Upadamy, obijamy kolana, podnosimy się - pełzniemy dalej. Nie było w tym żadnej finezji - mogliśmy co najwyżej udawać, że trzymamy przy tym wysoko uniesioną głowę i nisko opuszczoną spódnicę. Że skóra wcale się nie zdarła i że to wcale nie piecze, w ogóle nie przeszkadza. Ludzie mieli różną odporność na ból - ten psychiczny i ten fizyczny też. Można być niemal kuloodpornym, by później usłyszeć jedno słowo za dużo i złożyć się w pół. I w końcu - każdy miał swoje słabe strony. Ta sławna pięta Achillesa, którą niektórzy świadomie ukrywali, a inni bardzo niefortunnie wystawiali ją na strzały. Sauriel nie pomyślał, że to właśnie obicie się tego pięknego, czarnego Diamentu, jaki miał przed sobą, będzie tą słabością, którą łatwo popchnąć Bellatrix głębiej w odmęt szaleństwa. Gdyby upadła - czy stłukłaby się twarda struktura tego szlachetnego kamienia? Obiłby się, czy może pozostał bez zmian? Nie pomyślał o tym, bo nie myślał, co mogłoby być jej słabą stroną. Nie było takiej potrzeby. Nie szukał paranoicznie haków na wszystkich, koło których się obracał, bo chyba wtedy nie potrafiłby nikomu zaufać. Tak długo, jak długo druga strona nie kopie, dlaczego miałby uderzać pierwszy? Szczególnie, że naprawdę lubił Belle. Jej błyskotliwość, jej pewność siebie i to, że mógł stanowić dla niej piękne tło. Przy niej ciężko, żeby ktokolwiek zwrócił uwagę na takiego typa spod ciemnej gwiazdy, jak on. Mógłby być tym sławnym bodyguardem, który przyjmie kulę za nią. Od tego zaczną romantyczny, popularny w przyszłości film.
- Ay, jaaasne... jakaś transmutacja mózgu. - Ruszył ręką dając znać, że chodziło mu o transmutacje własnego mózgu i że po prostu nie załapał, wyrwany z zamyślenia nad działaniami, jak tu dokować winnym jak i niewinnym czarodziejom. W gruncie rzeczy nie chodziło tutaj w końcu o to, która ze stron miała rację. Władza, władza, władza! Sauriel operował władzą poprzez strach. Ten strach mieli rozniecić, a rozniecony strach miał prowadzić do niepokoi społecznych - jak profesjonalnie i mądrze to brzmiało. Wprawione w ruch trybiki bywały nieprzewidywalne, ale to akurat powinno grać w rytm Bellatrix. Ona w końcu kochała wszystko, co nieprzewidziane.
- Jedno "ale". - Ostatnie w zasadzie. Bo tak, plan nie był skomplikowany, był banalny, skoro mieli ludzi - to było największym kłopotem Sauriela, a kłopot Bellatrix rozwiązała pstryknięciem palców. - Sad Abbotów jest dobrze strzeżony magią przed mugolami. Żeby nie wydawało się dziwne, że zaatakowali bezpośrednio sad, może zahaczymy też o kilka mugolskich domów w ramach wielkiego "polowania na czarownice"? - To jest: to ci mugole mieli takie wielkie polowanie robić. Sauriel wolałby nie stawiać na przypadkową kartę "a bo akurat zauważyli magiczny sad". Ugh, obviously... Sam średnio w przypadki wierzył, więc zostawianie tak tego było średnie. - Proponuję przez następny tydzień puszczać mugoli z jakimiś ulotkami czy malowaniem po ścianach haseł typu 'czarownice na stos', bla bla... nie w bezpośrednim sąsiedztwie czarodziei, żeby się tym nie zainteresowali Longbottomowie i Lestrange. Zbudujemy złudzenie "rosnących niepokoi społecznych wśród mugoli", żeby uwiarygodnić bajkę. Gra? - Spojrzał na Bellatrix. Bo jeśli tak, to chyba mogli się po prostu brać do pracy.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.