01.10.2024, 20:53 ✶
Mona posłała przyjaciółce promienny uśmiech, po czym postawiła na stole małe pudełeczko z tortem. Sięgnęła po nóż, starannie krojąc ciasto na równe kawałki. Zawsze myślała, że może powinna lepiej radzić sobie z takimi rzeczami – bardziej elegancko, subtelniej. Choć może nie było to aż tak ważne, skoro czekała je chwila na świeżym powietrzu? Może Brennie to również nie przeszkadzało?
— Smoki nie są takie złe – odparła Mona, przekrzywiając lekko głowę. — Jako lokatorzy, znaczy się. Oczywiście, trzeba być trochę elastycznym. Na przykład nie można zostawiać na widoku łatwopalnych rzeczy, mają swoje humory, ale... kto ich nie ma?
Wyliczyła z rozbawieniem, ale była szczera! Nic innego nie dawało jej tyle satysfakcji w życiu, co codzienne obcowanie z magicznymi stworzeniami. Ludzie byli skomplikowani, emocjonalnie zawiłości mieli nie do ogarnięcia, ale zwierzęta? Być może niekoniecznie łatwe, ale dla niej zawsze były prostsze. Uwielbiała swoją pracę, plus miała kochającą rodzinę i wspaniałych przyjaciół, więc naprawdę nie miała na co narzekać. Życzyła takiej perspektywy każdemu. W szczególności Brennie, ale również średnio wiedziała, jak to powiedzieć i czy w ogóle to robić. Uśmiechnęła się jeszcze szerzej, gdy wysłuchiwała jej frustracji z biurokratycznymi absurdami Ministerstwa. Ale wiedziała też, że Brenna ma w sobie dozę zawziętości, która pozwalała jej radzić sobie nawet w najtrudniejszych sytuacjach.
— Ale poruszanie się po rezerwacie nie jest takie trudne. Mamy specjalne zaklęcia ostrzegawcze na każdym kroku. Możesz je zobaczyć, jeśli tylko wiesz, na co patrzeć — wyjaśniła, z pełnym przekonaniem, że każdy potrafiłby rozróżnić jeden zielony pagórek od drugiego bardziej zielonego i się nie zgubić przy okazji.
Jako że Zębatek był małym, ciekawskim drapieżnikiem, który myśli, że poluje, krążył między Brenną a Moną, to bardziej przypominał dumnego aktora na scenie. Miał w sobie coś z elegancji, mimo że jego małe łapki unosiły ciało, a ogon ślizgał się po ziemi. A jak nie wędrował to, to raz po raz przewracał się na plecy, prezentując swój delikatny, lśniący brzuch jakby oczekiwał oklasków. Jego małe oczy również śledziły każdy ruch Brenny, a mimo że po jakimś czasie przestał próbować ją ugryźć, nie można było powiedzieć, że nie miał tego w planach. Był dumny z samego siebie, ale Mona wiedziała, że była to raczej oznaka zrelaksowania. Naprawdę dobrze się czuł w towarzystwie panny Longbottom. Przyglądając się gadowi, dodała: — Lubi być głaskany pod brodą. Poza tym, że gryzie, nie powinien zrobić nic złego. W porównaniu do swoich większych kuzynów jest bardzo łagodny. Dałabym ci coś, żeby go nakarmić, ale... cóż, od dziś przechodzi na dietę.
Zębatek był jednym z kilku smoczogników, które Mona przygarnęła. Jednak ten tutaj wyróżniał się nawet na tle tej odważnej gromadki. Ogniki były znane z tego, że ich ogony wytwarzały iskry – to właśnie one stały się źródłem ochronnych zaklęć w posiadłościach jej rodziny. Ale jej Zębatek tego nie potrafił. Ona sama spędziła wiele godzin, próbując odkryć, dlaczego jej jaszczurka była inna, ale żadna analiza, żadne zaklęcie czy rozmowa z innymi magizoologami nie dały konkretnych odpowiedzi. Mimo tej pozornej ,,wady’’ nadrabiał za to w innych aspektach. Jego ulubioną formą interakcji było gryzienie – i to nie byle jakie, ale za każdym razem z pełnym zaangażowaniem. O dziwo, nie znaleziono żadnego związku między gryzieniem a brakiem zdolności do wytwarzania iskier.
— Wezmę koszyk, a ty kocyk? Na pewno dorwę tu coś — zaproponowała, odrywając się od krojenia, aby rozejrzeć się po pomieszczeniu. Po chwili stał przed nią zwykły pleciony beżowy koszyczek z naczyniami w środku. — Może uda nam się zorganizować mały piknik? Przy smoczym towarzystwie na pewno będzie ciekawie! O! Może pokażę ci klify… Są piękne o tej porze roku…
Zamrugała i przerwała. Spojrzała na drugą kobietę z wyraźnym niepokojem.
— Klątwa sprowadzająca pecha? — powtórzyła. Musiała się upewnić, że dobrze usłyszała. — Drzewo? Studnia? Brenno, to brzmi... tak strasznie niebezpiecznie. Ale nic ci się nie stało, prawda? Wyszłaś cało z tego… Jak to się skończyło? — naprawdę się zmartwiła! Mona wiedziała, że prawie Brenna zawsze znajdowała się w centrum akcji, ale klątwa pecha? To było coś, co trudno było przewidzieć czy nawet zneutralizować. Nieświadomy powagi rozmowy Zębatek trącił łebkiem Brennę nosem w but. Chciał przypomnieć o swoim istnieniu. Mona uśmiechnęła się delikatnie na jaszczurkę, ale jej oczy wciąż pełne były zatroskania.
— Smoki nie są takie złe – odparła Mona, przekrzywiając lekko głowę. — Jako lokatorzy, znaczy się. Oczywiście, trzeba być trochę elastycznym. Na przykład nie można zostawiać na widoku łatwopalnych rzeczy, mają swoje humory, ale... kto ich nie ma?
Wyliczyła z rozbawieniem, ale była szczera! Nic innego nie dawało jej tyle satysfakcji w życiu, co codzienne obcowanie z magicznymi stworzeniami. Ludzie byli skomplikowani, emocjonalnie zawiłości mieli nie do ogarnięcia, ale zwierzęta? Być może niekoniecznie łatwe, ale dla niej zawsze były prostsze. Uwielbiała swoją pracę, plus miała kochającą rodzinę i wspaniałych przyjaciół, więc naprawdę nie miała na co narzekać. Życzyła takiej perspektywy każdemu. W szczególności Brennie, ale również średnio wiedziała, jak to powiedzieć i czy w ogóle to robić. Uśmiechnęła się jeszcze szerzej, gdy wysłuchiwała jej frustracji z biurokratycznymi absurdami Ministerstwa. Ale wiedziała też, że Brenna ma w sobie dozę zawziętości, która pozwalała jej radzić sobie nawet w najtrudniejszych sytuacjach.
— Ale poruszanie się po rezerwacie nie jest takie trudne. Mamy specjalne zaklęcia ostrzegawcze na każdym kroku. Możesz je zobaczyć, jeśli tylko wiesz, na co patrzeć — wyjaśniła, z pełnym przekonaniem, że każdy potrafiłby rozróżnić jeden zielony pagórek od drugiego bardziej zielonego i się nie zgubić przy okazji.
Jako że Zębatek był małym, ciekawskim drapieżnikiem, który myśli, że poluje, krążył między Brenną a Moną, to bardziej przypominał dumnego aktora na scenie. Miał w sobie coś z elegancji, mimo że jego małe łapki unosiły ciało, a ogon ślizgał się po ziemi. A jak nie wędrował to, to raz po raz przewracał się na plecy, prezentując swój delikatny, lśniący brzuch jakby oczekiwał oklasków. Jego małe oczy również śledziły każdy ruch Brenny, a mimo że po jakimś czasie przestał próbować ją ugryźć, nie można było powiedzieć, że nie miał tego w planach. Był dumny z samego siebie, ale Mona wiedziała, że była to raczej oznaka zrelaksowania. Naprawdę dobrze się czuł w towarzystwie panny Longbottom. Przyglądając się gadowi, dodała: — Lubi być głaskany pod brodą. Poza tym, że gryzie, nie powinien zrobić nic złego. W porównaniu do swoich większych kuzynów jest bardzo łagodny. Dałabym ci coś, żeby go nakarmić, ale... cóż, od dziś przechodzi na dietę.
Zębatek był jednym z kilku smoczogników, które Mona przygarnęła. Jednak ten tutaj wyróżniał się nawet na tle tej odważnej gromadki. Ogniki były znane z tego, że ich ogony wytwarzały iskry – to właśnie one stały się źródłem ochronnych zaklęć w posiadłościach jej rodziny. Ale jej Zębatek tego nie potrafił. Ona sama spędziła wiele godzin, próbując odkryć, dlaczego jej jaszczurka była inna, ale żadna analiza, żadne zaklęcie czy rozmowa z innymi magizoologami nie dały konkretnych odpowiedzi. Mimo tej pozornej ,,wady’’ nadrabiał za to w innych aspektach. Jego ulubioną formą interakcji było gryzienie – i to nie byle jakie, ale za każdym razem z pełnym zaangażowaniem. O dziwo, nie znaleziono żadnego związku między gryzieniem a brakiem zdolności do wytwarzania iskier.
— Wezmę koszyk, a ty kocyk? Na pewno dorwę tu coś — zaproponowała, odrywając się od krojenia, aby rozejrzeć się po pomieszczeniu. Po chwili stał przed nią zwykły pleciony beżowy koszyczek z naczyniami w środku. — Może uda nam się zorganizować mały piknik? Przy smoczym towarzystwie na pewno będzie ciekawie! O! Może pokażę ci klify… Są piękne o tej porze roku…
Zamrugała i przerwała. Spojrzała na drugą kobietę z wyraźnym niepokojem.
— Klątwa sprowadzająca pecha? — powtórzyła. Musiała się upewnić, że dobrze usłyszała. — Drzewo? Studnia? Brenno, to brzmi... tak strasznie niebezpiecznie. Ale nic ci się nie stało, prawda? Wyszłaś cało z tego… Jak to się skończyło? — naprawdę się zmartwiła! Mona wiedziała, że prawie Brenna zawsze znajdowała się w centrum akcji, ale klątwa pecha? To było coś, co trudno było przewidzieć czy nawet zneutralizować. Nieświadomy powagi rozmowy Zębatek trącił łebkiem Brennę nosem w but. Chciał przypomnieć o swoim istnieniu. Mona uśmiechnęła się delikatnie na jaszczurkę, ale jej oczy wciąż pełne były zatroskania.