30.09.2024, 01:57 ✶
- Nic nie musisz, Geraldine. Przecież wiesz - stwierdził spokojnie, wpatrując się w nią bez żadnego konkretnego wyrazu twarzy.
To mógłby być całkiem miły żarcik. Nawiązywał do tego, co kiedyś niemal było ich wspólną życiową maksymą. Tyle tylko, że teraz nie było już żadnego wspólnego życia, więc ta maksyma również straciła znaczenie. Ambroise nie miał zamiaru powstrzymać Geraldine przed czymkolwiek, co chciała zrobić. Jeśliby odeszła, nie goniłby za nią. Jeśli miała zostać, nie musieli rozmawiać. Mogli posiedzieć tak przez chwilę, nie dając słowom żadnego ujścia a potem rozejść się nadal w zupełnym milczeniu.
Mieli w tym doświadczenie, prawda? Swego czasu niemal profesjonalnie trudnili się ukrywaniem swoich przemyśleń przed tą drugą osobą. Co z tego, że to jeszcze bardziej ich fiksowało i doprowadzało do wewnętrznego szaleństwa. Przemilczane słowa truły wnętrze i wypełniały powstałe rany gryzącym jadem. Istotne, że to nie byłby pierwszy raz, kiedy zrobiliby coś takiego. To byłoby wręcz ukoronowanie ich doświadczeń. Klejnot koronny w cierniowej koronie zjebania.
Mimo ich niedawnych rozmów i tego, że wydawały się całkiem przyjacielskie i szczere... ...no... ...szczere do momentu, kiedy zapomniała mu napomknąć o wygłodniałym bracie wampirze czekającym w ciemnym mieszkaniu, do którego ją odprowadzał. Ot. Dodatek do tego drugiego brata, przez którego upiła się niemal do granic możliwości i w pierwszej kolejności doprowadziła do tego, że ich wspólny znajomy zaczepił Greengrassie, żeby pozbierał ją z barowego stolika.
Ambroise w żadnym momencie nie zakładał, że rozmowa na trzeźwo (jej trzeźwo, bo co dziwne on nie był pijany w żadnym z tych momentów) pójdzie im równie gładko. Wtedy w barze trafił na Yaxleyównę w wyjątkowo łaskawym nastroju. Choć trudno byłoby to tak nazwać, skoro jednocześnie opowiadała mu o tym, że załamał jej się cały świat. Sądził, że dalsza część dyskusji może im pójść trochę logiczniej, ale jednocześnie równie chaotycznie.
Tyle tylko, że nie doszła do skutku. To, że on obiecał Rinie swoje wsparcie najwyraźniej nie równało się temu, że ona nie mogła wycofać się z tego układu. Miło byłoby, gdyby raczyła go o tym poinformować. Z drugiej strony nie mógł mieć do niej otwartych wyrzutów, bo to on w pierwszej kolejności zachował się jak śmierdzący tchórz. Nieważne, że to było ponad rok temu i że chociaż spróbował zostawić jej jakieś wyjaśnienia. Liczyło się to, że mogła odtrącić jego wyciągniętą dłoń a on mógł zrobić równe okrągłe nic.
Był zbyt dumny, żeby prosić o to, aby dała mu szansę bycia tymczasowym przyjacielem i kompanem w trudnościach. Nawet, jeśli obiecał jej, że odsunie się zaraz potem. Ponownie: nie specjalnie mógł się dziwić. Przyjaźń wychodziła im raczej średnio i była drogą przez mękę. Mimo to chciał dla niej dobrze. Chciał, żeby była bezpieczna i szczęśliwsza niż teraz. Nawet tamta krótka interakcja uświadomiła go jak bardzo zżerały ją te wszystkie okoliczności.
Mimo to nie spytał o to i nie poruszył kwestii nieodbytego spotkania. Świadomie to przemilczał, choć przez cały czas miał przy tym flashbacki z przeszłości. Nie było dobrze, gdy nie rozmawiali wprost. Ale przecież zawsze mogli po prostu wstać z tej ławki i rozejść się każde w swoją stronę? Czułby się niewiele gorzej. Przynajmniej do czasu, gdy usłyszałby, że stało się coś, czemu mógłby zapobiec, gdyby otworzył mordę. O ironio, zazwyczaj tak niewyparzoną.
- To chyba zależy - zamyślił się na moment, bo to, co mówiła było mniej więcej zbieżne z jego własnymi myślami sprzed chwili. Dla ciebie to na szczęście, bo nie musisz nikogo dziś opłakiwać. Dla nich to nieszczęście, bo nie mają jeszcze kogoś z kim mogliby podzielić swój żal -[/b] odrzekł.
Odkąd zrobił się filozoficzny? Tego dnia miał wrażenie, że ciężar na jego piersi był większy niż zazwyczaj. Siedział mu na niej jak nocna mara. To chyba było to: dlatego skłaniał się ku podobnym nostalgicznym wypowiedziom zamiast wzruszać ra...
...no dobrze. Nie zamiast, bo szybko to zrobił.
- Myślę - wzruszył ramionami, bo nie było mu w smak mówić jej o tym, co go tu doprowadziło. - Wracam do domu i myślę.
Mimo wszystko nie chciał opowiadać o swoim nowym życiu. A może raczej o powrocie do starego? Już kiedyś zachowywał się dokładnie w taki sposób. Wrócił do korzeni. Do płonącego, nawiedzonego domu. Tylko tym razem trochę bardziej świadomie i w konkretnym celu. Przygotowany na to, co tam zastanie, bo to było dobrze znane bagno.
To mógłby być całkiem miły żarcik. Nawiązywał do tego, co kiedyś niemal było ich wspólną życiową maksymą. Tyle tylko, że teraz nie było już żadnego wspólnego życia, więc ta maksyma również straciła znaczenie. Ambroise nie miał zamiaru powstrzymać Geraldine przed czymkolwiek, co chciała zrobić. Jeśliby odeszła, nie goniłby za nią. Jeśli miała zostać, nie musieli rozmawiać. Mogli posiedzieć tak przez chwilę, nie dając słowom żadnego ujścia a potem rozejść się nadal w zupełnym milczeniu.
Mieli w tym doświadczenie, prawda? Swego czasu niemal profesjonalnie trudnili się ukrywaniem swoich przemyśleń przed tą drugą osobą. Co z tego, że to jeszcze bardziej ich fiksowało i doprowadzało do wewnętrznego szaleństwa. Przemilczane słowa truły wnętrze i wypełniały powstałe rany gryzącym jadem. Istotne, że to nie byłby pierwszy raz, kiedy zrobiliby coś takiego. To byłoby wręcz ukoronowanie ich doświadczeń. Klejnot koronny w cierniowej koronie zjebania.
Mimo ich niedawnych rozmów i tego, że wydawały się całkiem przyjacielskie i szczere... ...no... ...szczere do momentu, kiedy zapomniała mu napomknąć o wygłodniałym bracie wampirze czekającym w ciemnym mieszkaniu, do którego ją odprowadzał. Ot. Dodatek do tego drugiego brata, przez którego upiła się niemal do granic możliwości i w pierwszej kolejności doprowadziła do tego, że ich wspólny znajomy zaczepił Greengrassie, żeby pozbierał ją z barowego stolika.
Ambroise w żadnym momencie nie zakładał, że rozmowa na trzeźwo (jej trzeźwo, bo co dziwne on nie był pijany w żadnym z tych momentów) pójdzie im równie gładko. Wtedy w barze trafił na Yaxleyównę w wyjątkowo łaskawym nastroju. Choć trudno byłoby to tak nazwać, skoro jednocześnie opowiadała mu o tym, że załamał jej się cały świat. Sądził, że dalsza część dyskusji może im pójść trochę logiczniej, ale jednocześnie równie chaotycznie.
Tyle tylko, że nie doszła do skutku. To, że on obiecał Rinie swoje wsparcie najwyraźniej nie równało się temu, że ona nie mogła wycofać się z tego układu. Miło byłoby, gdyby raczyła go o tym poinformować. Z drugiej strony nie mógł mieć do niej otwartych wyrzutów, bo to on w pierwszej kolejności zachował się jak śmierdzący tchórz. Nieważne, że to było ponad rok temu i że chociaż spróbował zostawić jej jakieś wyjaśnienia. Liczyło się to, że mogła odtrącić jego wyciągniętą dłoń a on mógł zrobić równe okrągłe nic.
Był zbyt dumny, żeby prosić o to, aby dała mu szansę bycia tymczasowym przyjacielem i kompanem w trudnościach. Nawet, jeśli obiecał jej, że odsunie się zaraz potem. Ponownie: nie specjalnie mógł się dziwić. Przyjaźń wychodziła im raczej średnio i była drogą przez mękę. Mimo to chciał dla niej dobrze. Chciał, żeby była bezpieczna i szczęśliwsza niż teraz. Nawet tamta krótka interakcja uświadomiła go jak bardzo zżerały ją te wszystkie okoliczności.
Mimo to nie spytał o to i nie poruszył kwestii nieodbytego spotkania. Świadomie to przemilczał, choć przez cały czas miał przy tym flashbacki z przeszłości. Nie było dobrze, gdy nie rozmawiali wprost. Ale przecież zawsze mogli po prostu wstać z tej ławki i rozejść się każde w swoją stronę? Czułby się niewiele gorzej. Przynajmniej do czasu, gdy usłyszałby, że stało się coś, czemu mógłby zapobiec, gdyby otworzył mordę. O ironio, zazwyczaj tak niewyparzoną.
- To chyba zależy - zamyślił się na moment, bo to, co mówiła było mniej więcej zbieżne z jego własnymi myślami sprzed chwili. Dla ciebie to na szczęście, bo nie musisz nikogo dziś opłakiwać. Dla nich to nieszczęście, bo nie mają jeszcze kogoś z kim mogliby podzielić swój żal -[/b] odrzekł.
Odkąd zrobił się filozoficzny? Tego dnia miał wrażenie, że ciężar na jego piersi był większy niż zazwyczaj. Siedział mu na niej jak nocna mara. To chyba było to: dlatego skłaniał się ku podobnym nostalgicznym wypowiedziom zamiast wzruszać ra...
...no dobrze. Nie zamiast, bo szybko to zrobił.
- Myślę - wzruszył ramionami, bo nie było mu w smak mówić jej o tym, co go tu doprowadziło. - Wracam do domu i myślę.
Mimo wszystko nie chciał opowiadać o swoim nowym życiu. A może raczej o powrocie do starego? Już kiedyś zachowywał się dokładnie w taki sposób. Wrócił do korzeni. Do płonącego, nawiedzonego domu. Tylko tym razem trochę bardziej świadomie i w konkretnym celu. Przygotowany na to, co tam zastanie, bo to było dobrze znane bagno.