30.09.2024, 10:27 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.09.2024, 10:29 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Nie umieli ze sobą rozmawiać. Stare zabiegi nie miały słuszności. To, co kiedyś brzmiało jak wspólny język teraz było tylko spletkiem bezsensownych słów dwójki ludzi, którzy znaleźli się po dwóch stronach długiego, ciemnego korytarza. Naprawdę myślał, że daje jej to, czego potrzebowała. Tyle rozmawiali o wolności. Chciał, żeby mogła oddychać pełną piersią. Ambroise tylko próbował rozkuć ich łańcuchy. Nie chciał, żeby to zamieniło się w duszący woal narastającej obojętności. Taka była naturalna kolej rzeczy. Był ślepcem, że tego nie dostrzegł zanim nie było za późno, ale nauczył się z tym żyć. Powoli z dnia na dzień. Gdyby się nie spotkali w tamtym barze nadal mógłby utrzymywać, że podjął najlepsze możliwe decyzję, nie był Głupcem.
Mógł jej dać to, o co pytała. To nie było coś, przed czym musiałby się wzbraniać. W gruncie rzeczy ich rozmowa toczyła się na neutralnym gruncie. Nie musiał odsłaniać przed nią nic ponad to, co chciałby powiedzieć. To nie było niewygodne (było). Przynajmniej ta część tego spotkania mogła mieć całkowicie neutralny wydźwięk.
- Bywamy ślepcami, gdy to komfortowe - przytaknął.
Kiedyś by tego nie zrobił. Nie zaliczyłby się do grona ślepców. Nawet teraz przez większość czasu wypierał tę możliwość. Po prostu Geraldine trafiła na jego bardziej melancholijny dzień, kiedy próbował zaprzyjaźnić się ze swoimi demonami w inny sposób niż zazwyczaj.
Zdarzało się, że ludzie siedzący mu w pamięci byli tak głośni, że nie słyszał teraźniejszości. Ona zawsze była tam najgłośniejsza. Umościła sobie wygodne miejsce w jego umyśle i nie dawała mu zapomnieć o tym, że choć nie jest tam tylko tymczasowym gościem to nie powinien cieszyć się z jej długotrwałej obecności. Była tam, żeby przypominać mu, że zawiódł. Nie po to, żeby łagodzić jego męki. Już za życia była najgłośniejszym trupem w jego szafie.
- Zdziwiłabyś się, jak to bardzo do mnie pasuje - spojrzał na nią kątem oka, nie uśmiechnął się - to było idealne miejsce dla nowego, nieznanego jej Greengrassa.
Nie chciał tak o niej myśleć. Myśl o tym, że to mogłaby nie być wyłącznie metafora przerażała go do głębi. Ta chaotyczna rozmowa w barze uświadomiła Greengrassa o jego własnej bezsilności wobec konsekwencji tego, że oddał całą kontrolę nad tym elementem życia. Chcąc być odpowiedzialny, nieświadomie odrzucił całą odpowiedzialność, ale to nie znaczyło, że wszystko magicznie zaczęło się poprawiać. Wręcz przeciwnie. Zbyt późno zorientował się, że to po prostu oznaczało, że przedwcześnie poddał grę. Turniej nadal trwał, tyle że bez niego.
Mógł obserwować wszystko z boku, ale nie miał wpływu na przebieg rozgrywki. Dużo czasu zajęło mu uświadomienie sobie tego, ale w pewnym sensie wolałby dalej być ślepcem. Na to miał wpływ.
- Nad kruchością tego wszystkiego - mógł jej dać swoje ciche, smutne spostrzeżenia w oprawie niewyraźnego, równie smutnego uśmiechu nie ogarniającego oczu.
Ostatnio coraz rzadziej uśmiechał się oczami. W jego życie wkraczała obojętność. Powoli wkradło się w nie coś, nad czym nie miał kontroli. On sam nieświadomie otworzył temu tylną furtkę i nie zorientował się zanim nie było na to trochę za późno. Nie przyznałby tego przed sobą, ale jego życie zaczęło obracać się wokół tych dwóch słów: za późno. Mierząc do przodu i napawając się przewagą tak naprawdę nie zauważał, że inni robią już trzecie kółko, podczas kiedy on był jeszcze przed końcem pierwszego.
- W świetle dnia wszystko nabiera nowej perspektywy - cicho się odezwał, wbijając wzrok w żałobną grupę ludzi chowających bliskiego człowieka.
W tym momencie nie mogli być mu solą w oku, choćby chciał. Patrząc na ich czarne sylwetki, tym razem nie widział w nich grupy marnych, bezsilnych jednostek o ograniczonych umysłach. Paradoksalnie teraz byli mu bliżsi i bardziej ludzcy niż kiedykolwiek. Nie znał nikogo stamtąd. To nie był jego świat. A jednak czuł się jakąś cząstką tego kolektywu, nawet jeśli nikt inny nie był tego świadomy.
Miał nadzieję, że rozpacz tych ludzi ustąpi równie szybko, co ich ogarnęła a desperackie pragnienie przywrócenia życia krewnemu czy przyjacielowi powoli rozpłynie się i zrobi miejsce na łatwiejsze, bardziej melancholijne uczucia i dobre wspomnienia o wspólnie spędzonych latach. Zasługiwali na to. To śmieszne, że w obliczu śmierci wszyscy byli sobie jakby bardziej równi. Nie nazwałby ich braćmi, nie posunąłby się tak daleko, byłoby to całkowicie sprzeczne z jego normalną filozofią życiową, ale w tym momencie mieli jego sympatię. Choć może było to za mocne słowo. Mieli jego dobrą myśl. Życzenie zaznania spokoju, szczególnie że zmarły na pewno doznał go po śmierci.
- Pozwól mi sobie pomóc jeszcze ten jeden raz -nie chcę cię stracić w ten sposób, zwrócił się jeszcze ciszej szeptem przyrównywalnym do głośniejszego powiewu wiatru.
Nie ruszył się, nie spojrzał na nią, gorycz wypełniała mu gardło jak trucizna sącząca się w dół piersi. Sam wybrał, żeby ją wypić. Był odpowiedzialny za swoje czyny. W tym momencie czuł to aż zbyt mocno.
- Wiem, że nie musisz, ale mi na to pozwól. W imię wszystkiego, co między nami było? Proszę - brzmiał spokojnie, ale mimowolnie spinał się na myśl, że miałby usłyszeć odpowiedź, która by mu się nie spodobała.
Spodziewał się, że może tak być, ale prosił. Prosił, co niemal się nie zdarzało. Ostatnie dni były wielkim znakiem nadchodzącej porażki. Tym bardziej najprawdopodobniej nie powinien poruszać tego tematu ani pytać o podjęte bez niego decyzję. Bardzo dużo działo się teraz wbrew jego woli, ale poza wszelkimi władzami, jakie miał nad tym Ambroise. Tu nie miał żadnych. Na własne życzenie został wykluczony z hierarchii.
Nie to, że znajdował się gdzieś nisko i po prostu spadł tam niemalże ze szczytu (ona była dla niego na szczycie). Nie. Wypisał się z rankingu wypisując się z życia Geraldine. Nie mógłby robić jej wyrzutów, że nie było dla niego miejsca ani że nie chciała jego gościnnego występu w swoim dramacie.
Mógłby się wściekać, czuć, że nie ma kontroli, która była najważniejsza w jego życiu. Mógłby być zły i rozgoryczony. Martwić się, miotać, wyklinać ile wlezie, spróbować stłumić myśli w jakiś destrukcyjny sposób. Napisać coś pełnego goryczy, czego nigdy by nie wysłał (na niewysłane listy powinien mieć osobny pokój, gdyby nie to, że kończyły jako smętne kupki popiołu w kominku), ale to nie zmieniało faktu, że otrzymywał dokładnie to, na co złożył zamówienie: wolność; nigdy nie była tak gorzka.
Mógł jej dać to, o co pytała. To nie było coś, przed czym musiałby się wzbraniać. W gruncie rzeczy ich rozmowa toczyła się na neutralnym gruncie. Nie musiał odsłaniać przed nią nic ponad to, co chciałby powiedzieć. To nie było niewygodne (było). Przynajmniej ta część tego spotkania mogła mieć całkowicie neutralny wydźwięk.
- Bywamy ślepcami, gdy to komfortowe - przytaknął.
Kiedyś by tego nie zrobił. Nie zaliczyłby się do grona ślepców. Nawet teraz przez większość czasu wypierał tę możliwość. Po prostu Geraldine trafiła na jego bardziej melancholijny dzień, kiedy próbował zaprzyjaźnić się ze swoimi demonami w inny sposób niż zazwyczaj.
Zdarzało się, że ludzie siedzący mu w pamięci byli tak głośni, że nie słyszał teraźniejszości. Ona zawsze była tam najgłośniejsza. Umościła sobie wygodne miejsce w jego umyśle i nie dawała mu zapomnieć o tym, że choć nie jest tam tylko tymczasowym gościem to nie powinien cieszyć się z jej długotrwałej obecności. Była tam, żeby przypominać mu, że zawiódł. Nie po to, żeby łagodzić jego męki. Już za życia była najgłośniejszym trupem w jego szafie.
- Zdziwiłabyś się, jak to bardzo do mnie pasuje - spojrzał na nią kątem oka, nie uśmiechnął się - to było idealne miejsce dla nowego, nieznanego jej Greengrassa.
Nie chciał tak o niej myśleć. Myśl o tym, że to mogłaby nie być wyłącznie metafora przerażała go do głębi. Ta chaotyczna rozmowa w barze uświadomiła Greengrassa o jego własnej bezsilności wobec konsekwencji tego, że oddał całą kontrolę nad tym elementem życia. Chcąc być odpowiedzialny, nieświadomie odrzucił całą odpowiedzialność, ale to nie znaczyło, że wszystko magicznie zaczęło się poprawiać. Wręcz przeciwnie. Zbyt późno zorientował się, że to po prostu oznaczało, że przedwcześnie poddał grę. Turniej nadal trwał, tyle że bez niego.
Mógł obserwować wszystko z boku, ale nie miał wpływu na przebieg rozgrywki. Dużo czasu zajęło mu uświadomienie sobie tego, ale w pewnym sensie wolałby dalej być ślepcem. Na to miał wpływ.
- Nad kruchością tego wszystkiego - mógł jej dać swoje ciche, smutne spostrzeżenia w oprawie niewyraźnego, równie smutnego uśmiechu nie ogarniającego oczu.
Ostatnio coraz rzadziej uśmiechał się oczami. W jego życie wkraczała obojętność. Powoli wkradło się w nie coś, nad czym nie miał kontroli. On sam nieświadomie otworzył temu tylną furtkę i nie zorientował się zanim nie było na to trochę za późno. Nie przyznałby tego przed sobą, ale jego życie zaczęło obracać się wokół tych dwóch słów: za późno. Mierząc do przodu i napawając się przewagą tak naprawdę nie zauważał, że inni robią już trzecie kółko, podczas kiedy on był jeszcze przed końcem pierwszego.
- W świetle dnia wszystko nabiera nowej perspektywy - cicho się odezwał, wbijając wzrok w żałobną grupę ludzi chowających bliskiego człowieka.
W tym momencie nie mogli być mu solą w oku, choćby chciał. Patrząc na ich czarne sylwetki, tym razem nie widział w nich grupy marnych, bezsilnych jednostek o ograniczonych umysłach. Paradoksalnie teraz byli mu bliżsi i bardziej ludzcy niż kiedykolwiek. Nie znał nikogo stamtąd. To nie był jego świat. A jednak czuł się jakąś cząstką tego kolektywu, nawet jeśli nikt inny nie był tego świadomy.
Miał nadzieję, że rozpacz tych ludzi ustąpi równie szybko, co ich ogarnęła a desperackie pragnienie przywrócenia życia krewnemu czy przyjacielowi powoli rozpłynie się i zrobi miejsce na łatwiejsze, bardziej melancholijne uczucia i dobre wspomnienia o wspólnie spędzonych latach. Zasługiwali na to. To śmieszne, że w obliczu śmierci wszyscy byli sobie jakby bardziej równi. Nie nazwałby ich braćmi, nie posunąłby się tak daleko, byłoby to całkowicie sprzeczne z jego normalną filozofią życiową, ale w tym momencie mieli jego sympatię. Choć może było to za mocne słowo. Mieli jego dobrą myśl. Życzenie zaznania spokoju, szczególnie że zmarły na pewno doznał go po śmierci.
- Pozwól mi sobie pomóc jeszcze ten jeden raz -nie chcę cię stracić w ten sposób, zwrócił się jeszcze ciszej szeptem przyrównywalnym do głośniejszego powiewu wiatru.
Nie ruszył się, nie spojrzał na nią, gorycz wypełniała mu gardło jak trucizna sącząca się w dół piersi. Sam wybrał, żeby ją wypić. Był odpowiedzialny za swoje czyny. W tym momencie czuł to aż zbyt mocno.
- Wiem, że nie musisz, ale mi na to pozwól. W imię wszystkiego, co między nami było? Proszę - brzmiał spokojnie, ale mimowolnie spinał się na myśl, że miałby usłyszeć odpowiedź, która by mu się nie spodobała.
Spodziewał się, że może tak być, ale prosił. Prosił, co niemal się nie zdarzało. Ostatnie dni były wielkim znakiem nadchodzącej porażki. Tym bardziej najprawdopodobniej nie powinien poruszać tego tematu ani pytać o podjęte bez niego decyzję. Bardzo dużo działo się teraz wbrew jego woli, ale poza wszelkimi władzami, jakie miał nad tym Ambroise. Tu nie miał żadnych. Na własne życzenie został wykluczony z hierarchii.
Nie to, że znajdował się gdzieś nisko i po prostu spadł tam niemalże ze szczytu (ona była dla niego na szczycie). Nie. Wypisał się z rankingu wypisując się z życia Geraldine. Nie mógłby robić jej wyrzutów, że nie było dla niego miejsca ani że nie chciała jego gościnnego występu w swoim dramacie.
Mógłby się wściekać, czuć, że nie ma kontroli, która była najważniejsza w jego życiu. Mógłby być zły i rozgoryczony. Martwić się, miotać, wyklinać ile wlezie, spróbować stłumić myśli w jakiś destrukcyjny sposób. Napisać coś pełnego goryczy, czego nigdy by nie wysłał (na niewysłane listy powinien mieć osobny pokój, gdyby nie to, że kończyły jako smętne kupki popiołu w kominku), ale to nie zmieniało faktu, że otrzymywał dokładnie to, na co złożył zamówienie: wolność; nigdy nie była tak gorzka.