28.09.2024, 22:55 ✶
Nie zastanowił się nad tym, co robi unosząc głos na siostrę i dodatkowo informując wszystkich dookoła o tym, komu zawdzięczają dzisiejszą scenę dramatyczną. To nie był jego najbardziej błyskotliwy moment. Na swoją obronę miał jedynie to, że najwidoczniej nie powinni spotykać się w kawiarni tylko w mniej publicznym miejscu. Choćby w mieszkaniu, do którego klucze jej podesłał. Wszystko byłoby lepsze od samego środka Pokątnej.
Dostał swoje. Zatrzymała się w miejscu, ale sposób w jaki się do niego obróciła nie wróżył zakończenia kłótni. Wręcz przeciwnie. Rozjuszył ją jeszcze bardziej. Do tego stopnia, że odgryzła mu się pięknym za nadobne. Tak. Nie powinien na nią warczeć. To było niskie. Niższe byłoby tylko, gdyby krzyknął, czego niemal nigdy nie robił. Co się tyczyło komentarza o tonie jego głosu, musiał to jakoś przełknąć. Miała rację. Zamilkł na ułamek minuty, dopóki nie usłyszał kolejnej uwagi.
Tak. Jego siostrzyczka również umiała mierzyć bardzo nisko. Ewidentnie mieli to rodzinne. Zabolało. Nie skrzywił się, ale jeszcze bardziej poirytowanie zacisnął wargi. Nie dopuszczał, szykował się na swoją niską piłkę.
- A żebyś wiedziała - odciął się Roselyn, bo to było najlepsze, co mógł zrobić - wiedziała, w co powinna wycelować.
Oj tak. Jeżeli chodziło o wbijanie szpili to mogli zrobić z siebie wzajemnie dwie laleczki Voodoo. Wyśmienicie. Właśnie tego potrzebowali. Zwłaszcza w tak nerwowym czasie jak teraz, kiedy powinni trzymać się razem i objąć wspólny front.
- Może powinienem dać ci szybkie przeszkolenie, żebyś wiedziała jak zamykać Anthony'emu Ianowi Borginowi... ...jak uroczo, że też ma drugie imię, nie?... ...mordę - i cyk, jadowita szpileczka prosto w jej związek z człowiekiem, który ewidentnie nie potrafił zamknąć japy.
Gdyby umiał pewnie nie doszłoby do całej sytuacji. A przynajmniej tak twierdziła Roselyn, której Ambroise powinien wierzyć - prawda? Sama powiedziała, że wszystko zaczęło się od głupiego żartu z oświadczynami. Nie miał żadnych podstaw do tego, żeby jej nie wierzyć, bo go tam nie było. Poza tym była jego siostrą. Komu powinien wierzyć jak nie jej, co? Właśnie o to mu teraz chodziło. Wierzył jej i chciał dla niej dobrze. Był wściekły nie w kierunku tej osoby, na którą powinien najeżdżać, ale puściły mu nerwy, co ostatnio zaczynało się zdarzać całkiem często.
Nie dalej jak trzy tygodnie wcześniej pobił się z młodszym bratem byłej w obronie jej godności. Tej, którą sama byłaby w stanie obronić, gdyby nie zareagował pierwszy widząc łzy w jej oczach. Nie cierpiał nie panować nad sytuacją i nie być osobą, która mogła ochronić bliskich przed ich własnymi czynami.
Pierdolony syndrom zbawcy.
Szczęście w nieszczęściu, że działający w wybiórczy sposób w stosunku do nielicznych ludzi. Inaczej miałby zupełnie przesrane. A w takim wypadku to widocznie ci ludzie mieli przesrane z nim i jego zaciętością. Tego akurat nie zauważał, kiedy próbował na siłę wywołać jakąś akceptowalną dla niego reakcję u Rose. Był na to zupełnie ślepy.
- Możemy porozmawiać jak ludzie na poziomie? - Spuścił z tonu, starał się nie robić dalszej sceny, choć było na to dużo za późno.
Mimo to wyciągnął przed siebie otwarte dłonie, unosząc ich wierzchy w kierunku siostry. Rozejm?
Dostał swoje. Zatrzymała się w miejscu, ale sposób w jaki się do niego obróciła nie wróżył zakończenia kłótni. Wręcz przeciwnie. Rozjuszył ją jeszcze bardziej. Do tego stopnia, że odgryzła mu się pięknym za nadobne. Tak. Nie powinien na nią warczeć. To było niskie. Niższe byłoby tylko, gdyby krzyknął, czego niemal nigdy nie robił. Co się tyczyło komentarza o tonie jego głosu, musiał to jakoś przełknąć. Miała rację. Zamilkł na ułamek minuty, dopóki nie usłyszał kolejnej uwagi.
Tak. Jego siostrzyczka również umiała mierzyć bardzo nisko. Ewidentnie mieli to rodzinne. Zabolało. Nie skrzywił się, ale jeszcze bardziej poirytowanie zacisnął wargi. Nie dopuszczał, szykował się na swoją niską piłkę.
- A żebyś wiedziała - odciął się Roselyn, bo to było najlepsze, co mógł zrobić - wiedziała, w co powinna wycelować.
Oj tak. Jeżeli chodziło o wbijanie szpili to mogli zrobić z siebie wzajemnie dwie laleczki Voodoo. Wyśmienicie. Właśnie tego potrzebowali. Zwłaszcza w tak nerwowym czasie jak teraz, kiedy powinni trzymać się razem i objąć wspólny front.
- Może powinienem dać ci szybkie przeszkolenie, żebyś wiedziała jak zamykać Anthony'emu Ianowi Borginowi... ...jak uroczo, że też ma drugie imię, nie?... ...mordę - i cyk, jadowita szpileczka prosto w jej związek z człowiekiem, który ewidentnie nie potrafił zamknąć japy.
Gdyby umiał pewnie nie doszłoby do całej sytuacji. A przynajmniej tak twierdziła Roselyn, której Ambroise powinien wierzyć - prawda? Sama powiedziała, że wszystko zaczęło się od głupiego żartu z oświadczynami. Nie miał żadnych podstaw do tego, żeby jej nie wierzyć, bo go tam nie było. Poza tym była jego siostrą. Komu powinien wierzyć jak nie jej, co? Właśnie o to mu teraz chodziło. Wierzył jej i chciał dla niej dobrze. Był wściekły nie w kierunku tej osoby, na którą powinien najeżdżać, ale puściły mu nerwy, co ostatnio zaczynało się zdarzać całkiem często.
Nie dalej jak trzy tygodnie wcześniej pobił się z młodszym bratem byłej w obronie jej godności. Tej, którą sama byłaby w stanie obronić, gdyby nie zareagował pierwszy widząc łzy w jej oczach. Nie cierpiał nie panować nad sytuacją i nie być osobą, która mogła ochronić bliskich przed ich własnymi czynami.
Pierdolony syndrom zbawcy.
Szczęście w nieszczęściu, że działający w wybiórczy sposób w stosunku do nielicznych ludzi. Inaczej miałby zupełnie przesrane. A w takim wypadku to widocznie ci ludzie mieli przesrane z nim i jego zaciętością. Tego akurat nie zauważał, kiedy próbował na siłę wywołać jakąś akceptowalną dla niego reakcję u Rose. Był na to zupełnie ślepy.
- Możemy porozmawiać jak ludzie na poziomie? - Spuścił z tonu, starał się nie robić dalszej sceny, choć było na to dużo za późno.
Mimo to wyciągnął przed siebie otwarte dłonie, unosząc ich wierzchy w kierunku siostry. Rozejm?