Uniósł jedną brew ku górze, kiedy Morfeusz wystrzelił ni z tego ni z owego o jakiejś Wenus i innych Marsach. Ludzie mieli różne dziwactwa, no kim on był, żeby to oceniać? Niektórzy lubili się wgryzać w szyje dziwek, a inni gadać od rzeczy. Jeszcze byli chorzy... ale chyba ten człowiek nie był niespełna rozumu? Chyba takich zamykano w Lecznicy Dusz? Nie, najbliżej było temu do skojarzeń nagłych odklejek tych wszystkich nawiedzeńców, którzy trzymali swoje dłonie nad kulą i zamierzali ci postawić wróżbę. Zabawne, bo Sauriel też to robił. Ni chuja nie potrafił wróżyć, ale to nie miało najmniejszego znaczenia - ważne, że ludzie płacili. Gdzieś tam leżała granica tego, czego Sauriel za pieniądze nie zrobi (na przykład: prania), ale oszustwa zdecydowanie nie należały do wyznacznika jego moralności. Czy to teraz skojarzył? Nie. Właśnie wsadzał swoją gitarę do futerału. Gdyby był bardziej krytyczny to pewnie właśnie myślałby, że mógł się bardziej postarać, że mógł być bardziej wyrozumiały, że to całe spotkanie mogło być o wiele bardziej przyjazne i wartościowe, ale nie grzeszył aż takim samokrytycyzmem... przynajmniej w tym temacie. Ostrzegał, że jest chujowym nauczycielem? Ostrzegał. Victoria uznała, że to dobry pomysł? Uznała. No to mieli to dziwne spotkanie, na którym Sauriel się całkiem nieźle bawił. I chyba tylko on się tutaj nieźle bawił.
Dopiął klamrę i zatrzymał się, podnosząc wzrok na Morfeusza.
- He? - Zapytał bez cienia inteligencji przyświecającego tej chwili i tej myśli. Taki pochylony ciągle nad krzesłem, swoim futerałem, w którym spoczywała całkowicie zdezelowana gitara, którą dawno powinien wyrzucić, ale nadal się trzymała - znaczy, że mogła służyć. Po wielokrotnym zlepianiu i naprawach. Co ona przetrzymała to Bóg jeden tylko wiedział - i pewnie wpisywał to też na długi rachunek sumienia Rookwooda. - Jestem wampirem. - Darował sobie już dodawanie, żeby nie był delulu i co on w ogóle pierdoli, bo czemu by miały służyć te pytania? Już wystarczyło, że wkurwiła go ta bzdurna gadka. Nikt nie będzie mu mówił, co go czeka, a na pewno nie jakieś kurwa wróżby. A jeśli ktoś zamierzał, to on zamierzał udowodnić, że wcale tak nie będzie, bo tylko on był panem swojego losu. I mógł być szczęśliwy tylko wtedy, kiedy sam tę drogę wybierał, a nie była ona dyktowana jakąś magiczną przyszłością snutą przez wróżki Esmeraldy. Albo przez nieznajomego Morpheusa Longbottoma. Narzucił gitarę na ramię i spojrzał z odrazą na Anthony'ego. - Zmówiliście się? Nikogo kurwa nie będę całował. Mogę ją co najwyżej pozdrowić. Cześć. - Wykrzywił się z niezadowoleniem, czując że ciśnienie podniosło mu się o kilka kolejnych punktów. A to w pełni wystarczyło, żeby atmosfera z sielanki zamieniła się w dość napiętą, jak napięły się mięśnie Sauriela. Na szczęście to tylko sekunda, bo już po chwili sam się odprowadził do drzwi.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.