28.09.2024, 10:18 ✶
— Obłowiłaby się na nas, bez dwóch zdań — podsumował temat Nory. Również nie wątpił w bezdenne brzuchy członków Brygady; ba, sam lubił coś podejść przy pracy.
Dzieci Nokturnu i Ścieżek nie oceniał wcale aż tak surowo, jak na to pozował. Poznał kilka historii, pogadał z kilkoma z nich, kilku młodocianym przestępcom odpuścił i pozwolił odejść wolno, udając, że niczego nie widział. Obok pogardy dla występku było w nim w końcu też i serce, które wyglądało romantycznie jakiejś lepszej wersji świata. Takiej, w której uliczne łachudry nie mają aż tak przekichane i mogą wygrzebać się z nędzy.
Od lat wiele przestrzeni w jego rozmyślaniach zajmował temat wytyczenia granicy: odsiania postaci tragicznych od bezlitosnych skurywysynów. Im dłużej się zastanawiał, im nowsze wytyczne stawiał przed sobą i analizował, tym mniej ostre były wnioski. Zwiedził dziesiątki, jeśli nie setki umysłów, a to doświadczenie legilimencji — początkowo otwierające oczy — ostatecznie jedynie rozmyło jego obraz moralności. Coraz częściej krążył wokół wniosków, że najsłuszniejszą drogą, jest kierować się przeczuciem i doświadczeniem.
Coś, czego zdecydowanie nie pochwaliłby stary grzyb, Godryk Longbottom.
— Rosa jeszcze się przekona, że to nieprawda — mruknął pod nosem, kręcąc z dezaprobatą głową.
Nazwisko i fortuna Longbottomów w Departamencie przyciągały dwa typy spojrzeń. Te mniej przychylne, bo widzące w nich zblazowanych paniczyków, którzy chcieli poparadować w mundurach dla zabawy i zabicia nudy, na którą nie potrafiły nic poradzić już nawet pieniądze. I — jak zapewne wszyscy Longbottomowie by się o wiele chętniej zaszufladkowali — ludzi z powołaniem, poczuciem obowiązku i odpowiedzialności społecznej, szczerymi chęciami. Clemens Longbottom, jakkolwiek wierzyć chciałby w tę drugą wersję, był w rzeczywistości mieszanką obu. Nie wyobrażał sobie, że miałby zadowolić się żywotem gnuśniejącego, bogatego dziada zamkniętego w rodowej posiadłości. Nigdy nie ciągnęło go do rozrywek bogaczy: bankietów, sztuki, a już w ogóle nie do uwielbianych przez najmłodszego z braci rozważań natury teoretycznej i zgłębiania delikatnej materii wszechświata.
Jego żywiołem była ta praca.
Z tym, że Brenna nie jest najinteligentniejsza ani najpiękniejsza, żarliwie by się nie zgodził, gdyby tylko ta myśl została wyartykułowana na głos. Wszystkie dzieciaki z Warowni były najpiękniejsze i najinteligentniejsze na świecie. Cóż to za brednie!
— Spokojna głowa. Jak nas przyłapią, biorę to na siebie.
Wtedy jeszcze zapewne mógłby sobie na to pozwolić. Dwadzieścia lat pracował na swoją pozycję — zdawać by się mogło, że solidną; taką, na której wybacza się pewne rzeczy i przymyka oko na potknięcia. Ostrzył sobie nawet w marzeniach ząbki na awans na pozycję komendanta, a może i pewnego dnia samego szefa biura. Ha, był przekonany, że sprawdziłby się w tej roli wcale nie najgorzej.
Sprawdzić się jednak nigdy nie miało być mu dane. Ta furtka została zatrzaśnięta z głuchym łoskotem tuż przed rozochoconym detektywem z olbrzymimi ambicjami. Nie było na nią powrotu w żadnej z możliwych wersji przyszłości.
Z jakością wizji z tego wieczora Brenna zdałaby z marszu wszelkie egzaminy potrzebne do uzyskania statusu biegłego. Szczęście jej dopisało.
W widzeniu rękawy fartucha, który wcześniej trzymała w rękach, otulały jej ramiona; w dłoniach, ewidentnie męskich, właściciel okrycia niósł statyw ze sprzętem laboratoryjnym, który złożył ze szczękiem w najbliższym zlewie.
— Więcej niż wczoraj — mruknął, opłukując dłonie.
— Wciąż za mało — skomentował zirytowany, zniecierpliwiony głos za jego plecami. — Musimy przyspieszyć. Oczekiwał więcej.
— Przyspieszyć — prychnął pierwszy. — Pofatygowałby się sam do roboty. Co on tam zresztą niby robi całymi dniami?
Odpowiedziały mu tylko niezrozumiałe, stłumione utyskiwania. Może druga strona nie znała odpowiedzi, może nie chciała jej podać. Fartuch obrócił się. Pod ścianą znajomego laboratorium kucał czarodziej, którego twarz zasłaniały długie ciemne włosy. Różdżką kreślił nad podłogą dość prosty (również do zapamiętania i powtórzenia), przypominający pieczęć symbol. Nie było to jednak właściwe pieczętowanie, a jakaś forma wariacji na temat niewerbalnego revelio: gdy skończył, w podłodze pojawił się kwadratowy obrys, mężczyzna dwa razy stuknął o klepki parkietu, a klapa się uniosła.
— Doktorze? — Długowłosy czarodziej wychylił się w głąb, zaglądając do włazu.
Na tym wizja się urwała, a na Brennę znów patrzył zafascynowany wuj czekający w napięciu jej relacji z cisnącym się na usta: no i jak?
Dzieci Nokturnu i Ścieżek nie oceniał wcale aż tak surowo, jak na to pozował. Poznał kilka historii, pogadał z kilkoma z nich, kilku młodocianym przestępcom odpuścił i pozwolił odejść wolno, udając, że niczego nie widział. Obok pogardy dla występku było w nim w końcu też i serce, które wyglądało romantycznie jakiejś lepszej wersji świata. Takiej, w której uliczne łachudry nie mają aż tak przekichane i mogą wygrzebać się z nędzy.
Od lat wiele przestrzeni w jego rozmyślaniach zajmował temat wytyczenia granicy: odsiania postaci tragicznych od bezlitosnych skurywysynów. Im dłużej się zastanawiał, im nowsze wytyczne stawiał przed sobą i analizował, tym mniej ostre były wnioski. Zwiedził dziesiątki, jeśli nie setki umysłów, a to doświadczenie legilimencji — początkowo otwierające oczy — ostatecznie jedynie rozmyło jego obraz moralności. Coraz częściej krążył wokół wniosków, że najsłuszniejszą drogą, jest kierować się przeczuciem i doświadczeniem.
Coś, czego zdecydowanie nie pochwaliłby stary grzyb, Godryk Longbottom.
— Rosa jeszcze się przekona, że to nieprawda — mruknął pod nosem, kręcąc z dezaprobatą głową.
Nazwisko i fortuna Longbottomów w Departamencie przyciągały dwa typy spojrzeń. Te mniej przychylne, bo widzące w nich zblazowanych paniczyków, którzy chcieli poparadować w mundurach dla zabawy i zabicia nudy, na którą nie potrafiły nic poradzić już nawet pieniądze. I — jak zapewne wszyscy Longbottomowie by się o wiele chętniej zaszufladkowali — ludzi z powołaniem, poczuciem obowiązku i odpowiedzialności społecznej, szczerymi chęciami. Clemens Longbottom, jakkolwiek wierzyć chciałby w tę drugą wersję, był w rzeczywistości mieszanką obu. Nie wyobrażał sobie, że miałby zadowolić się żywotem gnuśniejącego, bogatego dziada zamkniętego w rodowej posiadłości. Nigdy nie ciągnęło go do rozrywek bogaczy: bankietów, sztuki, a już w ogóle nie do uwielbianych przez najmłodszego z braci rozważań natury teoretycznej i zgłębiania delikatnej materii wszechświata.
Jego żywiołem była ta praca.
Z tym, że Brenna nie jest najinteligentniejsza ani najpiękniejsza, żarliwie by się nie zgodził, gdyby tylko ta myśl została wyartykułowana na głos. Wszystkie dzieciaki z Warowni były najpiękniejsze i najinteligentniejsze na świecie. Cóż to za brednie!
— Spokojna głowa. Jak nas przyłapią, biorę to na siebie.
Wtedy jeszcze zapewne mógłby sobie na to pozwolić. Dwadzieścia lat pracował na swoją pozycję — zdawać by się mogło, że solidną; taką, na której wybacza się pewne rzeczy i przymyka oko na potknięcia. Ostrzył sobie nawet w marzeniach ząbki na awans na pozycję komendanta, a może i pewnego dnia samego szefa biura. Ha, był przekonany, że sprawdziłby się w tej roli wcale nie najgorzej.
Sprawdzić się jednak nigdy nie miało być mu dane. Ta furtka została zatrzaśnięta z głuchym łoskotem tuż przed rozochoconym detektywem z olbrzymimi ambicjami. Nie było na nią powrotu w żadnej z możliwych wersji przyszłości.
Z jakością wizji z tego wieczora Brenna zdałaby z marszu wszelkie egzaminy potrzebne do uzyskania statusu biegłego. Szczęście jej dopisało.
W widzeniu rękawy fartucha, który wcześniej trzymała w rękach, otulały jej ramiona; w dłoniach, ewidentnie męskich, właściciel okrycia niósł statyw ze sprzętem laboratoryjnym, który złożył ze szczękiem w najbliższym zlewie.
— Więcej niż wczoraj — mruknął, opłukując dłonie.
— Wciąż za mało — skomentował zirytowany, zniecierpliwiony głos za jego plecami. — Musimy przyspieszyć. Oczekiwał więcej.
— Przyspieszyć — prychnął pierwszy. — Pofatygowałby się sam do roboty. Co on tam zresztą niby robi całymi dniami?
Odpowiedziały mu tylko niezrozumiałe, stłumione utyskiwania. Może druga strona nie znała odpowiedzi, może nie chciała jej podać. Fartuch obrócił się. Pod ścianą znajomego laboratorium kucał czarodziej, którego twarz zasłaniały długie ciemne włosy. Różdżką kreślił nad podłogą dość prosty (również do zapamiętania i powtórzenia), przypominający pieczęć symbol. Nie było to jednak właściwe pieczętowanie, a jakaś forma wariacji na temat niewerbalnego revelio: gdy skończył, w podłodze pojawił się kwadratowy obrys, mężczyzna dwa razy stuknął o klepki parkietu, a klapa się uniosła.
— Doktorze? — Długowłosy czarodziej wychylił się w głąb, zaglądając do włazu.
Na tym wizja się urwała, a na Brennę znów patrzył zafascynowany wuj czekający w napięciu jej relacji z cisnącym się na usta: no i jak?
piw0 to moje paliwo