27.09.2024, 22:54 ✶
Nie wiedzieć czemu nie spodziewał się wybuchu ze strony siostry. Wiedział, że oboje mieli krótki lont, ale w swojej złości nie wziął pod uwagę, że mogła chcieć tak po prostu zakończyć ich dyskusję wyjściem. To wprowadziło go w konsternację, później w irytację, na koniec w niezbyt mocne, ale kłujące poczucie... ...winy? Nie umiał sobie radzić z poczuciem winy.
- Roselyn - wszedł jej w słowo ciężkim, posępnym tonem, wzdychając, bo co miałby z tym zrobić? Ona ewidentnie podjęła swoje decyzje. - Roo, do kurwy nędzy. Nie zachowuj się jak urażony bachor - nie warczał na nią.
Brzmiał raczej na coraz bardziej zrezygnowanego i nie mniej zirytowanego, ale głównie to pierwsze. Był krótkowzroczny i nazbyt optymistyczny (o ironio losu) sądząc, że mógł ją ot tak powstrzymać. Jak chciała wsadzić palce w kwas to nie przychodziła go spytać o pozwolenie. Wręcz przeciwnie. Raczej dawała mu znać, że już spróbowała z trochę mniejszym stężeniem i było fajnie. Dawała mu znać, że leci próbować dalej a on mógł jej co najwyżej potowarzyszyć w eksperymentach.
Z oślim uporem ignorowała jego poparzone, porozpuszczane palce z niewiele dającymi bandażami. Nie jęczał jej o tym, że go boli. Miał w zwyczaju bagatelizować swoje problemy (no, chyba że akurat potrzebował wyciągnąć je do rangi Największych Dramatów; wtedy co innego) robić dobrą minę do złej gry. Bywały tematy tak drażniące jego demony, że nie wyciągał ich w stosunku do nikogo, na kim mu zależało. Na swój sposób chciał być dla Rosie oparciem a nie kimś, kogo widziałaby w zbyt wielu chwilach słabości.
Pomijał pewne tematy a teraz ewidentnie nie był w stanie powiedzieć tego w taki sposób, żeby jakoś na nią wpłynąć. Jedyne co zrobił to dał jej do zrozumienia, że jest chujem, nie oparciem. Nie planował tego. To nie było zamierzone. Chciał mieć w stosunku do niej klapki na oczach, wierząc w to, że wystarczy kilka ostrzejszych słów, żeby się ocknęła.
Ale czy on by się ocknął na jej miejscu?
Oczywiście, że kurwa nie.
Wiele lat gonił króliczka. Ranił siebie i osobę, na której mu przecież zależało. Skakał sobie do gardeł. Mówił rzeczy, których nie myślał, ale wiedział o nich, że zabolą. Odwdzięczał się pięknym za nadobne. Kłamał, zatajał, manipulował w imię dobra, którego nie było. Kuźwa, gdyby to do siebie dopuścił prawdopodobnie mógłby dojść do wniosku, że wcale nie był lepszy od takiego Borgina. Po prostu lepiej udawał czarownego i miał to szczęście przyjść na świat w bardziej szanowanym rodzie.
Oczywiście, że nie wziął tego pod uwagę. Ambroise był ślepy na wszystko, co nie zgadzało się z jego narracją.
Mimo to nie chciał kończyć ich rozmowy w taki sposób. Jeśli był w stanie ugiąć przed kimś karku (przynajmniej trochę) to raczej nie było wielu osób istotniejszych od Roselyn. Poza tym był świadomy akurat tego, że na jej miejscu pewnie zachowałby się równie teatralnie. Też by siebie nie słuchał. Mieli to we krwi.
Nie dopił zamówionego napoju. Bez patrzenia wyjął garść pierwszych lepszych monet (kwota była stanowczo zbyt duża, ale nawet nie zwrócił na to uwagi) i rzucił je w sam środek otwartego menu na stoliku. Nie miał zamiaru gonić Roselyn, ale skoro nie zniknęła mu z zasięgu wzroku to wstał, póki miał taką możliwość.
- Roselyn Adelaide Greengrass, możesz tak tego nie robić? - Rzucił za nią podniesionym głosem, ale nie krzykiem.
Niemal nigdy nie krzyczał. I niemal nigdy za nikim nie biegał. Miał nadzieję, że tym razem to się nie zmieni.
- Zatrzymasz się na chwilę? - Powinien ją przeprosić za tego bachora i pewnie wiele innych rzeczy, ale na ten moment był zbyt zły, żeby się tym przejmować.
- Roselyn - wszedł jej w słowo ciężkim, posępnym tonem, wzdychając, bo co miałby z tym zrobić? Ona ewidentnie podjęła swoje decyzje. - Roo, do kurwy nędzy. Nie zachowuj się jak urażony bachor - nie warczał na nią.
Brzmiał raczej na coraz bardziej zrezygnowanego i nie mniej zirytowanego, ale głównie to pierwsze. Był krótkowzroczny i nazbyt optymistyczny (o ironio losu) sądząc, że mógł ją ot tak powstrzymać. Jak chciała wsadzić palce w kwas to nie przychodziła go spytać o pozwolenie. Wręcz przeciwnie. Raczej dawała mu znać, że już spróbowała z trochę mniejszym stężeniem i było fajnie. Dawała mu znać, że leci próbować dalej a on mógł jej co najwyżej potowarzyszyć w eksperymentach.
Z oślim uporem ignorowała jego poparzone, porozpuszczane palce z niewiele dającymi bandażami. Nie jęczał jej o tym, że go boli. Miał w zwyczaju bagatelizować swoje problemy (no, chyba że akurat potrzebował wyciągnąć je do rangi Największych Dramatów; wtedy co innego) robić dobrą minę do złej gry. Bywały tematy tak drażniące jego demony, że nie wyciągał ich w stosunku do nikogo, na kim mu zależało. Na swój sposób chciał być dla Rosie oparciem a nie kimś, kogo widziałaby w zbyt wielu chwilach słabości.
Pomijał pewne tematy a teraz ewidentnie nie był w stanie powiedzieć tego w taki sposób, żeby jakoś na nią wpłynąć. Jedyne co zrobił to dał jej do zrozumienia, że jest chujem, nie oparciem. Nie planował tego. To nie było zamierzone. Chciał mieć w stosunku do niej klapki na oczach, wierząc w to, że wystarczy kilka ostrzejszych słów, żeby się ocknęła.
Ale czy on by się ocknął na jej miejscu?
Oczywiście, że kurwa nie.
Wiele lat gonił króliczka. Ranił siebie i osobę, na której mu przecież zależało. Skakał sobie do gardeł. Mówił rzeczy, których nie myślał, ale wiedział o nich, że zabolą. Odwdzięczał się pięknym za nadobne. Kłamał, zatajał, manipulował w imię dobra, którego nie było. Kuźwa, gdyby to do siebie dopuścił prawdopodobnie mógłby dojść do wniosku, że wcale nie był lepszy od takiego Borgina. Po prostu lepiej udawał czarownego i miał to szczęście przyjść na świat w bardziej szanowanym rodzie.
Oczywiście, że nie wziął tego pod uwagę. Ambroise był ślepy na wszystko, co nie zgadzało się z jego narracją.
Mimo to nie chciał kończyć ich rozmowy w taki sposób. Jeśli był w stanie ugiąć przed kimś karku (przynajmniej trochę) to raczej nie było wielu osób istotniejszych od Roselyn. Poza tym był świadomy akurat tego, że na jej miejscu pewnie zachowałby się równie teatralnie. Też by siebie nie słuchał. Mieli to we krwi.
Nie dopił zamówionego napoju. Bez patrzenia wyjął garść pierwszych lepszych monet (kwota była stanowczo zbyt duża, ale nawet nie zwrócił na to uwagi) i rzucił je w sam środek otwartego menu na stoliku. Nie miał zamiaru gonić Roselyn, ale skoro nie zniknęła mu z zasięgu wzroku to wstał, póki miał taką możliwość.
- Roselyn Adelaide Greengrass, możesz tak tego nie robić? - Rzucił za nią podniesionym głosem, ale nie krzykiem.
Niemal nigdy nie krzyczał. I niemal nigdy za nikim nie biegał. Miał nadzieję, że tym razem to się nie zmieni.
- Zatrzymasz się na chwilę? - Powinien ją przeprosić za tego bachora i pewnie wiele innych rzeczy, ale na ten moment był zbyt zły, żeby się tym przejmować.