29.09.2024, 21:02 ✶
Cathal kojarzył Lavinię Bulstrode – w jego pamięci zapisywało się w końcu wszystko, także twarz Bulstrodówny, ale nie było to skojarzenie ani pozytywne, ani negatywne. Na dźwięk nazwiska Dolohov drgnął za to, i wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć… ale zmilczał, bo Lyssy Dolohov również nie znał, nigdy nawet o niej nie słyszał, a jeżeli była młoda i mieszkała w Anglii, wątpliwe, by miała jakiekolwiek związki z ojczyma Shafiqa.
Poza tym jakaś jego część chciała ją zobaczyć i przekonać się, czy dopatrzy się w jej twarzy choćby ulotnego podobieństwa.
– Jeżeli można to załatwić od ręki, w porządku – zgodził się więc jedynie, pozwalając, aby Asmodeus wrzucił proszek w płomienie.
*
Lyssa Dolohov faktycznie była młoda. Młodsza niż Cathal oczekiwał – chyba jeszcze przed dwudziestką, a Cal zakładał, że będzie raczej tuż po tej, skoro Burke traktował ją jako specjalistkę. Jej wiek i drobna sylwetka trochę go zdziwiły, ale darowanemu widmowidzowi w metrykę się nie patrzy: ta umiejętność należała raczej do tych rzadkich, a jedyna widmowidzka, z którą Cathal współpracował, nie żyła od wielu lat. Zmierzył dziewczynę spojrzeniem, które niewiele wyrażało, nie od razu odpowiadając na jej pytanie. Mimowolnie porównywał rysy, oczy i włosy do tego, co nosił w pamięci i z pewną ulgą – nienawidził sam siebie za tę – nie dopatrzył się żadnych punktów wspólnych.
Lyssa nie była widmem przeszłości, nawet jeżeli sama w przeszłość potrafiła spoglądać.
– Cathal Shafiq – przedstawił się wreszcie krótko. – Egipt. Konkretnie z Alexandrii – powiedział, nie zamierzając jednak zdradzać, jak bardzo był stary. Nie chciał niczego sugerować widmowidzowi, a i nie planował póki co przechwalać się, jak cenna zdobycz trafiła w jego ręce.
Milczał, kiedy rozstawiała swój krąg i się w nim ustawiała, a gdy rozbłysły świece, przez chwile to nie ją widział, a Cassiopeię, jej wielkie oczy, bladą twarz. Tamta kobieta była starsza, nie przypominała Lyssy i w kręgu zawsze klękała – a jednak zapach świec, charakterystyczny ich układ, to wszystko przywoływało niechciane wspomnienia, aż Cathal w końcu odwrócił wzrok. Nijak nie mógł jednak odepchnąć obrazów, wciskających się do głowy i z tego stanu wywołały go dopiero kolejne słowa Lyssy. Informacje o naszyjniku, o jego kolejnym skarbie znad Nilu, były chyba jedynym, co mogło teraz zwrócić jego uwagę.
Jeżeli nie zmyślała, naprawdę była dobra.
– Klątwa musiała więc się wyczerpać, gdy umarła. Być może to jest ta zła energia, o której wspominałeś – rzucił do Asmodeusa. Leta przysięgała, że naszyjnik nie jest przeklęty i nie był: teraz. Przekleństwo spoczywało na nim w dalekiej przeszłości. Wzrok Cathala prześlizgnął się po naszyjniku, gdy wyciągnął dłonie ku Lyssie, chcąc go zabrać. – Na kolejną ironię losu, panno Dolohov, te runy miały przynosić szczęście, a są i takie, które powinny wspomagać proces rekonwalescencji.
Zamiast szczęścia i zdrowia naszyjnik przyniósł swojej ostatniej właścicielce śmierć. Kiedyś to była historia pełna nadziei i cierpienia: dziś już tylko przebrzmiała opowieść, która w oczach Cathala dodawała naszyjnikowi wartości. Dziewczyna przy okazji potwierdziła zaś to, co Shafiq podejrzewał – wydobyto tę błyskotkę z jakiegoś grobowca, ale zapewne już najmniej jakiś czas temu.
Poza tym jakaś jego część chciała ją zobaczyć i przekonać się, czy dopatrzy się w jej twarzy choćby ulotnego podobieństwa.
– Jeżeli można to załatwić od ręki, w porządku – zgodził się więc jedynie, pozwalając, aby Asmodeus wrzucił proszek w płomienie.
*
Lyssa Dolohov faktycznie była młoda. Młodsza niż Cathal oczekiwał – chyba jeszcze przed dwudziestką, a Cal zakładał, że będzie raczej tuż po tej, skoro Burke traktował ją jako specjalistkę. Jej wiek i drobna sylwetka trochę go zdziwiły, ale darowanemu widmowidzowi w metrykę się nie patrzy: ta umiejętność należała raczej do tych rzadkich, a jedyna widmowidzka, z którą Cathal współpracował, nie żyła od wielu lat. Zmierzył dziewczynę spojrzeniem, które niewiele wyrażało, nie od razu odpowiadając na jej pytanie. Mimowolnie porównywał rysy, oczy i włosy do tego, co nosił w pamięci i z pewną ulgą – nienawidził sam siebie za tę – nie dopatrzył się żadnych punktów wspólnych.
Lyssa nie była widmem przeszłości, nawet jeżeli sama w przeszłość potrafiła spoglądać.
– Cathal Shafiq – przedstawił się wreszcie krótko. – Egipt. Konkretnie z Alexandrii – powiedział, nie zamierzając jednak zdradzać, jak bardzo był stary. Nie chciał niczego sugerować widmowidzowi, a i nie planował póki co przechwalać się, jak cenna zdobycz trafiła w jego ręce.
Milczał, kiedy rozstawiała swój krąg i się w nim ustawiała, a gdy rozbłysły świece, przez chwile to nie ją widział, a Cassiopeię, jej wielkie oczy, bladą twarz. Tamta kobieta była starsza, nie przypominała Lyssy i w kręgu zawsze klękała – a jednak zapach świec, charakterystyczny ich układ, to wszystko przywoływało niechciane wspomnienia, aż Cathal w końcu odwrócił wzrok. Nijak nie mógł jednak odepchnąć obrazów, wciskających się do głowy i z tego stanu wywołały go dopiero kolejne słowa Lyssy. Informacje o naszyjniku, o jego kolejnym skarbie znad Nilu, były chyba jedynym, co mogło teraz zwrócić jego uwagę.
Jeżeli nie zmyślała, naprawdę była dobra.
– Klątwa musiała więc się wyczerpać, gdy umarła. Być może to jest ta zła energia, o której wspominałeś – rzucił do Asmodeusa. Leta przysięgała, że naszyjnik nie jest przeklęty i nie był: teraz. Przekleństwo spoczywało na nim w dalekiej przeszłości. Wzrok Cathala prześlizgnął się po naszyjniku, gdy wyciągnął dłonie ku Lyssie, chcąc go zabrać. – Na kolejną ironię losu, panno Dolohov, te runy miały przynosić szczęście, a są i takie, które powinny wspomagać proces rekonwalescencji.
Zamiast szczęścia i zdrowia naszyjnik przyniósł swojej ostatniej właścicielce śmierć. Kiedyś to była historia pełna nadziei i cierpienia: dziś już tylko przebrzmiała opowieść, która w oczach Cathala dodawała naszyjnikowi wartości. Dziewczyna przy okazji potwierdziła zaś to, co Shafiq podejrzewał – wydobyto tę błyskotkę z jakiegoś grobowca, ale zapewne już najmniej jakiś czas temu.