30.09.2024, 17:21 ✶
Czy to było lepiej? Być może. Na tym etapie nic nie wykluczał ani niczemu nie zaprzeczał. To nie tak, że nagle miał otwarty umysł. Co to, to nie. Po prostu zwykł wybierać tę opcję, która była mniej krzywdząca dla jego jestestwa. Jeszcze nie zdecydował, która to teraz jest.
- Doskonale, bo ja również - skwitował.
Nie wiedział, do czego dokładnie pije Geraldine. Przyzwyczaił się do tego, że w jej słowach z równym prawdopodobieństwem mogła być masa podtekstów jak i mogło ich nie być. Mógł szukać kolców tam, gdzie ich nie było i na odwrót - nadziać się na nie w najmniej spodziewanym momencie. Mówili wspólnym językiem. Kiedyś. Wtedy, kiedy było między nimi niemal idyllicznie dobrze i kiedy najbardziej zaczął fiksować się na tym, że to była cisza przed burzą. Teraz miał wrażenie, że ją słyszy i rozumie, ale jednocześnie, że ten dźwięk się gdzieś rozchodzi i ich słowa się wymijają, nie trafiają tam, gdzie powinny.
- To głupie i niepotrzebne. Wiesz, że cię szanuję - powiedział twardo, pierwszy raz od paru chwil obdarzając Geraldine spojrzeniem, ale nieprzeniknionym.
Jego słowa brzmiały jak szeptany wyrzut, lecz twarz nie okazywała tego, czego można byłoby się spodziewać. Już na początku tej rozmowy założył swoją maskę i otoczył się grubą skorupą, a w ostatnim czasie miał okazję zrobić się w tym znacznie lepszy niż wtedy, kiedy mogła z niego czytać jak z otwartej księgi. To byłoby krzywdzące dla obu stron, gdyby jakimś cudem ponownie się dla siebie otworzyli. Szczególnie, jeśli to miało potrwać tylko kilka chwil, a do tego wspólnie doszli.
- Jedna jaskółka wiosny nie czyni - wzruszył ramionami, bo w ich przypadku powinni mówić raczej o srokach.
Jedna sroczka smutek wróży - to pasowało znacznie lepiej. Ilość dni między ich ostatnimi rozmowami także nie zwiastowała zbyt dobrze. Jak to szło? Siedem tajemnicę kryje w najstraszniejszą ciemną noc. Tu przynajmniej wiedzieli, o jaką tajemnicę chodzi. Choć Ambroise nadal czuł się niedoinformowany i chciał zmienić ten stan bez zbędnego gadania. Nie byli najlepsi w rozmowach na te najtrudniejsze tematy.
- Patrz: to naprawdę samotna jaskółka - rzucił w dalszym ciągu cicho, pijąc do tego, co powiedział zaledwie chwilę wcześniej.
Minęły ze dwie minuty. Może nawet mniej a oni już nie byli ze sobą zgodni. Ambroise nie chciał kłócić się na cmentarzu. Ani wcale - tak prawdę mówiąc. Natomiast go znała, przynajmniej tę część, która aż tak się nie zmieniła. Był szczery. Starał się być szczery, choć to nie zawsze miało dobre skutki i wychodziło.
- Nie oferuję ci usług najemnika tylko rękę kogoś, kto się o ciebie troszczy. Nie będziesz moją szefową. Zastosuję się do logicznych poleceń, nie jestem idiotą, ale nie oddam ci całej kontroli - zaprzeczył cichym sykiem zdecydowanego człowieka, który nie miał ochoty na negocjacje w tej materii.
Nikomu nie oddawał całej władzy. Przecież to wiedziała. Już raz pozwolił sobie na utratę gruntu i do tej pory nie odzyskał pełnej równowagi. Nie miał dwa razy popełnić jednego błędu.
- Połowicznie - odrzekł bez mrugnięcia okiem.
Nie drgnął mu ani jeden mięsień na twarzy. Nie uśmiechnął się ani nie posłał jej gniewnego spojrzenia. Nie wzruszył ramionami. Nic z tych rzeczy. Połowicznie się zgadzał i to by było na tyle. Mogła to wziąć albo nie. Był świadomy, że ona powinna być świadoma, że on świadomie zamierzał być częścią tej sprawy. Ot. Zajebiście świadoma świadomość. Zero niedopowiedzeń. Sto procent szczerości. Chyba tego po nim teraz oczekiwała, co nie?
Dawał jej tyle, ile mógł zaoferować. Całą swoją pomoc i pięćdziesiąt procent szans na to, że nie postąpi samowolnie. Najlepszą możliwą ofertę mając na uwadze to, że wybór obejmował również jego całą samowolną pomoc i całkowity brak wspólnych ustaleń.
Zaparł się w tym jednym. Może nie powinien wchodzić z butami w życie Geraldine, skoro rok wcześniej w tych samych butach z niego spierdolił, ale no właśnie - to była wyjątkowa sytuacja. Los tak chciał a on tym razem nie zamierzał dyskutować ze zrządzeniami. Z Yaxleyówną także nie, jeśli miał być szczery.
- Doskonale, bo ja również - skwitował.
Nie wiedział, do czego dokładnie pije Geraldine. Przyzwyczaił się do tego, że w jej słowach z równym prawdopodobieństwem mogła być masa podtekstów jak i mogło ich nie być. Mógł szukać kolców tam, gdzie ich nie było i na odwrót - nadziać się na nie w najmniej spodziewanym momencie. Mówili wspólnym językiem. Kiedyś. Wtedy, kiedy było między nimi niemal idyllicznie dobrze i kiedy najbardziej zaczął fiksować się na tym, że to była cisza przed burzą. Teraz miał wrażenie, że ją słyszy i rozumie, ale jednocześnie, że ten dźwięk się gdzieś rozchodzi i ich słowa się wymijają, nie trafiają tam, gdzie powinny.
- To głupie i niepotrzebne. Wiesz, że cię szanuję - powiedział twardo, pierwszy raz od paru chwil obdarzając Geraldine spojrzeniem, ale nieprzeniknionym.
Jego słowa brzmiały jak szeptany wyrzut, lecz twarz nie okazywała tego, czego można byłoby się spodziewać. Już na początku tej rozmowy założył swoją maskę i otoczył się grubą skorupą, a w ostatnim czasie miał okazję zrobić się w tym znacznie lepszy niż wtedy, kiedy mogła z niego czytać jak z otwartej księgi. To byłoby krzywdzące dla obu stron, gdyby jakimś cudem ponownie się dla siebie otworzyli. Szczególnie, jeśli to miało potrwać tylko kilka chwil, a do tego wspólnie doszli.
- Jedna jaskółka wiosny nie czyni - wzruszył ramionami, bo w ich przypadku powinni mówić raczej o srokach.
Jedna sroczka smutek wróży - to pasowało znacznie lepiej. Ilość dni między ich ostatnimi rozmowami także nie zwiastowała zbyt dobrze. Jak to szło? Siedem tajemnicę kryje w najstraszniejszą ciemną noc. Tu przynajmniej wiedzieli, o jaką tajemnicę chodzi. Choć Ambroise nadal czuł się niedoinformowany i chciał zmienić ten stan bez zbędnego gadania. Nie byli najlepsi w rozmowach na te najtrudniejsze tematy.
- Patrz: to naprawdę samotna jaskółka - rzucił w dalszym ciągu cicho, pijąc do tego, co powiedział zaledwie chwilę wcześniej.
Minęły ze dwie minuty. Może nawet mniej a oni już nie byli ze sobą zgodni. Ambroise nie chciał kłócić się na cmentarzu. Ani wcale - tak prawdę mówiąc. Natomiast go znała, przynajmniej tę część, która aż tak się nie zmieniła. Był szczery. Starał się być szczery, choć to nie zawsze miało dobre skutki i wychodziło.
- Nie oferuję ci usług najemnika tylko rękę kogoś, kto się o ciebie troszczy. Nie będziesz moją szefową. Zastosuję się do logicznych poleceń, nie jestem idiotą, ale nie oddam ci całej kontroli - zaprzeczył cichym sykiem zdecydowanego człowieka, który nie miał ochoty na negocjacje w tej materii.
Nikomu nie oddawał całej władzy. Przecież to wiedziała. Już raz pozwolił sobie na utratę gruntu i do tej pory nie odzyskał pełnej równowagi. Nie miał dwa razy popełnić jednego błędu.
- Połowicznie - odrzekł bez mrugnięcia okiem.
Nie drgnął mu ani jeden mięsień na twarzy. Nie uśmiechnął się ani nie posłał jej gniewnego spojrzenia. Nie wzruszył ramionami. Nic z tych rzeczy. Połowicznie się zgadzał i to by było na tyle. Mogła to wziąć albo nie. Był świadomy, że ona powinna być świadoma, że on świadomie zamierzał być częścią tej sprawy. Ot. Zajebiście świadoma świadomość. Zero niedopowiedzeń. Sto procent szczerości. Chyba tego po nim teraz oczekiwała, co nie?
Dawał jej tyle, ile mógł zaoferować. Całą swoją pomoc i pięćdziesiąt procent szans na to, że nie postąpi samowolnie. Najlepszą możliwą ofertę mając na uwadze to, że wybór obejmował również jego całą samowolną pomoc i całkowity brak wspólnych ustaleń.
Zaparł się w tym jednym. Może nie powinien wchodzić z butami w życie Geraldine, skoro rok wcześniej w tych samych butach z niego spierdolił, ale no właśnie - to była wyjątkowa sytuacja. Los tak chciał a on tym razem nie zamierzał dyskutować ze zrządzeniami. Z Yaxleyówną także nie, jeśli miał być szczery.