wyzwanie. Może dlatego nadal ją zaczepiał. Uważał, że to przyjemny dla oka widok. Wtedy nie miał problemu z odczytaniem jej myśli i łatwiej interpretował reakcje kobiety. Kiedy była zamyślona nie mógł tego tak łatwo robić. Wydawało mu się, że podświadomie wie co chodzi jej po głowie, ale właśnie - nie był pewny. Może tylko mu się wydawało.
Jak z dziećmi w Hogwarcie. Dużo łatwiej było wywołać jakąś reakcję i obserwować efekt. Czy się rumieniła tak jak jeszcze chwilę temu. A może złościła, bo ewidentnie przeginał. Może to była udawana sztuczna złość, która zaczął powoli rozróżniać. Jeżeli była prawdziwa to w którym momencie powinien zamknąć gębę i gdzie leżała granica. Czy jego zachowanie wywoływało u niej głównie politowanie, irytację, rozdrażnienie, zażenowanie albo inne nie do końca dobre emocje. Może pod tym były też te dobre, do których jeszcze nie doszedł, w jaki sposób powinien je z niej wyciągnąć.
W swoich oczach był prosty. Ona - skomplikowana i złożona. Czuł się jak saper przy tykającej bombie, która mogła wybuchnąć a mogła nie. To mogła być atrapa. Test czy podejmie działanie. Ale równie dobrze mógł pociągnąć za niewłaściwą strunę w jej duszy i wszystko rozpierdolić. Czasami odnosił wrażenie, że cały czas lekko nadpiłowuje tę linkę. Coś mu kazało kwestionować czy to nie byłoby najlepszym rozwiązaniem. Spróbowałby zamiast stać w miejscu i udawać, że wszystko jest normalnie a ich problemy dotyczą wszystkiego tylko nie ich relacji i sposobu, w jaki się do siebie odnosili. Także tego, w jaki spojrzał na jej tyłek, kiedy wyciągała rzeczy z szafki.
Cholera. Wiódł się na pokuszenie.
- Nie musisz tego rozkładać jakoś przesadnie - uprzedził, bo nie wiedział co planowała.
Jeszcze postanowiłaby nakryć im do śniadania z ułożeniem sztućców we właściwy sposób. Jeszcze nie wiedział jak podchodziła do takich rzeczy. Wydawało mu się, że raczej normalnie. Nie jak czystokrwista dama domu. Dla ich dwojga najlepsze byłoby postawienie talerzy gdziekolwiek na stoliku. Nawet na książkach, ale Geraldine ostrożnie je zdjęła. Obdarzył ją dłuższym spojrzeniem, oddychając bezgłośnie przez coś z zaciśniętymi ustami i obrócił się do patelni, żeby przekręcić mięso.
Zalał kawę w kubkach. Swojego po eliksirze nawet nie mylił, bo nie uznał tego za konieczne. Następnie rozejrzał się za czymś mogącym posłużyć za tacę a kiedy tego nie znalazł skorzystał z jakiegoś dużego leksykonu w twardej okładce, na którym postawił kubki i patelnię (tak, miało być kółko na okładce), żeby przynieść je do stolika.
- Bon appétit - rzucił swoją fatalną wersją francuskiego, ruchem ręki dając znak, żeby pierwsza się częstowała.
Sam usiadł na krześle z kubkiem kawy parzącej w język.
Jego wykonywany zawód trochę temu przeczył, ale to był fakt. W Hogwarcie prześlizgiwał się w ramach forów dawanych graczom Quidditcha. Często opuszczał zajęcia przez treningi. Był dobry wyłącznie w tym, co go interesowało. Reszta przedmiotów była mu nie po drodze. W tamtych czasach nie założyłby, że wyląduje jako uzdrowiciel w Mungu. Widział dla siebie zupełnie inną karierę. Cóż. To był jeden z pierwszych znaków, że los był przewrotny.
Ich obecne stosunki były kolejnym potwierdzeniem tego spostrzeżenia. Od potencjalnych przyjaciół po niechętnych współpracowników z zadatkami na wrogów po jak to nazywał - przyjaciół. Z cudzysłowem albo bez. Nie ustalili tego. Wątpił, że kiedykolwiek to ustalą.
- Później może?... - ...no, właśnie. Co później może?
Był artystą, że w ogóle cokolwiek dopuszczał, odzywając się i milknąc bez dalszych wyjaśnień. Machnął ręka na znak, że pierdolił farmazony i nie powinna go słuchać. Zacisnął wargi, pokręcił głową. Wrócił wzrokiem do patelni, której zawartość nagle wymagała częstego mieszania, choć nie było tam niczego co by tego potrzebowało. Wręcz powinien zostawić to mięcho w spokoju, żeby się dobrze wytapiało.
No, gratulacje. Mógł je sobie złożyć, bo sam nie wiedział, co mógłby sugerować czy proponować w miejsce tej jebanej leżanki.
- Staram się - odmruknął bez przekonania.
Mogło być ciężko to zauważyć, ale starał się. Nie robił tego specjalnie i nie decydował o tym, że nagle przestanie słuchać. Zazwyczaj skupiał się na tym co mu miała do przekazania. Im więcej czasu spędzali wspólnie w milczeniu tym chętniej zamykał mordę i starał się jej wysłuchać. Przychodziło mu to coraz łatwiej. Już nie wszędzie próbował wtrącać swoje trzy knuty. Zazwyczaj interesowało go to co Geraldine ma do przekazania.
Lubił barwę jej głosu, choć nikt by od niego nie wyciągnął takiego wyznania. Lubił także błysk i zacięcie w jej oczach, kiedy podejmowała rzucone wyzwanie. Może dlatego nadal ją zaczepiał. Uważał, że to przyjemny dla oka widok. Wtedy nie miał problemu z odczytaniem jej myśli i łatwiej interpretował reakcje kobiety. Kiedy była zamyślona nie mógł tego tak łatwo robić. Wydawało mu się, że podświadomie wie co chodzi jej po głowie, ale właśnie - nie był pewny. Może tylko mu się wydawało.
Jak z dziećmi w Hogwarcie. Dużo łatwiej było wywołać jakąś reakcję i obserwować efekt. Czy się rumieniła tak jak jeszcze chwilę temu. A może złościła, bo ewidentnie przeginał. Może to była udawana sztuczna złość, która zaczął powoli rozróżniać. Jeżeli była prawdziwa to w którym momencie powinien zamknąć gębę i gdzie leżała granica. Czy jego zachowanie wywoływało u niej głównie politowanie, irytację, rozdrażnienie, zażenowanie albo inne nie do końca dobre emocje. Może pod tym były też te dobre, do których jeszcze nie doszedł, w jaki sposób powinien je z niej wyciągnąć.
W swoich oczach był prosty. Ona - skomplikowana i złożona. Czuł się jak saper przy tykającej bombie, która mogła wybuchnąć a mogła nie. To mogła być atrapa. Test czy podejmie działanie. Ale równie dobrze mógł pociągnąć za niewłaściwą strunę w jej duszy i wszystko rozpierdolić. Czasami odnosił wrażenie, że cały czas lekko nadpiłowuje tę linkę. Coś mu kazało kwestionować czy to nie byłoby najlepszym rozwiązaniem. Spróbowałby zamiast stać w miejscu i udawać, że wszystko jest normalnie a ich problemy dotyczą wszystkiego tylko nie ich relacji i sposobu, w jaki się do siebie odnosili. Także tego, w jaki spojrzał na jej tyłek, kiedy wyciągała rzeczy z szafki.
Cholera. Wiódł się na pokuszenie.
- Nie musisz tego rozkładać jakoś przesadnie - uprzedził, bo nie wiedział co planowała.
Jeszcze postanowiłaby nakryć im do śniadania z ułożeniem sztućców we właściwy sposób. Jeszcze nie wiedział jak podchodziła do takich rzeczy. Wydawało mu się, że raczej normalnie. Nie jak czystokrwista dama domu. Dla ich dwojga najlepsze byłoby postawienie talerzy gdziekolwiek na stoliku. Nawet na książkach, ale Geraldine ostrożnie je zdjęła. Obdarzył ją dłuższym spojrzeniem, oddychając bezgłośnie przez coś z zaciśniętymi ustami i obrócił się do patelni, żeby przekręcić mięso.
Zalał kawę w kubkach. Swojego po eliksirze nawet nie mylił, bo nie uznał tego za konieczne. Następnie rozejrzał się za czymś mogącym posłużyć za tacę a kiedy tego nie znalazł skorzystał z jakiegoś dużego leksykonu w twardej okładce, na którym postawił kubki i patelnię (tak, miało być kółko na okładce), żeby przynieść je do stolika.
- Bon appétit - rzucił swoją fatalną wersją francuskiego, ruchem ręki dając znak, żeby pierwsza się częstowała.
Sam usiadł na krześle z kubkiem kawy parzącej w język.