30.09.2024, 12:41 ✶
- Sama to powiedziałaś: zaskakuję - stwierdził ponuro, ale nadal nie pozwolił sobie na gorycz.
Wiedział, że to nie komplement z jej strony. Geraldine mówiła to w formie bolesnej prawdy odnośnie tego, co o nim sądziła. Był ludzkim uosobieniem chaosu, nawet jeśli z zewnątrz sprawiał wrażenie oficjalnego, chłodnego, opanowanego i ze wszech miar profesjonalnego. Tego dnia wyglądał trochę tak, jakby zatrzymał się gdzieś pomiędzy wewnętrzem a zewnętrzem. Na pierwszy rzut oka wyglądał jak dumny czystokrwisty czarodziej w starannie dopasowanym a'la mugolskim ubraniu (mugole raczej nie zwykli nosić rodowych sygnetów, przypinek do mankietów, butów z połyskującej, ale jednocześnie matowej skóry magicznych zwierząt (te ostatnie przyciągały zdziwione spojrzenia, bo nie zachowywały się normalnie w świetle). Z drugiej strony był nieogolony, jego zwyczajowy zarost nie był starannie przystrzyżony, miał podkrążone i przekrwione oczy a włosy zsuwały mu się na twarz w nieładzie, choć powinny trzymać się sztywno w upięciu. Osobliwy widok człowieka tkwiącego między dwoma światami.
Czy naprawdę tak bardzo dziwiło Geraldine, co tu robił? Czasami czuł się martwy już za życia. Był chodzącym przykładem tego, że dało się żyć bez funkcjonującego serca. Może miał więcej wspólnego z jej młodszym bratem niżeli chciał mieć.
- Światło dnia obnaża - skwitował krótko.
Ostatnio wolał żyć w znacznie łagodniejszym świetle nocy, dni spędzając na dyżurach, na których mógł zapomnieć o własnych problemach. Zajmowanie się ranami i zatruciami innych czarodziejów przynosiło ulgę jego własnym. Przynajmniej do tej pory, bo teraz coś się zmieniło. Miał wrażenie, że znowu zaczyna krwawić na wszystko i wszystkich dookoła siebie a tym razem naprawdę tego nie chciał. Robił złe, wątpliwe moralnie rzeczy, ale nie chciał być złym człowiekiem. Szczególnie nie teraz. Nie dla Riny.
- Stary, dobry grząski grunt huh? - Mógłby się uśmiechnąć, ale byłoby w tym zbyt dużo goryczy. Nierozsądne.
Przełknął ślinę. Miał nadzieję, że tego nie dostrzegła. Nie wiedział, bo unikał jej spojrzenia. Cały czas patrzył na żałobników. Przyszli tu na jego własny pogrzeb? Miał przyjaciół, miał rodzinę. Umiał podtrzymywać te relacje. To nie tak, że zawalał na wszystkich frontach. Na pewno by po nim płakano. Miałby piękny pogrzeb zgodny z magicznymi tradycjami. Byłoby na nim wielu drogich mu ludzi. Nie od razu by o nim zapomniano.
Jego siostra na pewno przychodziłaby do Kniei. Wierzyli w te rzeczy. Sądzili, że ich dusze połączą się z tamtymi drzewami, więc Roselyn by to pielęgnowała. Przynajmniej dopóki nie zaczęłaby żyć dalej, czego dla niej chciał. Wtedy rzadziej by tam bywała. Nie mógłby być na nią zły, zresztą pewnie byłby wtedy jakimś lepszym bytem bez tych paskudnych naleciałości na charakterze. Choć kto to wiedział. Może zostałby cisem? Kłującą akacją? Czarnym bzem - ochronnym, ale jednocześnie zwiastunem szykowania się na nieszczęście?
Zawsze to ignorował. Miał ugruntowane, sztywne poglądy, ale kiedy patrzył na tamtych ludzi, dostrzegając sylwetkę kogoś, kto niemal rzucił się w ziemię razem z trumną i musiał zostać odciągnięty przez dwie inne roztrzęsione osoby...
...uświadomił sobie, że nikt by tego dla niego nie zrobił. Nie chciałby tego, nie chciał być przyczyną czyjejś targającej otumaniającej rozpaczy do szaleństwa, ale ta myśl bolała.
- Mówię serio, Rina - odezwał się wyrwany z zamyślenia w podobnym tonie - cicho, bo przecież byli na cmentarzu.
Kto jak kto, on miał ostatnio narastające pokłady respektu przed zmarłymi. To też było gorzkawe. Pozostawiało gorycz na jego języku. Zmarły za życia? Był nim?
- Wiesz, że staram się dotrzymać danego słowa - powiedział, choć oboje wiedzieli, że to była półprawda, która nie sprawdziła się w ich przypadku.
Ambroise nie miał problemu z obietnicami, które składał w jakimkolwiek innym kontekście. Był słownym człowiekiem. Przyrzeczenie złożone przez niego na głos lub nawet niewypowiedziane, ale mające miejsce w jego głowie było niemal święte. Niemalże stanowiło gwarancję, że zostanie dotrzymane. Niestety był ten jeden naczelny problem, o którym oboje wiedzieli. Obietnice, które im złożył były skazą na jego przekonaniach.
Nie dotrzymał niemal żadnego z tych, które powinny być nienaruszone. Dla swojej interpretacji jednego złamał wszystkie inne, w tym te, które najbardziej chciał uszanować. Geraldine miała święte prawo twierdzić, że Greengrass wyciera sobie twarz pustymi słowami jak szmatą, szczególnie, że nie znała jego logiki. To było pokrętne myślenie zagubionego człowieka nie umiejącego przyznać, że się pogubił. Nawet przed sobą, co dopiero przed kobietą, dla której usiłował być najlepszą wersją siebie. To też mu nie wyszło.
Mimo to tym razem znowu składał jej przyrzeczenie. Tym razem było zbieżne z tym jednym, którego nie złamał. Stanowiło jedność z gwarancją, że chciał jej dać spokojne życie, na które zasługiwała. Bez krzywdzących dramatów i powtarzalnych ran. Domyślał się, że jego obecność znowu je u niej otwiera. Robiła to samo u niego, ale nie zamierzał na nią krwawić ani pozwolić Geraldine wykrwawiać się przez niego. Był uzdrowicielem. Chciał jej pomóc, nie zadać dodatkowy cios.
- Znam swoje miejsce. Nie musisz się o to martwić - powiedział najbardziej neutralnie jak umiał, starannie skrywając gorycz.
Znał to miejsce, bo poniekąd sam je wyznaczył. Było poza życiem Geraldine. Na uboczu jako zamknięty rozdział zagmatwanej historii, która nie urzekała nikogo i do której czytelnik nie chciał wracać. Była tą niechlubną częścią maszynopisu jego autorstwa, jej także, którą pewnie należało wywalić do kominka, żeby się spaliła w ogniu, ale on zachował ją w swoim pustym pokoju.
Byli dla siebie destrukcyjni, ale jednocześnie jak bardzo ze sobą rezonowali. Mimo niedomówień i nieporozumień, nie spotkał nikogo przedtem ani tym bardziej potem, kto byłby w stanie ruchem dłoni uspokoić jego demony. Była też w stanie je rozjuszyć i doprowadzić go do konwulsji, ale och, jak pięknie chaotyczną harmonią byli wobec siebie nawzajem. Odchodząc od niej wydarł sobie kawałek duszy.
- Chcę przez to powiedzieć, że masz mnie z oczu w pierwszej chwili jak tylko rozwiążemy problem -a co z oczu to z serca, prawda?, wybierał masochistyczne myślenie, że ma tam jeszcze u niej swój mały kącik.
Przynajmniej dopóki ze sobą rozmawiają. Chciał z nią rozmawiać. Nawet, jeśli to miały być urywkowe, rozgoryczone rozmowy. Nie patrzył na nią, ale jednocześnie bardziej poruszało go to, że ona na niego też nie.
Wiedział, że to nie komplement z jej strony. Geraldine mówiła to w formie bolesnej prawdy odnośnie tego, co o nim sądziła. Był ludzkim uosobieniem chaosu, nawet jeśli z zewnątrz sprawiał wrażenie oficjalnego, chłodnego, opanowanego i ze wszech miar profesjonalnego. Tego dnia wyglądał trochę tak, jakby zatrzymał się gdzieś pomiędzy wewnętrzem a zewnętrzem. Na pierwszy rzut oka wyglądał jak dumny czystokrwisty czarodziej w starannie dopasowanym a'la mugolskim ubraniu (mugole raczej nie zwykli nosić rodowych sygnetów, przypinek do mankietów, butów z połyskującej, ale jednocześnie matowej skóry magicznych zwierząt (te ostatnie przyciągały zdziwione spojrzenia, bo nie zachowywały się normalnie w świetle). Z drugiej strony był nieogolony, jego zwyczajowy zarost nie był starannie przystrzyżony, miał podkrążone i przekrwione oczy a włosy zsuwały mu się na twarz w nieładzie, choć powinny trzymać się sztywno w upięciu. Osobliwy widok człowieka tkwiącego między dwoma światami.
Czy naprawdę tak bardzo dziwiło Geraldine, co tu robił? Czasami czuł się martwy już za życia. Był chodzącym przykładem tego, że dało się żyć bez funkcjonującego serca. Może miał więcej wspólnego z jej młodszym bratem niżeli chciał mieć.
- Światło dnia obnaża - skwitował krótko.
Ostatnio wolał żyć w znacznie łagodniejszym świetle nocy, dni spędzając na dyżurach, na których mógł zapomnieć o własnych problemach. Zajmowanie się ranami i zatruciami innych czarodziejów przynosiło ulgę jego własnym. Przynajmniej do tej pory, bo teraz coś się zmieniło. Miał wrażenie, że znowu zaczyna krwawić na wszystko i wszystkich dookoła siebie a tym razem naprawdę tego nie chciał. Robił złe, wątpliwe moralnie rzeczy, ale nie chciał być złym człowiekiem. Szczególnie nie teraz. Nie dla Riny.
- Stary, dobry grząski grunt huh? - Mógłby się uśmiechnąć, ale byłoby w tym zbyt dużo goryczy. Nierozsądne.
Przełknął ślinę. Miał nadzieję, że tego nie dostrzegła. Nie wiedział, bo unikał jej spojrzenia. Cały czas patrzył na żałobników. Przyszli tu na jego własny pogrzeb? Miał przyjaciół, miał rodzinę. Umiał podtrzymywać te relacje. To nie tak, że zawalał na wszystkich frontach. Na pewno by po nim płakano. Miałby piękny pogrzeb zgodny z magicznymi tradycjami. Byłoby na nim wielu drogich mu ludzi. Nie od razu by o nim zapomniano.
Jego siostra na pewno przychodziłaby do Kniei. Wierzyli w te rzeczy. Sądzili, że ich dusze połączą się z tamtymi drzewami, więc Roselyn by to pielęgnowała. Przynajmniej dopóki nie zaczęłaby żyć dalej, czego dla niej chciał. Wtedy rzadziej by tam bywała. Nie mógłby być na nią zły, zresztą pewnie byłby wtedy jakimś lepszym bytem bez tych paskudnych naleciałości na charakterze. Choć kto to wiedział. Może zostałby cisem? Kłującą akacją? Czarnym bzem - ochronnym, ale jednocześnie zwiastunem szykowania się na nieszczęście?
Zawsze to ignorował. Miał ugruntowane, sztywne poglądy, ale kiedy patrzył na tamtych ludzi, dostrzegając sylwetkę kogoś, kto niemal rzucił się w ziemię razem z trumną i musiał zostać odciągnięty przez dwie inne roztrzęsione osoby...
...uświadomił sobie, że nikt by tego dla niego nie zrobił. Nie chciałby tego, nie chciał być przyczyną czyjejś targającej otumaniającej rozpaczy do szaleństwa, ale ta myśl bolała.
- Mówię serio, Rina - odezwał się wyrwany z zamyślenia w podobnym tonie - cicho, bo przecież byli na cmentarzu.
Kto jak kto, on miał ostatnio narastające pokłady respektu przed zmarłymi. To też było gorzkawe. Pozostawiało gorycz na jego języku. Zmarły za życia? Był nim?
- Wiesz, że staram się dotrzymać danego słowa - powiedział, choć oboje wiedzieli, że to była półprawda, która nie sprawdziła się w ich przypadku.
Ambroise nie miał problemu z obietnicami, które składał w jakimkolwiek innym kontekście. Był słownym człowiekiem. Przyrzeczenie złożone przez niego na głos lub nawet niewypowiedziane, ale mające miejsce w jego głowie było niemal święte. Niemalże stanowiło gwarancję, że zostanie dotrzymane. Niestety był ten jeden naczelny problem, o którym oboje wiedzieli. Obietnice, które im złożył były skazą na jego przekonaniach.
Nie dotrzymał niemal żadnego z tych, które powinny być nienaruszone. Dla swojej interpretacji jednego złamał wszystkie inne, w tym te, które najbardziej chciał uszanować. Geraldine miała święte prawo twierdzić, że Greengrass wyciera sobie twarz pustymi słowami jak szmatą, szczególnie, że nie znała jego logiki. To było pokrętne myślenie zagubionego człowieka nie umiejącego przyznać, że się pogubił. Nawet przed sobą, co dopiero przed kobietą, dla której usiłował być najlepszą wersją siebie. To też mu nie wyszło.
Mimo to tym razem znowu składał jej przyrzeczenie. Tym razem było zbieżne z tym jednym, którego nie złamał. Stanowiło jedność z gwarancją, że chciał jej dać spokojne życie, na które zasługiwała. Bez krzywdzących dramatów i powtarzalnych ran. Domyślał się, że jego obecność znowu je u niej otwiera. Robiła to samo u niego, ale nie zamierzał na nią krwawić ani pozwolić Geraldine wykrwawiać się przez niego. Był uzdrowicielem. Chciał jej pomóc, nie zadać dodatkowy cios.
- Znam swoje miejsce. Nie musisz się o to martwić - powiedział najbardziej neutralnie jak umiał, starannie skrywając gorycz.
Znał to miejsce, bo poniekąd sam je wyznaczył. Było poza życiem Geraldine. Na uboczu jako zamknięty rozdział zagmatwanej historii, która nie urzekała nikogo i do której czytelnik nie chciał wracać. Była tą niechlubną częścią maszynopisu jego autorstwa, jej także, którą pewnie należało wywalić do kominka, żeby się spaliła w ogniu, ale on zachował ją w swoim pustym pokoju.
Byli dla siebie destrukcyjni, ale jednocześnie jak bardzo ze sobą rezonowali. Mimo niedomówień i nieporozumień, nie spotkał nikogo przedtem ani tym bardziej potem, kto byłby w stanie ruchem dłoni uspokoić jego demony. Była też w stanie je rozjuszyć i doprowadzić go do konwulsji, ale och, jak pięknie chaotyczną harmonią byli wobec siebie nawzajem. Odchodząc od niej wydarł sobie kawałek duszy.
- Chcę przez to powiedzieć, że masz mnie z oczu w pierwszej chwili jak tylko rozwiążemy problem -a co z oczu to z serca, prawda?, wybierał masochistyczne myślenie, że ma tam jeszcze u niej swój mały kącik.
Przynajmniej dopóki ze sobą rozmawiają. Chciał z nią rozmawiać. Nawet, jeśli to miały być urywkowe, rozgoryczone rozmowy. Nie patrzył na nią, ale jednocześnie bardziej poruszało go to, że ona na niego też nie.