30.09.2024, 19:07 ✶
Znowu z nim dyskutowała. Próbowała wyrokować o tym, co nie było prawdą. Nie miał do niej mniejszego szacunku niż do byle zmarłych, szczególnie na niemagicznym cmentarzu. Wręcz przeciwnie, gdyby Ambroise nie darzył jej żadnymi uczuciami to nie miałby najmniejszego problemu z tym, żeby dalej ciągnąć tę ich tragedię. Odsunięcie się bolało, wydzierało niezagojoną dziurę w piersi, ale było wyrazem ostatecznej troski. Poświęceniem. Nie sądził, żeby mogła to kiedykolwiek zrozumieć. Nie chciała.
- Więc nie próbuj mówić mi, co jest prawdą a co nią nie jest - skomentował tak po prostu, choć może trochę bardziej poirytowanie niż powinien.
Mimo świadomości, że Geraldine po prostu nigdy nie miała pojąć jego pobudek, takie słowa z jej strony pozostawiały gorzki posmak w jego ustach. Nie mógł, nie miał zamiaru walczyć z opinią, jaką o nim miała, skoro to był tymczasowy układ, ale wciąż czuł rozgoryczenie.
- Na szczęście - przytaknął z goryczą wyczuwalną pod obojętnym czy wręcz potulnym tonem, bo przecież się z nią zgadzał.
Po raz kolejny mieli tę jebaną zgodność i to na przestrzeni jednej rozmowy. Osiągali zupełnie nowe poziomy porozumienia w tym, że traktowali się jak ludzi, z którymi nie należy dyskutować. On się z nią zgadzał. Ona się z nim zgadzała. Stan idealny, tylko jednocześnie całkowicie nienaturalny i sztuczny, bo w ich zgodzie czuło się powiew bagatelizacji i chłodu.
Nigdy nie planował, żeby tak to między nimi wyglądało. Był wręcz lodowaty, jakby pół poranka przesiedział w przenikliwym mrozie, który udzielił się jego duszy a więc także miał ujście w słowach, ale tak nie było. Ta twardość wymagała od niego bardzo dużo ogłady i panowania nad sobą, żeby nie powiedzieć czegoś, czego nie chciał.
- Może tak będzie lepiej. Inaczej zadziobią ją sroki - obojętnie wzruszył ramionami, nieznacznie kiwając głową w kierunku ptaków na cmentarnym drzewie, pasowały tu jak ulał - zwiastuny nieszczęścia i rozpaczy karmiące się żalem.
Prawdę mówiąc nie spodziewał się, że tak gładko im to pójdzie. Bardzo gładko jak na to, o czym myślał nie dalej niż poprzedniego wieczoru zanim te myśli poprowadziły go ku decyzjom, które i tak ostatecznie zaprowadziły go tutaj. Na cmentarzu z Geraldine. Przepiękne, tragiczne zrządzenie losu.
- Dobrze - skinął głową bez zbędnego rozdrabniania się, nie mieli wyciągnąć nic więcej z tej rozmowy i on to wiedział, ona zapewne też, bo czasami naprawdę potrafili porozumiewać się bez słów. Szkoda, że korzystali z tego w tak paskudnych celach. - Wiesz, gdzie mnie szukać - skwitował, wstając z ławki i poprawiając cienki płaszcz.
Otrzepał go z fragmentów porostów i rozpadających się drobin mokrego drewna, po czym poprawił rękawy i obdarzył Geraldine ostatnim w dalszym ciągu nieprzeniknionym spojrzeniem. Potem bez słowa obrócił się na pięcie, tym razem nie przejmując się tym, że mija żałobników ani że wraz z jego gwałtownym ruchem stado czarnych ptaków zerwało się z pobliskiego drzewa i z krzykiem rozleciało się w powietrzu.
Nie obrócił głowy. Nie pożegnał Yaxleyówny. Trzymał ją za słowo, że w odpowiednim momencie da mu znać, jaki jest ich dalszy plan. Całkiem sprawnym, zdecydowanym krokiem odszedł z uniesioną głową, wychodząc z cmentarza na ulicę i chwilę później wchodząc do pobliskiego Dziurawego Kotła, żeby dostać się na Pokątną.
- Więc nie próbuj mówić mi, co jest prawdą a co nią nie jest - skomentował tak po prostu, choć może trochę bardziej poirytowanie niż powinien.
Mimo świadomości, że Geraldine po prostu nigdy nie miała pojąć jego pobudek, takie słowa z jej strony pozostawiały gorzki posmak w jego ustach. Nie mógł, nie miał zamiaru walczyć z opinią, jaką o nim miała, skoro to był tymczasowy układ, ale wciąż czuł rozgoryczenie.
- Na szczęście - przytaknął z goryczą wyczuwalną pod obojętnym czy wręcz potulnym tonem, bo przecież się z nią zgadzał.
Po raz kolejny mieli tę jebaną zgodność i to na przestrzeni jednej rozmowy. Osiągali zupełnie nowe poziomy porozumienia w tym, że traktowali się jak ludzi, z którymi nie należy dyskutować. On się z nią zgadzał. Ona się z nim zgadzała. Stan idealny, tylko jednocześnie całkowicie nienaturalny i sztuczny, bo w ich zgodzie czuło się powiew bagatelizacji i chłodu.
Nigdy nie planował, żeby tak to między nimi wyglądało. Był wręcz lodowaty, jakby pół poranka przesiedział w przenikliwym mrozie, który udzielił się jego duszy a więc także miał ujście w słowach, ale tak nie było. Ta twardość wymagała od niego bardzo dużo ogłady i panowania nad sobą, żeby nie powiedzieć czegoś, czego nie chciał.
- Może tak będzie lepiej. Inaczej zadziobią ją sroki - obojętnie wzruszył ramionami, nieznacznie kiwając głową w kierunku ptaków na cmentarnym drzewie, pasowały tu jak ulał - zwiastuny nieszczęścia i rozpaczy karmiące się żalem.
Prawdę mówiąc nie spodziewał się, że tak gładko im to pójdzie. Bardzo gładko jak na to, o czym myślał nie dalej niż poprzedniego wieczoru zanim te myśli poprowadziły go ku decyzjom, które i tak ostatecznie zaprowadziły go tutaj. Na cmentarzu z Geraldine. Przepiękne, tragiczne zrządzenie losu.
- Dobrze - skinął głową bez zbędnego rozdrabniania się, nie mieli wyciągnąć nic więcej z tej rozmowy i on to wiedział, ona zapewne też, bo czasami naprawdę potrafili porozumiewać się bez słów. Szkoda, że korzystali z tego w tak paskudnych celach. - Wiesz, gdzie mnie szukać - skwitował, wstając z ławki i poprawiając cienki płaszcz.
Otrzepał go z fragmentów porostów i rozpadających się drobin mokrego drewna, po czym poprawił rękawy i obdarzył Geraldine ostatnim w dalszym ciągu nieprzeniknionym spojrzeniem. Potem bez słowa obrócił się na pięcie, tym razem nie przejmując się tym, że mija żałobników ani że wraz z jego gwałtownym ruchem stado czarnych ptaków zerwało się z pobliskiego drzewa i z krzykiem rozleciało się w powietrzu.
Nie obrócił głowy. Nie pożegnał Yaxleyówny. Trzymał ją za słowo, że w odpowiednim momencie da mu znać, jaki jest ich dalszy plan. Całkiem sprawnym, zdecydowanym krokiem odszedł z uniesioną głową, wychodząc z cmentarza na ulicę i chwilę później wchodząc do pobliskiego Dziurawego Kotła, żeby dostać się na Pokątną.