adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic II
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
Cmentarze były specyficznymi miejscami. Niektórzy unikali ich jak ognia. Kojarzyli je jedynie z mrokiem, żalem i śmiercią. W kulturze ich kraju przyjęło się, że śmierć stanowi koniec historii a nie jej początek. Jako czarodziej podchodził do tego w trochę inny sposób. Traktował to raczej na wzór innych kultur, w których śmierć stanowiła jedynie zamknięcie jakiegoś rodzaju. Historia trwała dalej. Nie traktował śmierci z błogością, ale też się jej nie obawiał. Szczególnie nie teraz. Duchy przodków nie znikały. Niewłaściwym byłoby przestać kochać kogoś tylko dlatego, że umarł.
Dla Greengrassa było to dużo bardziej złożone. Pojęcie śmierci nie było czymś, co da się zamknąć w jednej definicji zamieszczonej w encyklopedii. Na co dzień stykał się z chorymi i umierającymi. Widział wiele ludzkich tragedii. Tak dużo, że każda z nich mogła zlać się w jedną i spowszechnieć, zobojętnieć mu tak jak to bywało w wypadku starszych uzdrowicieli. Może łatwiej byłoby spoglądać na to od tej strony. Nie bez powodu magimedycy z biegiem czasu robili się coraz bardziej niewrażliwi na ludzką tragedię. Nie mogli traktować każdej jak własną. Nie przeżyliby dziesiątek, jeśli nie setek straconych istnień odprowadzonych w ostatniej drodze do śmierci. To by ich załamało.
Mimo to dla niego stracenie pacjenta (przewidziane lub nie, to nie robiło takiej różnicy) to zawsze było coś odróżniającego się od innych przypadków. Każda historia rodziny przeżywającej stratę bliskiego człowieka była na swój sposób wyjątkowa. Nie było dwóch takich samych żalów. Nie angażował się w nie. Składał kulturalne kondolencje, wypełniał dokumentację i zamykał ten rozdział a jednak tam wewnątrz pamiętał każdą osobę, którą przyszło mu odesłać w worku.
Szczególnie ostatnio częściej wracał do tamtych wspomnień. Odkąd w jego życie wdarł się kolejny huragan; tym razem wewnętrzny, Ambroise zaczął godzić się z przypływami nostalgii i filozoficznymi myślami. Praktycznie z nikim o tym nie rozmawiał, ale zdarzało mu się przystawać na chwilę w jakimś miejscu, które emanowało specyficzną energią zaświatów i pomyśleć tam przez chwilę.
Tego wietrznego czerwcowego poranka postanowił celowo skrócić sobie drogę przez cmentarz, kiedy zobaczył go na horyzoncie. Nie znał tego miejsca. Równie dobrze mógł nie być w stanie dotrzeć do bramy na drugim końcu, bo mogło jej tam nie być, ale podjął to ryzyko. Wracał spacerem do domu. Tym razem z mugolskiej części Londynu przez Pokątną, na którą musiał wstąpić po drodze. Miał dużo czasu.
Było jeszcze wcześnie i najprawdopodobniej wcale nie musiał wychodzić z ciepłego wnętrza mieszkania jakiejś półkrwistej panny (tu jego przekonania odnośnie pochodzenia były znacznie luźniejsze), ale nie chciał zostawać u niej do białego rana. Wpadli tam na krótko przed czwartą a on chwilę po piątej już był na zewnątrz. Chowając ręce do kieszeni zadziwiająco mugolskiej kurtki, powolnym krokiem przechadzał się wzdłuż rzędów nagrobków. Było wietrznie i chłodnawo, ale słońce dopiero niedawno wstało. Dzień mógł być całkiem ciepły i ładny.
Nie patrzył na godzinę i możliwe, że w którymś momencie zawiesił się w swoich myślach, bo klimat sprzyjał kontemplacji. Na chwilę przysiadł na ławeczce pod dębem a kiedy się zorientował, że siedzi tu już długo, na cmentarzu zaczęli pojawiać się ludzie.