28.09.2024, 20:32 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.11.2024, 13:46 przez Peregrinus Trelawney.)
Oboje widzieli od małego. Peregrinus przeglądał się nie tylko w tym, co przed łanią o wielkich oczach, ale i tym, co czekało ją po drugiej stronie, gdy zderzy się ze swoim końcem. Widział gęste mgły Limba, między którymi będzie już zawsze spacerować, martwe drzewa, którymi będzie się karmić, i zamarzniętą ziemię, na której będzie sypiać.
To, jak nisko Scylla musiała się pochylić nad kulą, nie definiowało z kolei tego, jak dobrze widziała przyszłość. Jasnowidzenie nie wymagało sokolego wzroku i oka do detalu; historia znała i ślepe wyrocznie. Czasami chodziło jedynie o wyłuskanie esencji, wykorzystanie tego niezrozumiałego szóstego zmysłu, aby uchwycić przyszłość, która niekoniecznie malowała się standardowym obrazem czy słowem, lecz nimi tylko mogła być przełożona na rzeczywistość.
Wycofanie Scylli nie umknęło uwadze Trelawneya, ale rzeczywiście nie miał jej za złe naruszenia swojej przestrzeni, więc przeszedł nad tym gładko dalej.
— Zapewne — mruknął mechanicznie, nie poświęcając jej przedwczesnym kondolencjom tyle uwagi, ile można byłoby się spodziewać. Odnotował oczywiście, że dobrze to świadczyło o dziewczynie, którą wybrali na uczennicę, ale jego myśli zdążyło zaprzątnąć już coś innego. Coś, czym swoje zainteresowanie dla odmiany wolał w jej oczach umniejszyć, stąd zapytał niby równie od niechcenia: — Wpadłaś na Charlesa przypadkiem czy czegoś od ciebie chciał?
Mulciber mógł sprawiać wrażenie zupełnie niewinnego i naiwnego, ale Peregrinus wolał zachować… rozsądną dozę czujności? Nie chodziło zresztą o samego chłopaka, a o Annaleigh, z którą pracował i która mogła użyć tego niczego niepodejrzewającego, błogo nieświadomego czeladnika przeciwko nim. Trelawney nie potrafił się tak ostatecznie zdecydować, czy Dolohova była przebiegłą mistrzynią podstępu knującą zemstę, czy żałosną, złamaną kobietą, którą można wypędzić mocniejszym kopniakiem. Niezależnie od stanu faktycznego, ostrożności nigdy za wiele; paranoi jeszcze się przecież nie zbliżał.
— Nie wiem, czy na kogokolwiek z nas czeka coś innego niż dalsza tułaczka. — Jego wzrok tkwił uparcie w kuli, której wnętrze oblazły mrówki. Czy tym było Limbo? Czy tym staną się oni? Rojem krążących w bezładzie robaczków, które nie zaznają spokoju nawet po śmierci? Cóż, wiedział na pewno, że żadna z jego wizji zaświatów nie należała do szczególnie przyjemnych. — Robert? Skądże. Był mu nikim. — Oprzytomniał i obrócił się do czarownicy z cieniem bladego, pokrzepiającego uśmiechu na zmęczonej twarzy. — Vakel ledwo go kojarzy. Zaproszenie przyszło zapewne ze względu na Lyssę. I jej matkę. Mulciber.
Bezwiednie podniósł list od Alexandra i przeleciał wzrokiem kilka przypadkowych słów, jakby chciał się przekonać, że rzeczywiście nie ma tam niczego ponad to, o czym jej powiedział. I co miał zamiar powiedzieć Dolohovowi. Żadnego spisku, żadnego drugiego dna. Matka Lyssy była z Mulciberów, cała historia.
Gdy padła osobliwa dość prośba, odłożył wiadomość na stół i wyciągnął ręce w stronę złożonych rąk Scylli.
— Ach. Chyba mogę spróbować. — Zmarszczył lekko brwi, skupiając się na zadaniu.
percepcja jasnowidzenie/wykaz intencji ćmy
Ćma rozwinęła skrzydła przed jego trzecim okiem momenty przed tym, nim Greyback otworzyła dłonie. Gdy wyfrunęła w chwilę obecną, miękko trafiła na czekające już jej palce Trelawneya, ustawione niemalże bezbłędnie na trasie lotu, gotowe zamknąć ją w nowym więzieniu.
To, jak nisko Scylla musiała się pochylić nad kulą, nie definiowało z kolei tego, jak dobrze widziała przyszłość. Jasnowidzenie nie wymagało sokolego wzroku i oka do detalu; historia znała i ślepe wyrocznie. Czasami chodziło jedynie o wyłuskanie esencji, wykorzystanie tego niezrozumiałego szóstego zmysłu, aby uchwycić przyszłość, która niekoniecznie malowała się standardowym obrazem czy słowem, lecz nimi tylko mogła być przełożona na rzeczywistość.
Wycofanie Scylli nie umknęło uwadze Trelawneya, ale rzeczywiście nie miał jej za złe naruszenia swojej przestrzeni, więc przeszedł nad tym gładko dalej.
— Zapewne — mruknął mechanicznie, nie poświęcając jej przedwczesnym kondolencjom tyle uwagi, ile można byłoby się spodziewać. Odnotował oczywiście, że dobrze to świadczyło o dziewczynie, którą wybrali na uczennicę, ale jego myśli zdążyło zaprzątnąć już coś innego. Coś, czym swoje zainteresowanie dla odmiany wolał w jej oczach umniejszyć, stąd zapytał niby równie od niechcenia: — Wpadłaś na Charlesa przypadkiem czy czegoś od ciebie chciał?
Mulciber mógł sprawiać wrażenie zupełnie niewinnego i naiwnego, ale Peregrinus wolał zachować… rozsądną dozę czujności? Nie chodziło zresztą o samego chłopaka, a o Annaleigh, z którą pracował i która mogła użyć tego niczego niepodejrzewającego, błogo nieświadomego czeladnika przeciwko nim. Trelawney nie potrafił się tak ostatecznie zdecydować, czy Dolohova była przebiegłą mistrzynią podstępu knującą zemstę, czy żałosną, złamaną kobietą, którą można wypędzić mocniejszym kopniakiem. Niezależnie od stanu faktycznego, ostrożności nigdy za wiele; paranoi jeszcze się przecież nie zbliżał.
— Nie wiem, czy na kogokolwiek z nas czeka coś innego niż dalsza tułaczka. — Jego wzrok tkwił uparcie w kuli, której wnętrze oblazły mrówki. Czy tym było Limbo? Czy tym staną się oni? Rojem krążących w bezładzie robaczków, które nie zaznają spokoju nawet po śmierci? Cóż, wiedział na pewno, że żadna z jego wizji zaświatów nie należała do szczególnie przyjemnych. — Robert? Skądże. Był mu nikim. — Oprzytomniał i obrócił się do czarownicy z cieniem bladego, pokrzepiającego uśmiechu na zmęczonej twarzy. — Vakel ledwo go kojarzy. Zaproszenie przyszło zapewne ze względu na Lyssę. I jej matkę. Mulciber.
Bezwiednie podniósł list od Alexandra i przeleciał wzrokiem kilka przypadkowych słów, jakby chciał się przekonać, że rzeczywiście nie ma tam niczego ponad to, o czym jej powiedział. I co miał zamiar powiedzieć Dolohovowi. Żadnego spisku, żadnego drugiego dna. Matka Lyssy była z Mulciberów, cała historia.
Gdy padła osobliwa dość prośba, odłożył wiadomość na stół i wyciągnął ręce w stronę złożonych rąk Scylli.
— Ach. Chyba mogę spróbować. — Zmarszczył lekko brwi, skupiając się na zadaniu.
percepcja jasnowidzenie/wykaz intencji ćmy
Rzut PO 1d100 - 45
Sukces!
Sukces!
Ćma rozwinęła skrzydła przed jego trzecim okiem momenty przed tym, nim Greyback otworzyła dłonie. Gdy wyfrunęła w chwilę obecną, miękko trafiła na czekające już jej palce Trelawneya, ustawione niemalże bezbłędnie na trasie lotu, gotowe zamknąć ją w nowym więzieniu.
źródło?
objawiono mi to we śnie
objawiono mi to we śnie