Mijały lata, a niektóre rzeczy naprawdę się nie zmieniały. Na przykład to, że Robert nadal preferował taki sam układ planu - krótki i zwięzły. Tak się składało, że Sauriel tak samo. Plany skomplikowane pozostawiały za mało pola do manewru, były zbyt rozlazłe, trzeba było pamiętać o szczegółach. A co, jak się zestresujesz i zapomnisz?! Hę?! No właśnie. Co prawda stres raczej się imał Sauriela przy takich akcjach - w końcu czym tu się stresować, kiedy trzeba się naprawdę, ale to NAPRAWDĘ postarać, żeby cię ubić? Tym nie mniej - plany proste i krótkie pozwalały na jedną zasadniczą rzecz. Pole do zmiany. Działało to w przypadkach, kiedy każdy biorący udział w takim przedsięwzięciu był istotą rozumną, a nie pozbawioną piątek klepki amebą, ewentualnie człowiekiem z dodatkowym chromosomem. Ludzie zaś potrafili pokazywać, że kiedy przychodzi do krytycznych wydarzeń, myślenie aż za często się im wyłączało. Sztuka improwizacji była w końcu całym sekwensem umiejętności reagowania i oceniania sytuacji w tempie błyskawicznym. Jeszcze te dwa, czy trzy lata temu nie myślałby, że przyjdzie mu się przy strasznym, wielkim i złym Robercie Mulciberze, piątej wodzie po kisielu (oby tego nie odczytał w jego myślach) od strony rodziny jego matki, czuć swobodnie. Że po paru wydarzeniach ta współpraca będzie tak dobrze klikać, że konieczność wypowiadanych słów stanie się adekwatnie mniej potrzebna. Dlatego Sauriel już nie pytał. Wchodził w swoją rolę i swoje wypełniał. A najważniejsze było to, że na szczęście nie musiał się odzywać. Najgorsze zaś, że naprawdę polubił to, co robili. Albo raczej - polubił to, że może względnie bezkarnie rozerwać kogoś na strzępy. Najgorsze - bo widział, że lubił to coraz bardziej. Przemijał strach, przemijały problemy ze zdrowiem psychicznym (albo właśnie pojawiały się coraz większe) i tylko rósł apetyt na więcej. Milkło sumienie. Czasem tylko odzywało się po wszystkim w ramach autorefleksji... ściągane tym, że przecież - życie.
Takie to właśnie życie, że pewna medyczka miała do niego trafić. A Sauriel uważał, że lepiej ona, niż... na przykład - Victoria.
- Ay, ay. - Wymruczał, przechylając głowę na bok, kiedy już przywdział maskę i czarne szaty. Prawda była jednak taka, że całkiem liczył na to, że jednak opierać się będzie. No bo - gdzie w tym wszystkim zabawa, kiedy wszyscy poddawali się polubownie i szczali pod siebie ze strachu? Żadna. I tylko potem śmierdziało.
Wsunął się do wnętrza zaraz za Mulciberem. Dokładnie dwa kroki za. I jak to koty potrafiły - jego kroku nie było słychać. Jak cień przesunął się za jego plecami, stając nieco z boku tak, by być widocznym, z twarzą skierowaną na kobietę, całkiem zaintrygowany tym, jak Robert zaczął. Nie kojarzył jej, nie znał jej, ale to nic dziwnego - nie wszyscy Śmierciożercy się znali, tym bardziej nie każdy znał każdego Poplecznika. A nie jego głowa była w tym, żeby ich znać. Jego głowa tkwiła w tym, żeby usuwać tych już zbędnych... albo tych buntujących się.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.