29.09.2024, 01:40 ✶
Znał to. Jak on to cholernie znał. Jebana autodestrukcja, która chyba po prostu płynęła im w żyłach i wychodziła w najmniej odpowiednim momencie. Może zamiast dorastać i dojrzewać, on po prostu pierdoleli?
- Znakomicie, zajedwakurwabiście. Trzeba było tak od razu, Roselyn. Po co bawić się w mamienie oczu, skoro już jesteś w to uwikłana. Po sam pas - powiedział ciężko, ponuro.
Ze złością (ta mu nie mijała), ale także ze zmęczeniem, które nakazało mu potrzeć ręką twarz. Przetarł powieki wierzchem dłoni. Zaczynała mu pękać głowa. Nie, nie dosłownie, ale wewnątrz mózg zaczynał mu przypominać parujący świąteczny klops. Jakże mógł kiedykolwiek zakładać, że jego siostra będzie choć trochę mądrzejsza, skoro on sam nie był.
Chyba oboje właśnie odkryli nową cechę wspólną: upodobanie do niewłaściwych ludzi i wikłania się w relacje przynoszące więcej psychicznej krzywdy i bólu niż korzyści. Bolało go, że to robiła. Widział dla niej zupełnie inną przyszłość. Miał ją za inteligentniejszą (w pewnym aspektach nawet od siebie) osobę niż mu to teraz pokazywała. Nie chciał, żeby popełniła w życiu tak wielki błąd, który w efekcie kosztowałby ją wszystko.
Teraz płakała. Przez niego, co nie było łatwe do zaakceptowania. Natomiast, jeśli nie miała się opamiętać to miał być wyłącznie początek. Teraz roniła łzy, ale jej oczy wściekle przy tym błyszczały. Nie chciał kiedyś zobaczyć tego samego, ale bez tego blasku. Podczas spotkań towarzyskich czystokrwistej śmietanki zbyt wiele razy widział pustkę tam, gdzie powinien być ogień. Kiedy chodził na prywatną praktykę dostrzegał jeszcze więcej. Chciał ją przed tym uchronić, nawet jeśli miała o nim myśleć jako o najgorszym.
W gruncie rzeczy przyzwyczaił się do tego, że nazywano go w najlepszym razie zimnym draniem. Dupkiem.
Pierwszy raz słyszał to od swojej Roo, ale był to w stanie przełknąć, bo cel uświęcał środki. Musiała się opamiętać. Poza tym uważał, że jego interwencja (jakkolwiek chamska i brutalna) była konieczna. Z dwojga złego lepiej było też, że robił to on a nie ojciec. Przynajmniej miała być wściekła tylko na jednego z nich.
- Kostka brukowa wystarczy. Jeszcze złapiesz wilka - skomentował kąśliwie.
Normalnie pewnie rozbawiłaby go tą uwagą. Była całkiem trafiona, bo ich poziom rzeczywiście nie sięgał zenitów. Ambroise potrafił docenić odpowiednio wyważoną ripostę, ale tym razem ewidentnie go to nie pasjonowało. Mogli się tym przerzucać przez cały dzień. Skoro nie chciała iść na tymczasowy rozejm to cofnął swoją rękę (fizycznie nie musiał, bo jej nie wyciągnął; to była metafora) i jak lustrzane odbicie Roselyn skrzyżował ręce na piersi w taki sam sposób, co ona. Chciał jej pokazać jak to idiotycznie wyglądało. Miał tupnąć? Skoro już dążyli do osiągnięcia dna to co mu tam szkodziło. Tupnął perfidnie.
- Znakomicie, zajedwakurwabiście. Trzeba było tak od razu, Roselyn. Po co bawić się w mamienie oczu, skoro już jesteś w to uwikłana. Po sam pas - powiedział ciężko, ponuro.
Ze złością (ta mu nie mijała), ale także ze zmęczeniem, które nakazało mu potrzeć ręką twarz. Przetarł powieki wierzchem dłoni. Zaczynała mu pękać głowa. Nie, nie dosłownie, ale wewnątrz mózg zaczynał mu przypominać parujący świąteczny klops. Jakże mógł kiedykolwiek zakładać, że jego siostra będzie choć trochę mądrzejsza, skoro on sam nie był.
Chyba oboje właśnie odkryli nową cechę wspólną: upodobanie do niewłaściwych ludzi i wikłania się w relacje przynoszące więcej psychicznej krzywdy i bólu niż korzyści. Bolało go, że to robiła. Widział dla niej zupełnie inną przyszłość. Miał ją za inteligentniejszą (w pewnym aspektach nawet od siebie) osobę niż mu to teraz pokazywała. Nie chciał, żeby popełniła w życiu tak wielki błąd, który w efekcie kosztowałby ją wszystko.
Teraz płakała. Przez niego, co nie było łatwe do zaakceptowania. Natomiast, jeśli nie miała się opamiętać to miał być wyłącznie początek. Teraz roniła łzy, ale jej oczy wściekle przy tym błyszczały. Nie chciał kiedyś zobaczyć tego samego, ale bez tego blasku. Podczas spotkań towarzyskich czystokrwistej śmietanki zbyt wiele razy widział pustkę tam, gdzie powinien być ogień. Kiedy chodził na prywatną praktykę dostrzegał jeszcze więcej. Chciał ją przed tym uchronić, nawet jeśli miała o nim myśleć jako o najgorszym.
W gruncie rzeczy przyzwyczaił się do tego, że nazywano go w najlepszym razie zimnym draniem. Dupkiem.
Pierwszy raz słyszał to od swojej Roo, ale był to w stanie przełknąć, bo cel uświęcał środki. Musiała się opamiętać. Poza tym uważał, że jego interwencja (jakkolwiek chamska i brutalna) była konieczna. Z dwojga złego lepiej było też, że robił to on a nie ojciec. Przynajmniej miała być wściekła tylko na jednego z nich.
- Kostka brukowa wystarczy. Jeszcze złapiesz wilka - skomentował kąśliwie.
Normalnie pewnie rozbawiłaby go tą uwagą. Była całkiem trafiona, bo ich poziom rzeczywiście nie sięgał zenitów. Ambroise potrafił docenić odpowiednio wyważoną ripostę, ale tym razem ewidentnie go to nie pasjonowało. Mogli się tym przerzucać przez cały dzień. Skoro nie chciała iść na tymczasowy rozejm to cofnął swoją rękę (fizycznie nie musiał, bo jej nie wyciągnął; to była metafora) i jak lustrzane odbicie Roselyn skrzyżował ręce na piersi w taki sam sposób, co ona. Chciał jej pokazać jak to idiotycznie wyglądało. Miał tupnąć? Skoro już dążyli do osiągnięcia dna to co mu tam szkodziło. Tupnął perfidnie.