30.09.2024, 00:15 ✶
Nie kontrolował zegarka tak samo jak otoczenia i tego, co dzieje się dookoła niego. Prawdopodobnie powinien być czujniejszy, ale pogrążył się w myślach i pozwolił sobie na wyczucie się w klimat tego miejsca. Wywoływało w nim specyficzną nostalgię. Nigdy nie lubił rozważać na temat kruchości życia, ale ostatnio to się zmieniało.
Pewnie powiedziałby jeszcze przez chwilę, żeby nie podnosić się od razu, kiedy w pobliżu pojawił się pogrzeb. Chciał uszanować ciszę, która nagle zapadła, nawet jeśli nie do końca wiedział jak to robić. Planował dyskretnie usunąć się w pierwszym dogodnym momencie. Czyli wtedy, gdy ktoś zacznie wyć i zawodzić, rzucając się do trumny albo stanie się coś podobnego. Wydawało mu się, że to stały element mugolskich pogrzebów. Na każdym były jakieś płaczki.
Rzeczywiście. Tym razem niewiele się pomylił. Co prawda nie było tam opłaconych płaczek; to założenie było całkiem bezsensowne, ale w pewnym momencie wśród żałobników coś zaczęło się dziać. To była dobra chwila, żeby się usunąć. Toteż zaczął podnosić się z miejsca, skupiając wzrok w innym miejscu, żeby nie wyglądać na zainteresowanego dramatem. Miał to raczej gdzieś.
Gdyby należał do bardziej wścibskich ludzi najpewniej nie znalazłby się ponownie na ławce, łapiąc równowagę po tym, jak prawie na kogoś wpadł. Uniósł wzrok, żeby obdarzyć tego kogoś pogardliwym, złym spojrzeniem, po czym niemal od razu się zreflektował. A może raczej: zdziwił, skonsternował. Na ułamek minuty uniósł brwi, otwierając usta, po czym od razu je zamykając i znowu otwierając.
Naprawdę urocze spotkanie. Szczególnie zważywszy na to, że Geraldine nie spełniła swojej obietnicy o spotkaniu i trzeźwej rozmowie następnego dnia po ich małym miksie dramatycznym z oboma braćmi Yaxley (brakowało tylko angażu Jamesa). Jednym żywym, ale martwym a drugim żywym, ale prawdopodobnie nieistniejącym. Zignorowała go. Nie zastał jej w mieszkaniu, kiedy z łaską dostarczył torby krwi dla Astarotha. Następnego dnia nie ponowił próby. Oczekiwał chociaż jakiegoś listu - tu również nic.
Chyba jednak go nienawidziła. Nie zdziwiłby się tym bardziej niż tym, że w ogóle udało im się normalnie porozmawiać wtedy w barze. Ignorowanie bardziej pasowało do reakcji na ponad roczną nieobecność.
Nieważne co się stało, Ambroise zreflektował się na tyle, żeby maska znowu wróciła na jego twarz.
- Usiądź wygodnie - stwierdził, jakby spodziewał się, że do niego (niemal na niego) wpadnie i oczekiwał na nią w tym miejscu.
Uprzejmie przesunął się na ławce, żeby zrobić Geraldine więcej miejsca i zapewnić im obojgu komfortowy dystans. Jak to było możliwe na stosunkowo wąską ławeczkę. Z odległości mogli wyglądać jak para żałobników opłakujących niedawno zmarłego bliskiego i rozmyślających nad kruchością życia.
Mieli nawet całkiem adekwatne ubrania, przynajmniej jeśli chodziło o kolor, bo dłuższe spojrzenie w kierunku Geraldine uświadomiłoby obserwatora, że jeśli była częścią jakiegoś pogrzebu to raczej nie umiała się elegancko nosić. Jak to kiedyś nazywał: ubrania poszukiwaczki przygód. Ciemne, ale wygodne.
On sam wyglądał trochę bardziej pogrzebowo, bo nosił się tak na co dzień. Może był w mugolskiej części Londynu, ale na takie okoliczności tylko trochę dostosowywał wybór garderoby. Poza pogrzebem mógł wyglądać przesadnie elegancko, jakby wyrwał się z ważnego spotkania biznesowego albo tylko mu się tak wydawało. No właśnie. Z drugiej strony wystarczyłby taki sam czujny wzrok, żeby dostrzec, że był trochę wczorajszy. Nieogolony i bardziej wymiętolony niż zazwyczaj. W tym kontekście jego ubrania swobodnie mogły być donacją z jakichś skrzyń a on sam mieć nie po kolei w głowie.
Całe szczęście (uroczy dobór słów biorąc pod uwagę płaczących żałobników) nie byli w centrum uwagi. Całkiem słusznie, bo w tym miejscu to śmierć była gwiazdą.
- Znałaś tego człowieka? - Spytał zniżonym głosem, bo w takim wypadku wypadałoby złożyć Geraldine kondolencje.
Co prawda nie widział jej jako bliskiej jakiegoś mugola albo mugolki, ale ostatnim razem go zaskoczyła. Jej życie wyglądało teraz inaczej. Czuł, że gdyby chciał znaleźć w nim miejsce dla siebie musiałby przepchać się pomiędzy wieloma nowymi trupami wiszącymi w szafie. Ona zresztą też. W przeciągu roku pozyskali całkiem wiele nowych eksponatów do makabrycznej wystawki.
Pewnie powiedziałby jeszcze przez chwilę, żeby nie podnosić się od razu, kiedy w pobliżu pojawił się pogrzeb. Chciał uszanować ciszę, która nagle zapadła, nawet jeśli nie do końca wiedział jak to robić. Planował dyskretnie usunąć się w pierwszym dogodnym momencie. Czyli wtedy, gdy ktoś zacznie wyć i zawodzić, rzucając się do trumny albo stanie się coś podobnego. Wydawało mu się, że to stały element mugolskich pogrzebów. Na każdym były jakieś płaczki.
Rzeczywiście. Tym razem niewiele się pomylił. Co prawda nie było tam opłaconych płaczek; to założenie było całkiem bezsensowne, ale w pewnym momencie wśród żałobników coś zaczęło się dziać. To była dobra chwila, żeby się usunąć. Toteż zaczął podnosić się z miejsca, skupiając wzrok w innym miejscu, żeby nie wyglądać na zainteresowanego dramatem. Miał to raczej gdzieś.
Gdyby należał do bardziej wścibskich ludzi najpewniej nie znalazłby się ponownie na ławce, łapiąc równowagę po tym, jak prawie na kogoś wpadł. Uniósł wzrok, żeby obdarzyć tego kogoś pogardliwym, złym spojrzeniem, po czym niemal od razu się zreflektował. A może raczej: zdziwił, skonsternował. Na ułamek minuty uniósł brwi, otwierając usta, po czym od razu je zamykając i znowu otwierając.
Naprawdę urocze spotkanie. Szczególnie zważywszy na to, że Geraldine nie spełniła swojej obietnicy o spotkaniu i trzeźwej rozmowie następnego dnia po ich małym miksie dramatycznym z oboma braćmi Yaxley (brakowało tylko angażu Jamesa). Jednym żywym, ale martwym a drugim żywym, ale prawdopodobnie nieistniejącym. Zignorowała go. Nie zastał jej w mieszkaniu, kiedy z łaską dostarczył torby krwi dla Astarotha. Następnego dnia nie ponowił próby. Oczekiwał chociaż jakiegoś listu - tu również nic.
Chyba jednak go nienawidziła. Nie zdziwiłby się tym bardziej niż tym, że w ogóle udało im się normalnie porozmawiać wtedy w barze. Ignorowanie bardziej pasowało do reakcji na ponad roczną nieobecność.
Nieważne co się stało, Ambroise zreflektował się na tyle, żeby maska znowu wróciła na jego twarz.
- Usiądź wygodnie - stwierdził, jakby spodziewał się, że do niego (niemal na niego) wpadnie i oczekiwał na nią w tym miejscu.
Uprzejmie przesunął się na ławce, żeby zrobić Geraldine więcej miejsca i zapewnić im obojgu komfortowy dystans. Jak to było możliwe na stosunkowo wąską ławeczkę. Z odległości mogli wyglądać jak para żałobników opłakujących niedawno zmarłego bliskiego i rozmyślających nad kruchością życia.
Mieli nawet całkiem adekwatne ubrania, przynajmniej jeśli chodziło o kolor, bo dłuższe spojrzenie w kierunku Geraldine uświadomiłoby obserwatora, że jeśli była częścią jakiegoś pogrzebu to raczej nie umiała się elegancko nosić. Jak to kiedyś nazywał: ubrania poszukiwaczki przygód. Ciemne, ale wygodne.
On sam wyglądał trochę bardziej pogrzebowo, bo nosił się tak na co dzień. Może był w mugolskiej części Londynu, ale na takie okoliczności tylko trochę dostosowywał wybór garderoby. Poza pogrzebem mógł wyglądać przesadnie elegancko, jakby wyrwał się z ważnego spotkania biznesowego albo tylko mu się tak wydawało. No właśnie. Z drugiej strony wystarczyłby taki sam czujny wzrok, żeby dostrzec, że był trochę wczorajszy. Nieogolony i bardziej wymiętolony niż zazwyczaj. W tym kontekście jego ubrania swobodnie mogły być donacją z jakichś skrzyń a on sam mieć nie po kolei w głowie.
Całe szczęście (uroczy dobór słów biorąc pod uwagę płaczących żałobników) nie byli w centrum uwagi. Całkiem słusznie, bo w tym miejscu to śmierć była gwiazdą.
- Znałaś tego człowieka? - Spytał zniżonym głosem, bo w takim wypadku wypadałoby złożyć Geraldine kondolencje.
Co prawda nie widział jej jako bliskiej jakiegoś mugola albo mugolki, ale ostatnim razem go zaskoczyła. Jej życie wyglądało teraz inaczej. Czuł, że gdyby chciał znaleźć w nim miejsce dla siebie musiałby przepchać się pomiędzy wieloma nowymi trupami wiszącymi w szafie. Ona zresztą też. W przeciągu roku pozyskali całkiem wiele nowych eksponatów do makabrycznej wystawki.